REKLAMA

radca prawny lukasz kwiecien 1radca prawny lukasz kwiecien 2radca prawny lukasz kwiecien 0

Czas zdrady. Dziedzictwo popiołów, tom 1, Joanna Nowak

zapowiedź
autor: Joanna Nowak
wydawnictwo: Replika
seria: Dziedzictwo popiołów
wydanie: Poznań
zapowiedź: 17 marca 2026
forma: książka, okładka miękka ze skrzydełkami
wymiary: 1 × 1 mm
liczba stron: 304
ISBN: 978-83-6856092-3

Jest druga połowa XIX wieku. Warszawa drży pod ciężarem carskiej władzy. Ulice tętnią niepokojem, a w sercach Polaków narasta napięcie, które wkrótce doprowadzi do powstania styczniowego.

Matylda i Eliza Lisieckie - siostry bliźniaczki - wchodzą w dorosłość w epoce, która nie zna litości. Matylda, odważna i porywcza, coraz bardziej poznaje środowisko konspiratorów i w końcu przyłącza się do powstańców. Eliza nie ma tyle odwagi i determinacji - ona marzy raczej o kochającym mężu i gromadce dzieci.

Na ich drodze pojawia się Piotr Sosnowski, hrabia rozdarty między obowiązkiem wobec rodziny a tym, co budzi się w jego sercu. Mężczyzna nie przeczuwa jeszcze, że spotkanie z siostrami postawi go przed wyborami, od których nie ma odwrotu. Ich obecność stanie się dla niego zarazem światłem, jak i cieniem.

,,Czas zdrady" to pełna napięcia opowieść o miłości rodzącej się w chwili, gdy historia przyspiesza. O uczuciach, które potrafią być silniejsze niż strach i bardziej niebezpieczne niż jakikolwiek polityczny bunt.

Fragment

Prolog

Córki Marianny i Władysława Lisieckich urodziły się w letnie, parne popołudnie, kiedy ich ojciec w lepkiej od potu koszuli ocierał zroszone czoło, a pracujący na polach chłopi słaniali się na nogach. Władysław każdego roku czynnie uczestniczył w żniwach. Wychodził z założenia, że każda para rąk jest po­trzebna do pracy i jego dłonie w niczym nie są lepsze od chłop­skich. Z zapałem kosił zboże, czym dawał przykład parobkom utyskującym na nieznośne warunki. Nie narzekał, nie uchylał się od obowiązków. Z dumnie podniesionym czołem parł przed siebie i cieszył się z dorodnego plonu. Na tyle zapamiętał się w robocie, że nie zauważył niewielkiego skaleczenia na nodze.

Późnym wieczorem udał się do domu. Zaraz dopadła go och­mistrzyni i skierowała do pańskiej sypialni. Zmęczony męż­czyzna wszedł do pomieszczenia bez większego entuzjazmu. Jedyne, czego pragnął to strawy, kąpieli i długiego odpoczyn­ku. Tymczasem jego oczom ukazał się biblijny niemal widok. Oto matka przystawiała do nabrzmiałej piersi kwilące zawi­niątko. Dostrzegłszy męża, Marianna uśmiechnęła się lekko, wciąż odczuwając skutki wielogodzinnego porodu. Władysław na chwiejnych nogach podszedł do łoża. Naraz jakby wstąpiły w niego nowe siły. Spoczął obok położnicy, roziskrzonym wzro­kiem wpatrywał się w matkę swego dziecka, wylewnie dzięku­jąc za sprowadzenie maleństwa na świat. Wówczas Marianna resztkami sił głową wskazała na kołyskę. Zdumiony Władysław dojrzał leżące spokojnie dziecko. Przenosił więc wzrok z jed­nego maleństwa na drugie, jakby sprawdzał, czy nie doznał pomieszania zmysłów.

- Mamy dwie dziewczynki - powiedziała cicho Marianna. Nie­pewnie czekała na reakcję męża. Mężczyźni oczekiwali synów, córki, w dodatku dwie naraz, stanowiły kłopot. Wszak należało wyposażyć je w solidnej wielkości posag, a rodu nie przedłużą.

- Są idealne - powiedział wzruszony Władysław po długiej chwili milczenia. Z namaszczeniem przejął niemowlę z rąk żony, przyglądał się bezradnej istotce i już snuł plany na jej przyszłość. - Nasze córki będą piękne, charakterne i szczęśliwe.

Oddał dziecię rodzicielce. Sam upojony radością namięt­nie pocałował Mariannę, po czym wyszedł i zarządził toast za zdrowie dziedziczek. O swojej doli nie wspomniał, choć i jemu przydałyby się szczere życzenia.

Następnego dnia nie wstał z posłania. Majaczył, złożony go­rączką. Sprowadzony z miasta doktor orzekł zakażenie krwi. Rana zadana kosą jątrzyła się i ropiała. Upuszczanie krwi nie dawało rezultatów. Tydzień później Lisiecki wyzionął ducha.

Naznaczona tragedią Marianna nie interesowała się dzieć­mi. Ochmistrzyni najęła dwie mamki, sprowadziła lekarza do wdowy. Medyk stwierdził głęboką melancholię, czemu trudno się było dziwić, zważywszy na okoliczności. Nakazał parzenie ziół i obserwowanie biedaczki. Służki pilnowały zatem, by pani Marianna jadła, przynosiły córeczki do pokoju, lecz kobieta nie spoglądała w stronę dziewczynek. Podświadomie obwiniała je o śmierć Władysława. Wszak straciła go, gdy spotkał się z nimi po raz pierwszy. Odganiała się od Matyldy i Elizy niczym od natrętnych much. W końcu nieznoszącym sprzeciwu głosem poleciła trzymać maleństwa z dala od siebie.

Po złożeniu Władysława w rodzinnym grobowcu z trudem zniosła konsolację, podczas której z obojętnością przyjmowała liczne kondolencje. Pod przykryciem z czarnego woalu kryła się kredowobiała twarz naznaczona cierpieniem. Zgromadze­ni współczuli jej w żałobie, litowali się nad sierotami, zasta­nawiali nad przyszłością rodu. Co oczywiste, brat zmarłego przejął kierowanie dworem, bo Marianna nie nadawała się do jego prowadzenia.

Tydzień później Lisiecka wyjechała do Warszawy, do matki i ojca. Z konieczności zabrała córki. Szwagier obiecał przeka­zywać jej procenty z zysków, lecz te malały w miarę upływu czasu, aż źródło dochodów całkiem wyschło.

Rodzinie Marianny nie wiodło się najlepiej. Utrzymanie cór­ki oraz wnuczek sporo ich kosztowało, nieraz więc dawali jej do zrozumienia, że jest ciężarem. Jednakowo namawiali ją do powtórnego wyjścia za mąż, bez wybrzydzania na kandydata, bo kobietę z przychówkiem określano jako towar wybrakowa­ny, nienadający się do powtórnego użytkowania. Zdesperowana Marianna przyjęła oświadczyny czterdziestoletniego fabrykan­ta, zatwardziałego kawalera o surowej fizjonomii i skostniałym spojrzeniu. Julian Koszecki zabrał żonę do siebie, na dziew­czynki kręcił nosem, ale zaakceptował ich obecność w domu. Mimo wielokrotnie podejmowanych prób para nie doczekała się wspólnych dzieci. Marianna trzykrotnie zachodziła w ciążę. Pierwszą straciła zaledwie kilka dni po wizycie lekarza. Drugą poroniła na miesiąc przed rozwiązaniem. Najtragiczniejsza okazała się trzecia. Marianna, teraz Koszecka, urodziła wątłe­go chłopca, który przeżył niecałą dobę. Sąsiedzi i znajomi, jak również żądna sensacji śmietanka towarzyska powtarzała, że żona Juliana nigdy nie powije mu zdrowego potomka, bowiem w głębi duszy odeszła wraz z Władysławem i już nie powoła na świat zdrowego dziecka. Zresztą każdy widział, jak źle wy­glądała. Przeraźliwie chuda, z zapadniętymi policzkami, zma­towiałymi włosami, całe dnie spędzała w fotelu ustawionym przed oknem wychodzącym na ulicę. Nie zajmowała się Elizą i Matyldą, nie zajmowała się domem ani mężem.

Julian nieraz jeszcze doprowadzał do zbliżenia, lecz po tym z obrzydzeniem wstawał z łóżka, uderzał Mariannę w twarz, chcąc pobudzić ją do życia, po czym rugał za bezużyteczność. Pastwił się nad biedaczką, nie dostrzegając, że znajdowała się w jego domu jedynie ciałem. Dzieciaczki traktował niczym dopust boży. Córki innego mężczyzny były ujmą na honorze, szczególnie jeśli nie posiadało się własnych. Gdyby nie dobre serce gospodyni, poczciwej Maciejowej, co odchowała własne dzieci i doglądała jaśnie pana w latach szczenięcych, bliźniacz­ki czekałby okrutny los. Dbała, żeby właściwie się chowały, kar­miła, pielęgnowała w chorobie, ocierała łezki, gdy matka od­trącała spragnione miłości istotki. Ona też po śmierci pani Marianny nie zostawiła ich na pastwę losu.

Koszecka odeszła w styczniową, mroźną noc. Wyszła z kamie­nicy na Krakowskim Przedmieściu bez butów, w koszuli noc­nej. Zmarznięta, ledwie żywa dotarła pod kościół Kapucynów, gdzie zległa przed zamkniętymi drzwiami. Rankiem zsiniałe ciało znalazł jeden z zakonników.

W cichym pogrzebie wzięło udział zaledwie kilka osób. Ju­lian nie rozgłaszał wieści o nagłym wdowieństwie. Ogarniało go zażenowanie na myśl o tym, jak będzie potraktowany przez towarzystwo, kiedy plotkary dowiedzą się, co uczyniła Marian­na. Już ksiądz kręcił nosem na pochówek w poświęconej ziemi. Uważał bowiem, że kobieta targnęła się na życie, a dla takich nie było miejsca na parafialnym cmentarzu, zwłaszcza w cen­tralnej części, gdzie znajdował się rodzinny grób Koszeckich. Marudził, narzekał, zastanawiał się, co ludzie powiedzą, wska­zywał doskonałą, jego zdaniem, lokalizację dla mogiły - pod płotem. Zmienił zdanie po przygarnięciu kiesy wypełnionej monetami. Zapewnił wówczas, że uroczystość odbędzie się zgodnie z ceremoniałem. Prosił jednocześnie, aby odbyła się bez tłumów, na co Julian przystał bez sprzeciwu.

W równie cichy sposób postanowił pozbyć się Matyldy i Eli­zy. Niespełna trzyletnie dziewczynki nigdy nie skradły jego serca. Nie żywił do nich żadnych uczuć poza zazdrością. One przecież żyły, a jego dzieci, poza synkiem, któremu po dziadku ze strony ojca nadano imię Edward, nie miały nawet swojego kawałka ziemi. Długo głowił się, co począć z córkami Marianny. O oddaniu do przytułku nie było mowy, Julian nie był wszak draniem skazującym dzieci na najgorszy los. O ile orientował się w sytuacji rodzinnej żony, przewidywał, że jej najbliżsi nie zechcą przygarnąć dziewczynek. Majątkiem Lisieckich zawia­dywał natomiast brat Władysława i to na nim spoczywał mo­ralny obowiązek zajęcia się krewniaczkami.

Na sąsiedniej półce

Szukasz książki, audiobooka? Skorzystaj z wyszukiwarki

REKLAMA

smaki zycia 2024-09-03 2smaki zycia 2024-09-03 0

REKLAMA

san giovani ogolny 2021-09-29 nowy 1san giovani ogolny 2021-09-29 nowy 2san giovani ogolny 2021-09-29 nowy 0

Najnowsze informacje na Tu Stolica

REKLAMA

Kup bilet

Znajdź swoje wakacje

Powyższe treści pochodzą z serwisu Wakacje.pl.

Polecamy w naszym pasażu