Inwestycja, która nie ma sensu. Żoliborz tnie drzewa i buduje gmaszysko
dzisiaj, 17:35
Są w Warszawie dzielnice, które zrozumiały, że XXI wiek już nadszedł. I są takie, które najwyraźniej nadal mentalnie tkwią gdzieś między planem sześcioletnim a kolejką po papier toaletowy. Żoliborz właśnie wykonuje widowiskowy zwrot w stronę epoki słusznie minionej.
Bo kiedy wiceburmistrz Żoliborza Tomasz Mielcarz tłumaczy mieszkańcom, że dzielnica "za dużo dopłaca do prywatnych przedszkoli" i dlatego musi zbudować nowe własne, człowiek zaczyna się zastanawiać, czy w żoliborskim ratuszu ktoś w ogóle rozumie, jak działa system oświaty. A może po prostu samo słowo "prywatny" wywołuje tam ideologiczne drgawki.
Lekcja rzeczywistości i historii
Od wielu lat (właściwie od upadku komuny) ogromną część systemu edukacji w Polsce (w tym przedszkolnej) tworzą podmioty prywatne prowadzące zarówno placówki niepubliczne, jak i publiczne (te ostatnie otwierane są w Warszawie od kilkunastu lat).
Mieszkańcy Żoliborza protestują przeciw wycince. Urzędnicy nie słuchają
Mieszkańcy Żoliborza Południowego nie składają broni w walce o tzw. Ptasi Zakątek. Protestują przeciw budowie zespołu przedszkolno-żłobkowego, która wiąże się z wycinką setek drzew i krzewów. Władze dzielnicy przekonują jednak, że inwestycja jest potrzebna.
Tak, przedszkola publiczne prowadzone przez "złych prywaciarzy"! Rodzice nie płacą czesnego a samorząd nie finansuje inwestycji. Do takich placówek uczęszcza w stolicy prawie 11 tys. dzieci. I uwaga - dla miasta koszt utrzymania dziecka w takich przedszkolach jest dokładnie taki sam, jak w placówkach prowadzonych przez samorząd. Czyli im więcej miasto oszczędzi w swoich własnych przedszkolach, tym mniej wyda na oświatę prywatną (publiczną i niepubliczną).
To jedyne udane partnerstwo publiczno-prywatne w stolicy. Działa skutecznie i z ogromną korzyścią dla miasta. W przeciwieństwie do sytuacji sprzed kilkunastu lat, wszyscy rodzice mają dziś dostęp do bezpłatnych miejsc w przedszkolach, ale to nie miasto inwestuje miliony w uruchomienie nowych placówek. Nie miasto utrzymuje nieruchomości. Nie miasto bierze na siebie całe ryzyko inwestycyjne, w tym związane z niżem demograficznym.
Ale na Żoliborzu ktoś najwyraźniej uznał, że najlepiej będzie zrobić dokładnie odwrotnie. I dlatego właśnie mieszkańcy słyszą dziś absurdalne opowieści o "dopłacaniu do prywatnych placówek", jako argumentu za koniecznością budowy nowego przedszkola przy Ficowskiego.
Warto podkreślić, że do prywatnych placówek przedszkolnych wszelkiego rodzaju (publicznych, niepublicznych, integracyjnych i punktów przedszkolnych) uczęszcza w Warszawie ponad 32 tys. dzieci. Do samorządowych 43 tysiące. Wiceburmistrz ma rację mówiąc, że "to kosztuje miliony". Prywatne przedszkola to dziś 42,5% całego systemu oświaty dla najmłodszych. To musi kosztować, ale gdyby chcieć nagle dla 32 tysięcy dzieci zbudować miejskie przedszkola, to Warszawa ogłasza bankructwo. Kilkanaście lat temu zrozumiały to władze samorządowe dzielnic, które wówczas mierzyły się z gigantycznym problemem braku miejsc (jakiego na Żoliborzu nigdy nie było i nie będzie) i dlatego postawiły na współpracę z podmiotami prywatnymi. Dla dobra dzieci.
Żoliborz nigdy nie miał problemu
Spójrzmy na te dzielnice - choćby na Bemowo i Białołękę. Znacznie bardziej "dzieciate" i zacznie bardziej doświadczone w polityce przedszkolnej. Od dawna prywatni przedsiębiorcy otwierają tu przedszkola publiczne i niepubliczne działające na zasadach publicznych. Rodzice płacą tylko za wyżywienie, bo miasto ponosi koszt utrzymania dzieci w placówkach, a mieszkańcy mają dostęp do edukacji bez konieczności stawiania kolejnych molochów za publiczne miliony.
To naprawdę nie jest wiedza tajemna. To standard funkcjonujący w Warszawie od kilkunastu lat. Tymczasem na Żoliborzu wygląda to tak, jakby ktoś właśnie odkrył kapitalizm i postanowił natychmiast rozpocząć z nim walkę.
Demografia jest bezlitosna
I chyba najważniejsze: demografia. Warszawa od kilku lat notuje spadek liczby dzieci. Grupy są łączone, oddziały zamykane, przedszkola likwidowane. W prawie każdej placówce w stolicy są wolne miejsca. I właśnie w tych realiach żoliborski urząd buduje gigantyczny kompleks dla setek dzieci, których... nie ma.
To nie jest racjonalne planowanie miasta. To wygląda jak inwestycyjny automatyzm: jest działka, zrobiliśmy projekt, są pieniądze, trzeba je wydać. Nieważne, że wokół zmienia się rzeczywistość. Nieważne, że niż demograficzny zapukał do drzwi. Nieważne, że już dziś część placówek świeci pustkami. Nieważne, że za 31 milionów można byłoby zrobić dziesiątki rzeczy naprawdę potrzebnych mieszkańcom. Najważniejsze, żeby przeciąć wstęgę. A że nie ma to większego sensu? Cóż. Władza jest władzą i stawia na swoim.
A wszystko to kosztem jednego z ostatnich półdzikich terenów na Żoliborzu Południowym. W mieście, które codziennie karmi nas hasłami o walce z betonozą. W mieście, które organizuje konferencje klimatyczne, sadzi symboliczne drzewka i publikuje foldery o "zielonej Warszawie".
Krogulec może więcej niż mieszkańcy
I w tymże mieście nagle okazuje się, że kilkaset drzew jest mniej ważnych niż polityczna ambicja postawienia własnego budynku, bo... "prywaciarze zarabiają". Najbardziej ironiczne jest jednak to, że całą inwestycję na chwilę zatrzymał... krogulec. Chroniony ptak okazał się skuteczniejszy od mieszkańców, petycji i protestów. To chyba najlepiej (i najsmutniej) podsumowuje dzisiejsze relacje obywatela z warszawskim samorządem. Mieszkaniec może pisać pisma, zbierać podpisy i chodzić na protesty - wtedy słyszy, że "miasto wie lepiej". Ale jeśli na drzewie usiądzie ptak, nagle cała machina administracyjna dostaje zadyszki.
I może właśnie dlatego mieszkańcy są dziś tak wściekli. Bo coraz częściej mają poczucie, że Warszawa nie jest projektowana dla ludzi, tylko dla procedur, inwestycji i urzędniczej potrzeby stawiania kolejnych pomników własnej aktywności. Nawet tej bezsensownej.
A historia już nieraz pokazała, że władza publiczna, która za wszelką cenę chce wszystko budować, kontrolować i prowadzić samodzielnie, zwykle kończy z gigantycznymi kosztami, przerostem struktur i rzeczywistością kompletnie oderwaną od potrzeb mieszkańców. Kiedyś nazywało się to gospodarką centralnie planowaną. Dziś nazwałbym to rażącą niegospodarnością.
Obserwator Warszawski
.

































