REKLAMA

smaki zycia 2024-09-03 1smaki zycia 2024-09-03 2smaki zycia 2024-09-03 0

Demon puszczy (barwione brzegi)

zapowiedź
tytuł oryg.: Forest Ghost
autor: Graham Masterton
przekład: Piotr Kuś
wydawnictwo: Replika
wydanie: Poznań
zapowiedź: 17 lutego 2026
forma: książka, okładka twarda
wymiary: 145 × 205 mm
liczba stron: 368
ISBN: 978-83-6856099-2

W mrokach Puszczy Kampinoskiej drzemie prawda, jakiej lepiej nie budzić.

Jack Wallace, Amerykanin polskiego pochodzenia i właściciel znakomicie prosperującej polskiej restauracji w Chicago, samotnie wychowuje syna po śmierci żony. Gdy dociera do niego wiadomość o tragedii w obozie skautowym Owasippi - jednoczesnym samobójstwie siedemnastu skautów i kilku ich opiekunów - jego życie wywraca się do góry nogami. Wśród ofiar był Malcolm, bliski przyjaciel Sparky'ego. Policja jest bezradna, a sprawa pozostaje niewyjaśniona.

Wkrótce Jack natrafia na niepokojącą informację o własnej rodzinie: w czasie II wojny światowej w Polsce jego pradziadek również popełnił samobójstwo w okolicznościach łudząco podobnych do tragedii w Owasippi. Trop prowadzi do Puszczy Kampinoskiej, gdzie kryje się zagadka, której korzenie sięgają głęboko w przeszłość.

Po raz pierwszy w życiu Jack wraz z synem wyrusza do kraju swoich przodków. Tam przyjdzie mu zmierzyć się z mroczną, pradawną siłą, o której istnieniu nie miał pojęcia - a która cierpliwie czekała, by znów dać o sobie znać...

Fragment

Pierwsze zwłoki czarny labrador Billa, Mack, znalazł, węsząc w pokładach liści, które pozostały po zeszłorocznej jesieni. Dwukrotnie warknął, a potem zaczął chodzić w kółko, energicznie machając ogonem.

- Co tam znalazłeś, stary? Chyba nie kolejnego pieprzonego jeżozwierza? Pamiętasz, co się stało, kiedy ostatnio goniłeś za jeżozwierzem? Przez kilka dni miałeś pokaleczony cały pysk.

Mack nadal węszył w stercie liści. Pod drzewami panował mrok, jednak rozciągające się przed nim jezioro Wolverine lśniło w słońcu wszystkimi odcieniami błękitu. Dostrzegł molo, z którego skauci często skakali do jeziora i przy którym cumowali łodzie. Ich łajby o czerwonych poszyciach kołysały się na wodzie, nigdzie jednak - co wydawało się raczej niezwykłe - nie było widać skautów.

Nie było też słychać żadnych krzyków ani śmiechów. Bill zatrzymał się na chwilę i zaczął nasłuchiwać, do jego uszu dotarł jednak tylko łagodny szelest drzew rosnących przy plaży i przenikliwe nawoływania dwóch sójek błękitnych, które sprawiały wrażenie, jakby nie mogły siebie odnaleźć.

Mack znowu warknął. Bill odwrócił się i zobaczył, że pies nadal krąży wokół tej samej sterty liści, wymachując ogonem z taką energią, jakby chciał go sobie oderwać.

- Daj spokój, Mack! Cokolwiek to jest, zostaw to! Pamiętaj, jak mnie nie posłuchasz, to się spóźnimy.

Ale Mack go nie posłuchał, wsunął natomiast nos pomiędzy liście, a po chwili zaczął gwałtownie kopać w ziemi łapami.

Bill niechętnie podszedł do psa i złapał go za obrożę.

- Wiesz, jak kończą psy, które nie słuchają swoich panów? Zdychają z głodu. Zostaw to, do cholery, i chodźmy stąd!

Zaczął odciągać Macka od sterty liści, kiedy dostrzegł wśród nich bladą ludzką rękę. Wyglądała jak ręka dziecka, nadgarstek otaczało kilka plecionych bransoletek, jakie dzieci często ofiarowują sobie w dowód przyjaźni.

- O mój Boże - stęknął Bill.

Lewą ręką mocniej złapał obrożę Macka, przyklęknął i prawą dłonią zaczął odgarniać liście. Nie zabrało mu to dużo czasu - pokrywa z liści była dość cienka, miała jedynie skrywać ciało przed przypadkowymi spacerowiczami.

Był to chłopak najwyżej dwunasto- albo trzynastoletni. Miał rude włosy, zadarty nos i mnóstwo piegów na twarzy. Ubrany był w bawełnianą koszulkę z emblematem Obozowiska Rosomaka i w niebieskie spodenki, nie miał jednak ani skarpet, ani obuwia. W prawej ręce trzymał finkę, na której ostrzu widać było ciemne plamy zakrzepłej krwi.

Mack znowu warknął, ale tym razem Bill skarcił go ostro:

- Zamknij się, dobrze? Trochę szacunku dla śmierci.

Nie było najmniejszych wątpliwości, że chłopiec nie żyje. Miał głęboko poderżnięte gardło - rozcięcie na szyi wyglądało jak drugie usta. W ranie i wokół niej roiło się od much.

Bill wyciągnął z kieszeni telefon komórkowy, jednak tutaj, pomiędzy drzewami, nie miał zasięgu. Wiedział, że aparat telefoniczny znajduje się niedaleko, w jadalni Obozowiska Rosomaka, wstał więc z kolan, przypiął smycz do obroży i odciągnął Macka od zwłok, po czym szybkim krokiem ruszył w kierunku jeziora. Do brzegu było jeszcze jakieś sto metrów, kiedy Mack szarpnął w bok i znowu zawarczał.

- Na miłość boską, Mack! Co tym razem?

Mack ciągnął coraz mocniej. W pewnej chwili zacharczał, przyduszony obrożą, i Bill postanowił mu się poddać. Mack zawsze był posłusznym psem, skoro więc reagował tak, jakby działo się coś złego, Bill postanowił, że pozwoli labradorowi, żeby pokazał, o co mu chodzi.

Niedaleko od brzegu drzewa zaczęły się rozstępować, tworząc niewielką polanę porośniętą trawą. To na niej skauci po zmroku palili ognisko, piekli kiełbaski, śpiewali Great Green Gobs of Greasy Grimy Gopher Guts i opowiadali sobie przerażające historie.

Była godzina jedenasta przed południem. Świeciło słońce, a lekka bryza marszczyła powierzchnię jeziora. Jednak to, co Bill zobaczył w tych sielankowych okolicznościach, w swoim niezmierzonym okropieństwie nie mogło się równać z niczym, czego dotąd doświadczył w życiu. W piachu na polanie leżały zwłoki przynajmniej piętnastu chłopaków i siedmiu dorosłych mężczyzn. Niektóre ciała były ubrane - w mundury skautowskie, bawełniane koszulki i spodenki - ale przynajmniej kilka było zupełnie nagich. Część miała poderżnięte gardła, podobnie jak rudy chłopak w lesie. Inni mieli porozcinane nadgarstki, jednak nie w poprzek, lecz aż po barki wzdłuż żył i tętnic, które były dosłownie porozrywane w taki sposób, żeby ofiary wykrwawiły się jak najszybciej, by uratowanie ich było niemożliwe, nawet gdyby jakimś cudem pomoc dotarła do nich, gdy jeszcze żyli. Z piersi przynajmniej trzech ofiar wystawały finki. Jeden z chłopców leżał na boku z tak brutalnie rozciętym brzuchem, że jego wnętrzności wypłynęły na zewnątrz, tworząc na trawie cuchnącą stertę. Chłopak miał na nosie okulary w grubych rogowych oprawach.

Teraz nawet Mack znieruchomiał i przestał warczeć. W absolutnej ciszy popatrzył na Billa, a ten ujrzał w psim wzroku coś takiego, czego jeszcze nigdy nie widział u żadnego ze swoich psów, a miał ich już w życiu kilka. To był strach. Cokolwiek się tutaj wydarzyło, Mack panicznie się tego bał. Zatrząsł się i szarpnął smycz, a po chwili zaczął drapać ziemię tak, jakby chciał razem ze swoim panem jak najszybciej stąd uciec.

Bill musiał się odwrócić. W gardle czuł wielką gulę, jednak za wszelką cenę chciał uniknąć wymiotowania.

- Chodź, stary. - Pociągnął psa za smycz.

Na sztywnych nogach ruszył przez las równolegle do brzegu jeziora, zmierzając ku drewnianym zabudowaniom ośrodka.

Kiedy dotarł do budynku jadalni, kazał Mackowi poczekać, a sam wszedł do środka. W korytarzu było ciepło i parno, a w powietrzu unosił się silny zapach drewna cedrowego. Zanim dotarł do telefonu, puścił się pędem w kierunku toalety na końcu korytarza, szarpnął drzwii z głośnym charkotem zwymiotował do umywalki pomarańczową, kwaśną breję.

Gdy skończył, podniósł głowę i popatrzył na siebie w lustrze. Ujrzał spoconego, siwowłosego faceta z długą brodą, o ogorzałej twarzy osobnika, który bardzo dużo czasu spędza poza domem, w różnych warunkach. Jeszcze nie docierało do niego znaczenie tego, co przed chwilą zobaczył, jednak był pewien, że już nic gorszego nie może mu się przydarzyć.

Przeżegnał się - po raz pierwszy od bardzo długiego czasu.

Na sąsiedniej półce

Szukasz książki, audiobooka? Skorzystaj z wyszukiwarki

REKLAMA

san giovani ogolny 2021-09-29 nowy 2san giovani ogolny 2021-09-29 nowy 0

LINKI SPONSOROWANE

REKLAMA

radca prawny lukasz kwiecien 3radca prawny lukasz kwiecien 0
Zapraszamy na zakupy

REKLAMA

refleks chlodnictwo 2024-11-21 1refleks chlodnictwo 2024-11-21 2refleks chlodnictwo 2024-11-21 0

Najnowsze informacje na Tu Stolica

Kup bilet

Znajdź swoje wakacje

Powyższe treści pochodzą z serwisu Wakacje.pl.

Polecamy w naszym pasażu