Warszawa dwóch prędkości. Gdy płoną peryferia, stroimy Kruczą
dzisiaj, 11:46
Warszawa ma dziś problem nie z brakiem pieniędzy. Warszawa Trzaskowskiego ma problem z priorytetami. Bo kiedy człowiek czyta komunikat Zarządu Dróg Miejskich o przebudowie ulicy Kruczej, może odnieść wrażenie, że żyje w mieście, które rozwiązało już wszystkie podstawowe problemy i właśnie weszło w etap cywilizacyjnego feng shui. Jak w SimCity po odblokowaniu poziomu "estetyka premium".
Tu drzewko. Tam doniczka. Zwężenie pasa. Więcej zieleni. Mniej aut. Krucza ma się stać "ulicą lokalną". Pięknie. Wzruszająco wręcz. Tylko że to trochę tak, jakby bohater "Titanica" podczas zderzenia z górą lodową debatował nad doborem zasłon do saloniku pierwszej klasy.
Zielona Krucza i miasto z kartonu
Albo jakby cesarz Kaligula, widząc rozpadające się imperium, uznał, że najpilniejszą sprawą jest przemalowanie rydwanów.
Bo oto Warszawa roku 2026:
- od piętnastu lat praktycznie nie zbudowała żadnego nowego miejskiego basenu z prawdziwego zdarzenia,
- w części dzielnic nadal są ogromne obszary bez kanalizacji i wodociągu,
- dzieci uczą się na dwie zmiany,
- brakuje mostów i tras mostowych,
- Trasa Mostu Północnego po stronie Białołęki istnieje bardziej w legendach niż w planach,
- metro na Bemowie oddawane jest z wieloletnim poślizgiem, ale na rozpoczęcie budowy parkingów P+R przy nowych stacjach najwyraźniej czasu było za mało,
- obwodnica Pragi miała być gotowa jeszcze za czasów Hanny Gronkiewicz-Waltz, a w połowie drugiej kadencji Rafała Trzaskowskiego nadal nie ma nawet projektu,
- na obrzeżach miasta ludzie nadal stoją pod gołym niebem na przystankach
I właśnie w takich okolicznościach wjeżdża Krucza. Cała na zielono. To jest trochę jak z cesarzem Neronem. Tyle że zamiast gry na lirze podczas pożaru - mamy sadzenie rozchodnika na wiatach przystankowych i torach tramwajowych.
"Alicja w Krainie Woonerfów"
Warszawska polityka infrastrukturalna zaczyna przypominać świat z "Alicji w Krainie Czarów". Im większy chaos, tym bardziej absurdalne priorytety. W centrum debatuje się o "uspokajaniu ruchu", podczas gdy w dwóch największych dzielnicach - Wawrze i Białołęce - mieszkańcy nadal czekają na autobus pół godziny. I to w godzinach szczytu.
Ich przystanki są niczym postoje PKS w PRL-u. Mieszkańcy mokną podczas deszczu i smażą się w upale. Ale spokojnie - w Warszawie jest coraz więcej zielonych dachów wiat przystankowych z rozchodnikiem. Bo najwyraźniej stolica uznała, że największym problemem komunikacyjnym XXI wieku jest niedobór estetyki fotosyntetycznej.
Zaklęcie z Harry'ego Pottera
To trochę jak w "Misiu" Barei. "Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi?". Nie macie kanalizacji? Trudno. Nie macie mostów? Trudno. Dziecko wraca ze szkoły po 18? Trudno. Ale za to będzie nowy woonerf.
Słowo "woonerf" w Warszawie zaczyna pełnić funkcję zaklęcia z Harry'ego Pottera. Wypowiadasz je i wszystkie realne problemy magicznie znikają.
- Brak obwodnicy Pragi? Woonerf.
- Autobus co 30 minut? Woonerf.
- Brak P+R przy stacjach metra? Woonerf.
- Podstawówki w Wawrze i Ursusie pękają w szwach! Zbudujmy Muzeum Sztuki Nowoczesnej.
- Na Białołęce nie ma chodników w sąsiedztwie szkół! Zlikwidujmy tunel pod Marszałkowską.
- W Warszawie brakuje mostów! Zlikwidujmy przejście podziemne pod Wolską.
- W mieście nie ma gdzie zaparkować! Potrzeba więcej zieleni na Kruczej.
Jeszcze chwila i mieszkańcy dzielnic peryferyjnych będą musieli uwierzyć, że komunikację zastąpi teleportacja, a mosty są przeżytkiem epoki industrialnej.
Salon z "Lalki", błoto z Białołęki
Najbardziej niezwykłe jest jednak to, że ratusz stolicy zachowuje się dziś jak arystokrata z "Lalki" - elegancki salon błyszczy, kryształ wypolerowany, ale gdzieś za ścianą wali się kamienica.
Bo prawdziwa Warszawa nie kończy się na placu Zbawiciela i modnych lokalach przy Chmielnej. Prawdziwa Warszawa stoi rano na przystanku bez wiaty w Rembertowie. Idzie błotnistym poboczem do szkoły na Białołęce. Próbuje dojechać z Wawra do pracy komunikacją, która według miejskich strategów najwyraźniej służy głównie do hartowania charakteru.
To trochę jak w micie o królu Midasie, tylko odwrotnie. Czego dotkną miejscy urbaniści, zamienia się nie w złoto, lecz w prezentację PowerPoint o "zrównoważonej mobilności".
Dekorowanie tortu zamiast pieczenia chleba
Stolica przypomina dziś rodzinę, która nie ma pieniędzy na remont przeciekającego dachu, ale właśnie zamówiła designerską lampę do salonu. I jeszcze opowiada sąsiadom, że to "transformacja jakości przestrzeni".
Krucza oczywiście będzie ładniejsza. Być może nawet bardzo ładna. Tylko że mieszkańcy coraz częściej mają poczucie, że żyją w mieście, które pomyliło dekorowanie tortu z pieczeniem chleba.
A może nawet gorzej - w mieście, które nigdy nie było tak zadłużone jak dziś, ktoś urządza bal na pokładzie "Titanica", podczas gdy peryferia od dawna siedzą po kostki w lodowatej wodzie.
Obserwator Warszawski
































