Wypisanie recepty - przepisy utrudniają życie pacjentom
5 lutego 2013
Choć NFZ twierdzi, że cały system lecznictwa działa dobrze, na najprostszych przykładach widać, że wiele pozostało jeszcze do poprawy. Nowe, bezsensowne przepisy utrudniają chorym życie.
Warszawa tonie w starych ubraniach. Mieszkańcy krytykują ratusz
Warszawski Zarząd Oczyszczania Miasta na Facebooku zwraca uwagę mieszkańcom na nagminne pozostawiane stare ubrania, które piętrzą się wokół pojemników na zużytą odzież. Jak przypominają urzędnicy "tekstyliów można się pozbyć legalnie". Co na to komentujący tę sprawę warszawiacy?
Mogłam podjechać do przychodni po samą receptę. Dzisiaj muszę zwalniać córkę z lekcji i ciągnąć ją przez pół Warszawy na wizytę u lekarza, która poza wypisaniem recepty nie wnosi nic nowego - mówi oburzona mama 10-latki. Podobne problemy zauważają też ludzie starsi i ich opiekunowie, którzy często muszą brać cały dzień urlopu, by pojechać z chorymi rodzicami tylko po receptę.
- Od lat moja 85-letnia mama leczona jest kardiologicznie. Od lat też przyjmuje te same leki, więc naprawdę nie jestem w stanie pojąć, po co muszę ją ciągać do przychodni raz na miesiąc. Nie dość, że tracę pół dnia, bo kolejki są ogromne, to jeszcze narażam starszą kobietę, która i tak jest już słaba, na kontakty z chorymi ludźmi. Kto powymyślał tak bzdurne zasady? - pyta pan Piotr.
NFZ: nie ma recepty bez badania
Urzędnicy, którzy nowe przepisy tworzyli, nie widzą żadnego problemu w obowiązkowych wizytach ograniczających się do wypisania recepty. - Osobista wizyta pacjenta w gabinecie lekarza związana z kontynuacją leczenia nie służy gnębieniu ludzi w podeszłym wieku i chorych. Jej celem jest monitorowanie stanu zdrowia osób z chorobą przewlekłą i zareagowanie na czas.
Pacjenci: badanie to fikcja
Wielu pacjentów ma inne zdanie. - Lekarz pierwszego kontaktu tylko wypisuje leki zalecone przez specjalistów. Nic nie może zmienić w leczeniu. Fatygowanie do przychodni osób ciężko chorych na serce, będących pod opieką specjalistów z Anina, i narażanie ich na bezpośredni kontakt z osobami zakaźnie chorymi, tylko po to, by wypisać im receptę, to zwykła zbrodnia na tych ludziach - ocenia kategorycznie jeden z naszych czytelników. - Przecież lekarz rodzinny nawet mamy nie bada. Zresztą po co, skoro ewentualne problemy można wychwycić tylko przy pomocy specjalistycznej aparatury, której on nie ma. Pyta tylko, czy wszystko w porządku. Odpowiedź na takie pytanie może usłyszeć przez telefon, a ja mogę mamie odebrać receptę - kwituje.
NFZ jest nieugięty. - Jeżeli w toku postępowania diagnostyczno-terapeutycznego lekarz prowadzący podejmie decyzję o wystawieniu recept bez badania pacjenta, podlega ocenie wynikającej z obowiązujących regulacji - mówi Ewa Szczubełek.
Dla urzędników z NFZ wszystko wydaje się proste, bo rozwiązaniem problemu może być umówienie wizyty w domu. - Zgodnie z obowiązującymi przepisami lekarz ma możliwość wystawienia recepty na leki wystarczające do trzymiesięcznego stosowania. Recepty mogą być wystawione w taki sposób, aby można było je wykupić w kolejnych miesiącach. Osoby, które mogą udać się do poradni samodzielnie, mają możliwość umówienia terminu wizyty telefonicznie, z odpowiednim wyprzedzeniem. Takie postępowanie pozwala na unikniecie niepotrzebnego zdenerwowania i oczekiwania w kolejce - wyjaśnia przedstawicielka NFZ.
Lekarze kontrolowani
Urzędnicy NFZ widzą świat "w różowych barwach". Lekarze mają inne zdanie. - Jestem neurologiem. Wypisuję leki przewlekle chorym i jestem rozliczany niemal z każdej recepty. Jak wystawię pacjentom leki na trzy miesiące do przodu, to zaraz muszę się z tego tłumaczyć w NFZ. Ostatnio pytali mnie, dlaczego wypisuję leki droższe zamiast tanich. A jakie mam wypisywać, skoro w danym przypadku tanie nie przynoszą efektu w terapii? - pyta neurolog i dodaje, że ostatnio doszło w Polsce do absurdu, bo lekarz wypisując receptę nie myśli o pacjencie, tylko o tym, czy za miesiąc ktoś nie każe mu zapłacić za wypisane leki.
Anna Sadowska
.







































