Z zepsutym rowerem do "Litwina". Od ponad siedemdziesięciu lat
29 kwietnia 2016
Lubię miejsca, które trwają, choć wszystko wokół się zmienia. W Legionowie należy do nich warsztat rowerowy Adama Litwińskiego, niezwykły punkt usługowy tuż przy stacji PKP na Kościuszki.
Tereny lasku w cieniu tragicznej historii. Jak ją upamiętnić?
Przy okazji zapowiedzi prezydenta Romana Smogorzewskiego odnośnie chęci stworzenia leśnego parku przy Mieszka I, ożyła dyskusja na temat tragicznej historii tego miejsca. Niewielu młodych mieszkańców naszego miasta wie, że w czasie II wojny światowej było tam żydowskie getto.
Kupowało się też "gadżety", żeby składak czymś oryginalnym się wyróżniał. A u "Litwina" były odblaski na koła albo na ramę, trąbki, lusterka, dzwonki, bagażniki - słowem wszystko, o czym można było wtedy marzyć, by dopieścić "Flaminga", "Pelikana", "Wigry" albo inny wytwór kompaktowej socjalistycznej myśli technicznej na miarę epoki gierkowskiej. A w warsztacie zawsze był pan Marian Litwiński. Sprzedawał, doradzał, pokazywał jak dętkę sprawdzić, choć śmiał się, że gówniarze mu interes psują. Bo jak sami będą naprawiać, to on z torbami pójdzie.
Najstarszy w Legionowie?
Nie poszedł. "Litwin" jest dalej, tam gdzie był. Z zewnątrz zmienił się niewiele, a i od wewnątrz przypomina warsztat w starym stylu, jakoś nie zmienił oblicza na typowy dziś, elegancki salon rowerowy. To nie tylko najstarszy serwis rowerowy w mieście, ale być może w ogóle najstarszy zakład rzemieślniczy. Tu czas się zatrzymał. Może to tylko sentyment, może pamięć o wycieczkach po akcesoria do starego składaka, ale mam dziwną słabość do takich miejsc. A niewiele, naprawdę niewiele ich w Legionowie pozostało. Istnieje od 71 lat, czyli od 1945 roku.
Tylko pana Mariana już nie ma, zmarł dziesięć lat temu. Wcześniej interes przekazał synowi - Adamowi, który trwa na posterunku do dziś. Pytany, jak mu się udało przetrwać okres, kiedy nowe serwisy zaczęły powstawać jak grzyby po deszczu, macha ręką, i mówi tylko, że ciężką pracą. - Nie ma już dzisiaj szkół zawodowych, nie ma takich fachowców jak kiedyś. Dziś jak się komuś coś zepsuje, to często najtaniej jest kupić nowe. Z rowerami tak samo.
Tu jest inaczej. Pan Adam szlifuje coś pracowicie. Wchodzi klientka. Zagaduje: - Proszę pana, ja tu od trzydziestu lat przychodzę. Jak się coś zepsuje, to tu próbują naprawić, a nie każą kupić nowe za duże pieniądze.
Rzeczywiście? Pan Adam przyznaje, że rowery to jego hobby. Najbardziej lubi naprawiać te stare, z duszą. Nawet składaki.
- Sam jestem zaskoczony, ilu ludzi jeszcze nimi jeździ. I kto im to dziś napraw? Do mnie przychodzą.
Ale i nowe rowery pan Adam stara się najpierw naprawiać, chociaż rzeczywiście nie zawsze się da, bo coraz więcej części albo z plastiku albo tak zrobionych, że tylko wymienić można. To nie tylko najstarszy serwis rowerowy w mieście, ale być może w ogóle najstarszy zakład rzemieślniczy. Istnieje od 71 lat, czyli od 1945 roku. Dlatego są tacy, którzy omijają ten punkt szerokim łukiem. Wolą inne, gdzie mogą pogadać o tuningu kierownicy, przewadze jednego włókna nad innym, hamulców v-break, niezawodności przerzutek Shimano.
Pan Adam tylko się uśmiecha: - Hamulec to hamulec. Zepsuje się, to trzeba naprawić, a nie kupować lepszy, który też się kiedyś zepsuje.
Ot, fachowiec starej daty. Naprawia nie tylko rowery, ale i maszyny do szycia, inne mechaniczne urządzenia. I znakomicie pasuje do swego zakładu, także starej daty na miarę tradycji. Owszem wygląda trochę jak graciarnia, trochę jak sklep nie z tej epoki, ale w tym właśnie cały urok, cała aura niedzisiejszości. Tu czas się zatrzymał. Może to tylko sentyment, może pamięć o wycieczkach po akcesoria do starego składaka, ale mam dziwną słabość do takich miejsc. A niewiele, naprawdę niewiele ich w Legionowie pozostało.
(wk)
.










































