Czy Rafał Trzaskowski może być następny?
dzisiaj, 07:12
Kraków właśnie zrobił coś, co jeszcze niedawno wydawało się politycznie niewyobrażalne. W jednym z największych i najbardziej liberalnych miast w Polsce mieszkańcy odwołali prezydenta w referendum. Nie pomogły opowieści o nowoczesnej metropolii, ekologii i zrównoważonym rozwoju. Okazało się, że nawet wielkomiejski elektorat ma swoją granicę cierpliwości, a poczucie lekceważenia mieszkańców potrafi być silniejsze niż partyjne sympatie.
W Warszawie wielu polityków zapewne uspokaja się dziś myślą, że "nasze miasto to nie Kraków". Problem polega na tym, że dokładnie tak samo jeszcze niedawno mówiono o stolicy Małopolski. Tam również wydawało się, że ratusz jest odporny na bunt mieszkańców, a wszelkie protesty rozbiją się o mur wielkomiejskiej lojalności wobec obecnej władzy.
Priorytety Trzaskowskiego zmorą mieszkańców Białołęki
Białołęka w ciągu 17 lat podwoiła liczbę mieszkańców, z 74 tysięcy w 2005 roku do ponad 156 tys. w roku 2022 i należy założyć, że liczba ta będzie nadal dynamicznie rosła. Mieszkańcy od dawna domagają się podstawowych inwestycji. W odpowiedzi dowiadują się, że w wyludniającym się Śródmieściu powstanie "wypasiony", ogromny dom kultury. Za wielkie pieniądze.
Tymczasem wystarczyło kilka spraw, które zaczęły się kumulować i nagle okazało się, że polityczny beton może pęknąć szybciej, niż ktokolwiek przypuszczał.
Strefa Czystego Transportu - punktem zapalnym
Największym punktem zapalnym była oczywiście Strefa Czystego Transportu. Formalnie chodziło o ekologię i walkę ze smogiem, ale bardzo szybko przestało chodzić wyłącznie o samochody. SCT stała się symbolem czegoś znacznie większego - poczucia, że władze Krakowa i innych dużych miast próbują urządzać życie mieszkańcom według własnej wizji, nie bardzo przejmując się kosztami społecznymi i tym, że znaczna część mieszkańców nie popiera ich pomysłów.
To właśnie dlatego emocje wokół SCT okazały się tak potężne. W Krakowie protestowali nie tylko kierowcy, ale także zwykli mieszkańcy, którzy poczuli się potraktowani jak obywatele drugiej kategorii. Niszczenie znaków strefy, demonstracje i internetowe akcje przeciwko magistratowi nie były już tylko sporem o transport. Stały się buntem przeciwko stylowi sprawowania władzy, który wielu ludzi odbierało jako arogancki i oderwany od codzienności mieszkańców.
Czy Kraków dał zielone światło Warszawie?
I w tym kontekście warto spojrzeć na Warszawę. Wystarczy wejść na facebookowe profile takie jak "Warszawa dla Kierowców", "Blade Runners Warsaw - SCT Warszawa", różne grupy anty-SCT albo poczytać komentarze pod informacjami ratusza o Nowym Centrum Warszawy, zwężaniu ulic, likwidacji miejsc parkingowych czy kolejnych ograniczeniach dla aut. Bardzo często nie ma tam już dyskusji o ekologii czy urbanistyce. Jest za to ogromna frustracja i poczucie, że miasto coraz bardziej urządzane jest pod dyktando aktywistów, urzędników o "antysamochodowych poglądach" i mieszkańców centrum, a coraz mniej dla ludzi z Ursusa, Wawra, Białołęki czy Rembertowa, którzy codziennie walczą z korkami, słabą komunikacją, dwuzmianowością szkół i wieloma innymi niewygodami życia w stolicy.
To jest właśnie moment, który powinien niepokoić Rafała Trzaskowskiego. Nie dlatego, że sama Strefa Czystego Transportu automatycznie doprowadzi do referendum. Problem polega na tym, że SCT (tak jak w Krakowie) może stać się symbolem wszystkich miejskich frustracji jednocześnie, coraz większych emocji, które przez lata narastają i w pewnym momencie znajdują sobie jeden konkretny symbol.
Nieodrobiona lekcja z historii
Warszawa ma już doświadczenie polityczne związane z referendum przeciwko Hannie Gronkiewicz-Waltz. W 2013 roku również wydawało się, że stołeczna władza może zostać zmieciona przez gniew mieszkańców. Wtedy także kumulowały się pretensje dotyczące komunikacji, podwyżek cen biletów, poczucia arogancji ratusza i oderwania władz od codziennych problemów warszawiaków. Referendum ostatecznie upadło przez zbyt niską frekwencję, ale był to pierwszy poważny sygnał, że nawet w Warszawie społeczna cierpliwość ma swoje granice.
Od czasu referendum przeciwko Gronkiewicz-Waltz w stolicy urosły gigantyczne osiedla "na polach kapusty" w peryferyjnych dzielnicach. To setki tysięcy sfrustrowanych mieszkańców, przelewających co miesiąc do banków połowę swoich dochodów, stojących codziennie w korkach albo jeżdżących w zatłoczonych autobusach, czekających na budowę linii tramwajowej od kilkunastu lat, obserwujących zwężanie ulic, słupki, likwidację parkingów i kolejne opowieści o "zrównoważonej mobilności", podczas gdy ich codzienne życie jest z roku na rok trudniejsze.
Tamto referendum nauczyło (a przynajmniej powinno nauczyć) jednej bardzo ważnej rzeczy: nie wolno lekceważyć miejskich emocji. Problem w tym, że po kilkunastu latach rządzenia dużymi miastami wiele środowisk znowu zaczyna wpadać w tę samą pułapkę politycznej pewności siebie. Władza przyzwyczaja się do przekonania, że przeciwnicy są tylko głośną mniejszością, że mieszkańcy ostatecznie "i tak zagłosują przeciwko PiS" i że wielkomiejski elektorat wszystko wybaczy.
Trzaskowski następny?
Kraków właśnie pokazał, że to może być bardzo niebezpieczne złudzenie. Bo referendum nie wygrywa się programem ani tabelkami. Referendum wygrywa się emocjami. A najgroźniejszy dla każdej władzy jest moment, w którym duża grupa mieszkańców zaczyna uważać, że "oni nas już w ogóle nie słuchają".
Czy więc Trzaskowski może być następny? Dziś taki scenariusz nadal wydaje się mało prawdopodobny. O ile samo zorganizowanie referendum jest możliwe i to stosunkowo szybko, o ile dojdzie do mobilizacji, to wynik niekoniecznie jest przesądzony. Warszawa jest jednak bardziej spolaryzowana politycznie niż Kraków, a Trzaskowski wydaje się mieć dużo silniejszy elektorat osobisty niż miał prezydent Krakowa. Ale jeszcze kilka miesięcy temu wielu ludzi równie zdecydowanie twierdziło, że w Krakowie odwołanie prezydenta jest niemożliwe. I właśnie dlatego warszawski ratusz powinien patrzeć dziś na Kraków z bardzo dużym niepokojem.
Obserwator Warszawski
.































