Byle pozbyć się pacjenta ze szpitala?
5 lutego 2015
Czy starszą osobę po wypadku samochodowym należy pozostawić na obserwacji w szpitalu czy odesłać do domu? Oto historia naszej czytelniczki, matki pani Ani.
Pasteloza toczy bielańskie bloki
Wieżowiec mieszkalny na Wrzecionie, stojący obok Zespołu Szkół Sportowych nr 50 - jest postrachem okolicy. Niestety to niejedyny budynek w dzielnicy, na który przykro patrzeć.
Kierowca zatrzymał się, pomógł mojej mamie dostać się na chodnik i zaproponował podwiezienie do szpitala. Kiedy jednak mama powiedziała, że nie może zgiąć nogi, a jakaś pani podeszła i stwierdziła, że trzeba wezwać pogotowie, wsiadł do samochodu i odjechał. Policja chce przesłuchać moją mamę dopiero w lutym. Jeśli ktoś był akurat w tym miejscu 12 stycznia o godz. 16.25 i był świadkiem zdarzenia lub widział samochód i nr rejestracyjny, proszę o pilny kontakt ze mną - apeluje na Facebooku nasza czytelniczka.
Historia ma ciąg dalszy
Starsza pani została zabrana przez karetkę do Szpitala Bielańskiego. Nie był to jednak koniec jej koszmaru. W szpitalu spędziła kilka długich godzin. Okazało się, że noga i żebra są złamane.
- Przyjechała moja siostra, która miała wrażenie, jakby lekarz robił mamie łaskę, że ją bada. Przed północą została wypisana. Nie dostała tabletek przeciwbólowych. Nic nie podpisywała i nie chciała zostać wypisana na własne żądanie, tym niemniej nie zostawili jej w szpitalu na obserwacji. Nie rozumiem dlaczego. Przez tydzień leżała w domu, a my nie bardzo wiedziałyśmy, jak się nią zająć. Nie byłyśmy w stanie jej ruszyć. Wreszcie dostałyśmy od lekarza pierwszego kontaktu skierowanie z powrotem do szpitala. Tam mama spędziła jeden dzień. Jest bardzo wymęczona i obolała. Czy naprawdę nie dało rady jakoś inaczej jej potraktować? Bardziej po ludzku. Generalnie zastanawiam się, jak funkcjonuje ten szpital. Na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym jest tylko jeden ortopeda i generalnie czeka się tam długie godziny - irytuje się pani Anna.
Szpital: niestandardowo, ale bezbłędnie
Dyrekcja szpitala uważa, że nie popełniono żadnych błędów, choć nadmienia, że może była to "niestandardowa decyzja".
- W takich wypadkach każdorazowo w zależności od stanu zdrowia pacjenta szef dyżuru, w tym wypadku urazowego, podejmuje decyzję co dalej. W przypadku tej pacjentki taka decyzja została podjęta po sześciu godzinach - po wielu badaniach obrazowych, łącznie z tomografią głowy, a także zbadaniu przez specjalistę medycyny ratunkowej, później przez ortopedę. Jestem przekonany, że zarówno pierwszy, jak i drugi pobyt, z medycznego punktu widzenia był w porządku. Drugi pobyt stanowił jedynie leczenie zachowawcze. Pacjentka nie potrzebowała żadnych zabiegów, co poniekąd udowadnia, że nie popełniono błędu wypisując pacjentkę podczas pierwszego pobytu. Kiedy ta pani pojawiła się u nas po raz pierwszy lekarz zalecił - tak jak to ma zwykle miejsce w tego typu urazach - przyjście do poradni urazowej, dokładnie w dniu, w którym po raz drugi pojawiła się w naszym szpitalu - broni decyzje szpitalnego personelu wicedyrektor ds. lecznictwa, dr n. med. Grzegorz Michalak. Przypomina też, że w szpitalu działa pełnomocnik praw pacjenta i chętnie udzieli wszelkich wyjaśnień.
- Jeżeli córka tej pani ma jakieś wątpliwości, to zarówno ja, jak i moi koledzy, którzy się opiekowali pacjentką, jesteśmy do dyspozycji - dodaje wicedyrektor.
Chętnie poznamy inne historie naszych czytelników ze Szpitala Bielańskiego.
ak
.











































