Czy Rafał Trzaskowski może być następny?
29 maja 2026
Kraków właśnie zrobił coś, co jeszcze niedawno wydawało się politycznie niewyobrażalne. W jednym z największych i najbardziej liberalnych miast w Polsce mieszkańcy odwołali prezydenta w referendum. Nie pomogły opowieści o nowoczesnej metropolii, ekologii i zrównoważonym rozwoju. Okazało się, że nawet wielkomiejski elektorat ma swoją granicę cierpliwości, a poczucie lekceważenia mieszkańców potrafi być silniejsze niż partyjne sympatie.
W Warszawie wielu polityków zapewne uspokaja się dziś myślą, że "nasze miasto to nie Kraków". Problem polega na tym, że dokładnie tak samo jeszcze niedawno mówiono o stolicy Małopolski. Tam również wydawało się, że ratusz jest odporny na bunt mieszkańców, a wszelkie protesty rozbiją się o mur wielkomiejskiej lojalności wobec obecnej władzy.
Priorytety Trzaskowskiego zmorą mieszkańców Białołęki
Białołęka w ciągu 17 lat podwoiła liczbę mieszkańców, z 74 tysięcy w 2005 roku do ponad 156 tys. w roku 2022 i należy założyć, że liczba ta będzie nadal dynamicznie rosła. Mieszkańcy od dawna domagają się podstawowych inwestycji. W odpowiedzi dowiadują się, że w wyludniającym się Śródmieściu powstanie "wypasiony", ogromny dom kultury. Za wielkie pieniądze.
Artykuł sponsorowany
Marimonte na Bielanach - luksusowa rezydencja w zielonym sercu stolicy
Marimonte na Bielanach redefiniuje standard miejskiego życia, oferując luksus zanurzony w naturze przy Marymonckiej 4. Inwestycja ta stanowi precyzyjną odpowiedź na ewolucję potrzeb warszawskiego rynku premium, gdzie bliskość Lasu Bielańskiego staje się obecnie równie istotnym atrybutem, co nowoczesna infrastruktura apartamentowca.
Tymczasem wystarczyło kilka spraw, które zaczęły się kumulować i nagle okazało się, że polityczny beton może pęknąć szybciej, niż ktokolwiek przypuszczał.
Strefa Czystego Transportu - punktem zapalnym
Największym punktem zapalnym była oczywiście Strefa Czystego Transportu. Formalnie chodziło o ekologię i walkę ze smogiem, ale bardzo szybko przestało chodzić wyłącznie o samochody. SCT stała się symbolem czegoś znacznie większego - poczucia, że władze Krakowa i innych dużych miast próbują urządzać życie mieszkańcom według własnej wizji, nie bardzo przejmując się kosztami społecznymi i tym, że znaczna część mieszkańców nie popiera ich pomysłów.
To właśnie dlatego emocje wokół SCT okazały się tak potężne. W Krakowie protestowali nie tylko kierowcy, ale także zwykli mieszkańcy, którzy poczuli się potraktowani jak obywatele drugiej kategorii. Niszczenie znaków strefy, demonstracje i internetowe akcje przeciwko magistratowi nie były już tylko sporem o transport. Stały się buntem przeciwko stylowi sprawowania władzy, który wielu ludzi odbierało jako arogancki i oderwany od codzienności mieszkańców.
Czy Kraków dał zielone światło Warszawie?
I w tym kontekście warto spojrzeć na Warszawę. Wystarczy wejść na facebookowe profile takie jak "Warszawa dla Kierowców", "Blade Runners Warsaw - SCT Warszawa", różne grupy anty-SCT albo poczytać komentarze pod informacjami ratusza o Nowym Centrum Warszawy, zwężaniu ulic, likwidacji miejsc parkingowych czy kolejnych ograniczeniach dla aut. Bardzo często nie ma tam już dyskusji o ekologii czy urbanistyce. Jest za to ogromna frustracja i poczucie, że miasto coraz bardziej urządzane jest pod dyktando aktywistów, urzędników o "antysamochodowych poglądach" i mieszkańców centrum, a coraz mniej dla ludzi z Ursusa, Wawra, Białołęki czy Rembertowa, którzy codziennie walczą z korkami, słabą komunikacją, dwuzmianowością szkół i wieloma innymi niewygodami życia w stolicy.
To jest właśnie moment, który powinien niepokoić Rafała Trzaskowskiego. Nie dlatego, że sama Strefa Czystego Transportu automatycznie doprowadzi do referendum. Problem polega na tym, że SCT (tak jak w Krakowie) może stać się symbolem wszystkich miejskich frustracji jednocześnie, coraz większych emocji, które przez lata narastają i w pewnym momencie znajdują sobie jeden konkretny symbol.
Nieodrobiona lekcja z historii
Warszawa ma już doświadczenie polityczne związane z referendum przeciwko Hannie Gronkiewicz-Waltz. W 2013 roku również wydawało się, że stołeczna władza może zostać zmieciona przez gniew mieszkańców. Wtedy także kumulowały się pretensje dotyczące komunikacji, podwyżek cen biletów, poczucia arogancji ratusza i oderwania władz od codziennych problemów warszawiaków. Referendum ostatecznie upadło przez zbyt niską frekwencję, ale był to pierwszy poważny sygnał, że nawet w Warszawie społeczna cierpliwość ma swoje granice.
Od czasu referendum przeciwko Gronkiewicz-Waltz w stolicy urosły gigantyczne osiedla "na polach kapusty" w peryferyjnych dzielnicach. To setki tysięcy sfrustrowanych mieszkańców, przelewających co miesiąc do banków połowę swoich dochodów, stojących codziennie w korkach albo jeżdżących w zatłoczonych autobusach, czekających na budowę linii tramwajowej od kilkunastu lat, obserwujących zwężanie ulic, słupki, likwidację parkingów i kolejne opowieści o "zrównoważonej mobilności", podczas gdy ich codzienne życie jest z roku na rok trudniejsze.
Tamto referendum nauczyło (a przynajmniej powinno nauczyć) jednej bardzo ważnej rzeczy: nie wolno lekceważyć miejskich emocji. Problem w tym, że po kilkunastu latach rządzenia dużymi miastami wiele środowisk znowu zaczyna wpadać w tę samą pułapkę politycznej pewności siebie. Władza przyzwyczaja się do przekonania, że przeciwnicy są tylko głośną mniejszością, że mieszkańcy ostatecznie "i tak zagłosują przeciwko PiS" i że wielkomiejski elektorat wszystko wybaczy.
Trzaskowski następny?
Kraków właśnie pokazał, że to może być bardzo niebezpieczne złudzenie. Bo referendum nie wygrywa się programem ani tabelkami. Referendum wygrywa się emocjami. A najgroźniejszy dla każdej władzy jest moment, w którym duża grupa mieszkańców zaczyna uważać, że "oni nas już w ogóle nie słuchają".
Czy więc Trzaskowski może być następny? Dziś taki scenariusz nadal wydaje się mało prawdopodobny. O ile samo zorganizowanie referendum jest możliwe i to stosunkowo szybko, o ile dojdzie do mobilizacji, to wynik niekoniecznie jest przesądzony. Warszawa jest jednak bardziej spolaryzowana politycznie niż Kraków, a Trzaskowski wydaje się mieć dużo silniejszy elektorat osobisty niż miał prezydent Krakowa. Ale jeszcze kilka miesięcy temu wielu ludzi równie zdecydowanie twierdziło, że w Krakowie odwołanie prezydenta jest niemożliwe. I właśnie dlatego warszawski ratusz powinien patrzeć dziś na Kraków z bardzo dużym niepokojem.
Obserwator Warszawski
.






































