W Chotomowie można, a Choszczówka wciąż bez schodów i wind
22 stycznia 2013
Już wkrótce przy wiadukcie nad torami w Chotomowie powstaną schody i windy. Wszystko po to, by ułatwić życie pieszym. Niestety na takie przywileje nie mają szans mieszkańcy Choszczówki. Dlaczego, skoro oba wiadukty to niemal analogiczna sytuacja?
Przebudowa Białołęckiej będzie kosztowała fortunę
Przebudowa ul. Białołęckiej będzie kosztować prawie 100 mln zł. To jedna z najdroższych inwestycji drogowych w tej części miasta. Dla porównania - modernizacja ul. Kąty Grodziskie pochłonęła zaledwie 35,5 mln zł. Teraz Skanska zajmie się 4-kilometrowym odcinkiem, a prace potrwają aż 32 miesiące.
Zamknęli przejazd na Mehoffera i teraz trzeba nadrabiać kawał drogi, żeby przedrzeć się w nielegalnym miejscu przez tory - mówi zdenerwowany pan Henryk z Zawiślańskiej.
W momencie kiedy wyszło na jaw, że projekt budowy wiaduktu nie przewiduje schodów, zaczęło o nie walczyć stowarzyszenie Nasza Choszczówka.
- Mieszkańcy Zawiślańskiej, Polnych Kwiatów czy Mehoffera muszą nadrabiać dwa kilometry, żeby dostać się na drugą stronę torów. Jeśli nie wykorzystują bardzo niskiego przepustu dla zwierząt znajdującego w pobliżu starego przejazdu, muszą iść aż do przejścia podziemnego przy stacji Choszczówka albo na koniec bardzo długiego wiaduktu.
U nas: brak kasy
Burzliwa dyskusja na ten temat była prowadzona już rok temu na spotkaniu mieszkańców z kolejarzami i władzami dzielnicy w białołęckim ratuszu, kiedy mieszkańcy Choszczówki powoływali się właśnie na przykład Chotomowa.
- Jabłonna i starostwo legionowskie pieniądze wyłożyły. U nas jak zwykle... dzielnica pieniędzy nie ma i miasto też nie ma - podsumowuje Cieślak.
Rozżalenia nie kryje radny Wojciech Tumasz, który wielokrotnie interweniował w sprawie wiaduktów na Białołęce. Dlaczego w Chotomowie można, a u nas nie?
- Bo miastu na tym najwyraźniej nie zależy. W gminie Jabłonna sprawa schodów na wiadukcie to np. "być albo nie być" dla wójta Jabłonny, a w Warszawie prezydent miasta najwyraźniej nie musi się przejmować głosami kilkuset mieszkańców - mówi rozgoryczony Tumasz.
Rzeczniczka dzielnicowego ratusza podkreśla, że różnica w możliwościach inwestycyjnych Jabłonny i Białołęki jest i to niemała.
- Po pierwsze jesteśmy tylko dzielnicą, a nie gminą i dlatego mamy inne kompetencje. Po drugie mamy bardzo trudną sytuację w oświacie i większość funduszy przeznaczamy na budowę nowych szkół. Kilka razy zapraszaliśmy przedstawicieli PKP PLK na spotkania z mieszkańcami (przed rozpoczęciem inwestycji i w jej trakcie), informowaliśmy ich o swoich uwagach i potrzebach mieszkańców - mówi Bernadeta Włoch-Nagórny. Bezskutecznie.
Jak więc widać sytuacja jest patowa - szans na zmiany nie widać. Szkoda tylko, że mieszkańcy Białołęki zaczynają żałować, że nie mieszkają zaledwie kilka kilometrów dalej.
Anna Sadowska
.















































