Sroka zatrzyma inwestycję, człowiek straci dom. Warszawski teatr absurdu
dzisiaj, 12:02
Być może Franz Kafka, gdyby żył w Warszawie roku 2026, zmieniłby nieco historię człowieka walczącego z machiną państwa. Bohater budziłby się rano i dowiadywał, że jego dom zostanie zburzony pod ścieżkę rowerową, ale stojące pośrodku planowanej ulicy drzewo będzie ocalone, bo cały aparat administracyjny wpadł w panikę, gdy w gnieździe na tymże drzewie wykluły się pisklęta.
Warszawa coraz bardziej przypomina dziwną republikę, w której człowiek jest intruzem, a obywatel ma mniej praw niż dobrze usytuowane gniazdo. Sroka może zatrzymać budowę parku na Tarchominie. Krogulec może sparaliżować budowę przedszkola na Żoliborzu.
Cud na Białołęce. Dożyliśmy przebudowy tej ważnej ulicy
Rusza jedna z najbardziej spóźnionych i najbardziej kluczowych inwestycji drogowych na Białołęce. Miasto podpisało umowę na rozbudowę ul. Białołęckiej i budowę sieci kanalizacji sanitarnej. Wykonawcą prac jest firma Skanska, która ma 32 miesiące na realizację projektu o wartości blisko 96 mln zł.
Ale człowiek, który od sześćdziesięciu lat mieszka w swoim domu, słyszy tylko urzędnicze zaklęcie: "rozwiązania zostały zaprojektowane zgodnie z obowiązującymi przepisami". Jakież to współczesne. Jakież unijno-europejskie. Jakież sterylnie odhumanizowane.
W sprawie domu przy Kuszników najbardziej porażające jest to, że - jak wynika z relacji mieszkańców - nikt nawet nie próbował poważnie rozważyć alternatywnego przebiegu nowej ulicy. Nie było rozmowy o ocaleniu domu. Było jedynie urzędowe: "tak zdecydowano". To jest właśnie ten moment, w którym samorząd warszawski przestaje być wspólnotą obywateli, a zaczyna przypominać zimny kombinat technokratów. Człowiek ma się dostosować. Ma się wyprowadzić. Ma podpisać odbiór pisma i najlepiej jeszcze podziękować za "lokal zamienny".
Ekologia czy urzędniczy fetysz?
Jednocześnie ci sami urzędnicy potrafią z niemal religijnym namaszczeniem grodzić teren budowy, bo krogulec wysiaduje jaja. Inwestycja zostaje podporządkowana cyklowi lęgowemu. Harmonogram ustala natura. Piękne. Wzruszające. Tylko dlaczego podobnej czułości nie ma wobec ludzi? George Orwell pewnie dopisałby nowe zdanie do "Folwarku zwierzęcego": "Wszystkie gatunki są równe, ale niektóre ptaki są równiejsze od ludzi".
Oczywiście zaraz odezwą się strażnicy moralnej poprawności: "Czy chcecie mordować ptaki? Czy jesteście przeciw ekologii?". To klasyczny szantaż emocjonalny. Bo między barbarzyństwem a rozsądkiem istnieje jeszcze coś takiego jak proporcja. Cywilizacja polega właśnie na ważeniu racji. Na szukaniu kompromisu między ochroną przyrody a prawami człowieka. Tymczasem w Polsce coraz częściej obserwujemy groteskowy rytuał, w którym przyroda staje się fetyszem, a człowiek - problemem.
Warszawski teatr absurdu
Droga nie mogła zostać zaprojektowana inaczej? Ścieżki rowerowej naprawdę nie dało się przesunąć o kilka metrów? Jedynym rozwiązaniem było zburzenie domu ludziom mieszkającym tam od dekad? Łatwiej wyrzucić do śmieci czyjś świat niż poprawić projekt? Projekt jest święty. Projekt został "uzgodniony". Projekt ma pieczątkę. A pieczątka dla warszawskiego urzędnika ma większą wartość niż człowiek. I pomyśleć, że ci sami urzędnicy niemal salutują przed gniazdem krogulca. To jest administracyjny teatr absurdu.
I może właśnie dlatego coraz więcej ludzi czuje wobec państwa nie szacunek, lecz gorzką bezsilność. Bo widzą system, który nad losem człowieka potrafi przejść do porządku dziennego, ale wpada w panikę wobec gniazda na chorej wierzbie. Człowiek w starciu z machiną urzędniczą jest dziś mniej chroniony niż ptak czy bóbr. I to powinno nas naprawdę niepokoić.
Państwo dla ludzi czy rezerwat procedur?
Nikt rozsądny nie chce niszczyć przyrody. Ale równie nierozsądne jest tworzenie rzeczywistości, w której obywatel przegrywa z każdą pieczątką, każdą procedurą i każdym urzędniczym alibi. Bo jeśli naprawdę doszliśmy do momentu, w którym krogulec może zatrzymać budowę przedszkola, sroka budowę parku, a człowiek nie może powstrzymać wyburzenia własnego domu - to znaczy, że coś w tym państwie bardzo poważnie się popsuło.
Obserwator Warszawski
.



































