Wolnościowa i nieobyczajna odtrutka na szarzyznę. Historia Osiedla Przyjaźń
24 lutego 2016
Pierwszy kontakt z Osiedlem Przyjaźń jest naprawdę niesamowity. Wystarczy skręcić z ruchliwej ulicy Powstańców Śląskich, by znaleźć się w innym świecie. Z miasta przenosi się człowiek na jakieś dziwne daczowisko, gdzie wielkomiejski zgiełk nieomal nie dociera.
Pasażerowie domagają się wiat przystankowych. "To XXI wiek czy prowizorka?"
Mieszkańcy Chrzanowa zwracają uwagę na uciążliwe warunki panujące na przystankach w rejonie powstającej stacji metra. Szczególnie w deszczowe i wietrzne dni brak wiat przystankowych mocno daje im się we znaki.
No właśnie. Jakiś duch rosyjskich sił w tych domkach jest jednak zaklęty, choć stawiane były naprędce i w zamyśle tylko na chwilę. Po co? Po to, by mieli gdzie mieszkać towarzysze radzieccy - budowniczowie Pałacu Kultury. Na początku lat 50. były tutaj jeszcze dzikie pola. Tych, którzy je uprawiali, wywłaszczono, teren został ogrodzony i wybudowano Posiełok Drużba. W 1952 roku zjechali tu budowlańcy z całego Związku Radzieckiego.
Rzeczpospolita studencka
Przyjechali i po trzech latach wyjechali, a że w odbudowywanej Warszawie nie mieli gdzie mieszkać sami warszawiacy (o studentach nie wspominając), więc latem 1955 roku właśnie studentów zakwaterowano w osiedlu. I był to początek anarchicznej tradycji tego miejsca. Na fali przedpaździernikowej odwilży młodzież wyszła z ideą przekształcenia kampusu w niezależną republikę studencką. Tu, inaczej niż w zgrzebnej peerelowskiej szarzyźnie, wolno było prawie wszystko. Władze akademickie przestraszyły się nie tyle wolności słowa, piętnowania "błędów i wypaczeń", co nieobyczajnej obyczajowej swobody nijak licującej z socjalistyczną moralnością. Na początku lat 60. wyrzucono więc z kampusu kobiety, wróciły dopiero połowie lat 70. Uliczki między domkami długo nosiły nieoficjalne nazwy nadane na pamiątkę obyczajnych i nieobyczajnych zdarzeń. Co działo się w Alei Zbłądzonych Dziewcząt można sobie wszak wyobrazić.
Ale nie tylko studenci mieszkali w "Przyjaźni". Na osiedlu są dwa typy domków: długie, parterowe, wielorodzinne, które mieszkańcy do dziś nazywają blokami oraz jednorodzinne, ze strychem, trochę na wzór fiński. W czasach budowy Pałacu Kultury w tych lepszych mieszkali inżynierowie, w tych gorszych robotnicy. Po wyjeździe radzieckich "stroitieli" tylko w "blokach" urządzono akademiki, w jednorodzinnych zaś zamieszkali bezdomni wykładowcy i pracownicy naukowi. Do dziś ta część osiedla nazywana jest profesorskim.
Oaza wśród peerelowskiej szarości
Profesorowie i studenci żyli tutaj w ciekawej symbiozie. W czasach studenckich mieszkali tu m.in. Leszek Balcerowicz, Jerzy Bralczyk czy aktor Krzysztof Tyniec. - I studenci, i większość kadry szukali tego samego. Na początku lat 60. wyrzucono więc z kampusu kobiety, wróciły dopiero połowie lat 70. Uliczki między domkami długo nosiły nieoficjalne nazwy nadane na pamiątkę obyczajnych i nieobyczajnych zdarzeń. Co działo się w Alei Zbłądzonych Dziewcząt można sobie wszak wyobrazić. Odtrutki na codzienną beznadzieję i szarzyznę. Osiedle było więc taką enklawą wolności - wspomina Jerzy Bralczyk. Ponoć podczas srogich zim z obu osiedli wydeptane były tylko dwie ścieżki: jedna do przystanku autobusowego, druga do ul. Oświatowej, gdzie działała zawsze pewna meta, na której o każdej porze można było kupić pół litra i coś na zakąskę.
Osiedle, z racji swej unikalnej zabudowy, stało się w latach 80. mekką opozycji. Działały tu dwie podziemne drukarnie, do tego stopnia zakonspirowane, że drukujący ulotki i wydawnictwa w jednej nie wiedzieli o istnieniu drugiej.
Miasto w mieście
Co by nie mówić o socjalistycznym budownictwie i centralnym planowaniu, osiedle "Przyjaźń" zorganizowane zostało całkiem racjonalnie. Jako niemal samowystarczalny mikroorganizm, z którego na dobrą sprawę można się było nie ruszać. Kiedyś były tu: poczta, straż pożarna, przedszkole, szkoła, kotłownia, mięsny, ba nawet łaźnia - najpierw dla robotników, później dla studentów. W PRL-u działała biblioteka, klub studencki "Karuzela", w którym od czasu do czasu coś ciekawego udawało się zorganizować - w latach świetności grali tu Maryla Rodowicz czy Jacek Kaczmarski. Na co dzień próby miał też chór. Było boisko do piłki nożnej, na które wciąż mówi się tu "stadion". Pamiętam je. W czasach studenckich, w latach 90., grałem tu w meczu Uniwersytetu z Politechniką. Było tak krzywe, że można było nogi połamać. Ale było. No i mecz wygraliśmy.
Na osiedlu była apteka, szewc, duży domek zajmowało Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Oczywiście działała też stołówka akademicka, w której można było zjeść za grosze. Funkcjonowało nawet kino! Najpierw nazywało się "Student", potem "Dar".
W domkach akademickich warunki były spartańskie. Domki rzadko remontowano, były raczej obskurne. Nie zapewniały ciepłej wody, ani gazu. Bardzo późno pozakładano tu bojlery. Swoje dokładali tymczasowi mieszkańcy. Budynki niszczały. - Przez dwa tygodnie nie wyciągnęłam nic z walizki, szafy były brudne, a najgorsze były te długie koryta, w których mieliśmy się myć - wspomina jedna z mieszkanek akademika w latach 80. Ale jakoś trudno było tego miejsca nie polubić. - Warunki marne, ale jaka atmosfera. Totalna swoboda. Wszyscy wszystkich znali. To miejsce wymuszało życzliwość między ludźmi - wspomina profesor Bralczyk.
Czas, który się zatrzymał, a jednak mija...
Z jednej strony, czas tu się jakby zatrzymał. Drewniane domki w samym środku miejskiego zgiełku są niemal wyjęte z innego czasu. A jednak to już nie to samo co dawniej. Tego, co tu było, już nie ma. Nie ma szewca, nie ma apteki. W budynku kina dziś mieści się klub "Kolorado" dla dzieci. W "Karuzeli" powstała kawiarnia. Do osiedla zbliża się miasto. Od strony Powstańców Śląskich rośnie osiedle Przyjaciół. Za stadionem nowe osiedle już jest, z domofonem i podwójnym ogrodzeniem.
Zamieszkane domki wyglądają ładnie, większość jest zadbana, odnowiona. W niektórych wciąż mieszkają studenci. Ale sporo zostało też stałych mieszkańców: emerytowani pracownicy naukowi, ich rodziny, byli studenci, którzy pokochali to miejsce. Niektórzy mieszkają tu nawet od 1955 roku i żyją w strachu przed buldożerami. Boją się, że właściciel, czyli Skarb Państwa pewnego dnia ulegnie deweloperom, sprzeda teren, osiedle zburzy i postawi bloki.
(wk)
.























































