Warszawa dwóch prędkości. Gdy płoną peryferia, stroimy Kruczą
18 maja 2026
Warszawa ma dziś problem nie z brakiem pieniędzy. Warszawa Trzaskowskiego ma problem z priorytetami. Bo kiedy człowiek czyta komunikat Zarządu Dróg Miejskich o przebudowie ulicy Kruczej, może odnieść wrażenie, że żyje w mieście, które rozwiązało już wszystkie podstawowe problemy i właśnie weszło w etap cywilizacyjnego feng shui. Jak w SimCity po odblokowaniu poziomu "estetyka premium".
Tu drzewko. Tam doniczka. Zwężenie pasów ruchu samochodowego.
"Rowerowy Maj" w Warszawie pod ostrzałem. "Tu dzieci nie mają jak jeździć"
Nie wszędzie w Warszawie dzieci mają bezpieczne warunki do jazdy rowerem - pisze autor felietonu o akcji "Rowerowy Maj". Problemem jest brak odpowiedniej infrastruktury drogowej w wielu dzielnicach stolicy.
Więcej zieleni. Mniej aut. Krucza ma się stać "ulicą lokalną". Pięknie. Wzruszająco wręcz. Tylko że to trochę tak, jakby bohater "Titanica" podczas zderzenia z górą lodową debatował nad doborem zasłon do saloniku pierwszej klasy.
Zielona Krucza i miasto z kartonu
Albo jakby cesarz Kaligula, widząc rozpadające się imperium, uznał, że najpilniejszą sprawą jest przemalowanie rydwanów.
Bo oto Warszawa roku 2026:
- od piętnastu lat nie zbudowała żadnego nowego miejskiego basenu z prawdziwego zdarzenia,
- w części dzielnic nadal są ogromne obszary bez kanalizacji i wodociągu,
- dzieci uczą się na dwie zmiany,
- brakuje mostów i tras mostowych,
- Trasa Mostu Północnego po stronie Białołęki istnieje bardziej w legendach niż w planach,
- metro na Bemowie oddawane jest z wieloletnim poślizgiem, ale na rozpoczęcie budowy parkingów P+R przy nowych stacjach najwyraźniej czasu było za mało,
- obwodnica Pragi miała być gotowa jeszcze za czasów Hanny Gronkiewicz-Waltz, a w połowie drugiej kadencji Rafała Trzaskowskiego nadal nie ma nawet projektu,
- na obrzeżach miasta ludzie nadal stoją pod gołym niebem na przystankach.
I właśnie w takich okolicznościach wjeżdża Krucza. Cała na zielono. To jest trochę jak z cesarzem Neronem. Tyle że zamiast gry na lirze podczas pożaru - mamy sadzenie rozchodnika na wiatach przystankowych i torach tramwajowych.
"Alicja w Krainie Woonerfów"
Warszawska polityka infrastrukturalna zaczyna przypominać świat z "Alicji w Krainie Czarów". Im większy chaos, tym bardziej absurdalne priorytety. W centrum debatuje się o "uspokajaniu ruchu", podczas gdy w dwóch największych dzielnicach - Wawrze i Białołęce - mieszkańcy nadal czekają na autobus pół godziny. I to w godzinach szczytu.
Ich przystanki są niczym postoje PKS w PRL-u. Mieszkańcy mokną podczas deszczu i smażą się w upale. Ale spokojnie - w Warszawie jest coraz więcej zielonych dachów wiat przystankowych z rozchodnikiem. Bo najwyraźniej stolica uznała, że największym problemem komunikacyjnym XXI wieku jest niedobór estetyki fotosyntetycznej.
Zaklęcie z Harry'ego Pottera
To trochę jak w "Misiu" Barei. "Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi?". Nie macie kanalizacji? Trudno. Nie macie mostów? Trudno. Dziecko wraca ze szkoły po 18? Trudno. Ale za to będzie nowy woonerf.
Słowo "woonerf" w Warszawie zaczyna pełnić funkcję zaklęcia z Harry'ego Pottera. Wypowiadasz je i wszystkie realne problemy magicznie znikają.
- Brak obwodnicy Pragi? Woonerf.
- Autobus co 30 minut? Woonerf.
- Brak P+R przy stacjach metra? Woonerf.
- Podstawówki w Wawrze i Ursusie pękają w szwach! Zbudujmy Muzeum Sztuki Nowoczesnej.
- Na Białołęce nie ma chodników w sąsiedztwie szkół! Zlikwidujmy tunel pod Marszałkowską.
- W Warszawie brakuje mostów! Zlikwidujmy przejście podziemne pod Wolską.
- W mieście nie ma gdzie zaparkować! Potrzeba więcej zieleni na Kruczej.
Jeszcze chwila i mieszkańcy dzielnic peryferyjnych będą musieli uwierzyć, że komunikację zastąpi teleportacja, a mosty są przeżytkiem epoki industrialnej.
Salon z "Lalki", błoto z Białołęki
Najbardziej niezwykłe jest jednak to, że ratusz stolicy zachowuje się dziś jak arystokrata z "Lalki" - elegancki salon błyszczy, kryształ wypolerowany, ale gdzieś za ścianą wali się kamienica.
Bo prawdziwa Warszawa nie kończy się na placu Zbawiciela i modnych lokalach przy Chmielnej. Prawdziwa Warszawa stoi rano na przystanku bez wiaty w Rembertowie. Idzie błotnistym poboczem do szkoły na Białołęce. Próbuje dojechać z Wawra do pracy komunikacją, która według miejskich strategów najwyraźniej służy głównie do hartowania charakteru.
To trochę jak w micie o królu Midasie, tylko odwrotnie. Czego dotkną miejscy urbaniści, zamienia się nie w złoto, lecz w prezentację PowerPoint o "zrównoważonej mobilności".
Dekorowanie tortu zamiast pieczenia chleba
Stolica przypomina dziś rodzinę, która nie ma pieniędzy na remont przeciekającego dachu, ale właśnie zamówiła designerską lampę do salonu. I jeszcze opowiada sąsiadom, że to "transformacja jakości przestrzeni".
Krucza oczywiście będzie ładniejsza. Być może nawet bardzo ładna. Tylko że mieszkańcy coraz częściej mają poczucie, że żyją w mieście, które pomyliło dekorowanie tortu z pieczeniem chleba.
A może nawet gorzej - w mieście, które nigdy nie było tak zadłużone jak dziś, ktoś urządza bal na pokładzie "Titanica", podczas gdy peryferia od dawna siedzą po kostki w lodowatej wodzie.
Obserwator Warszawski
.




































