Oto prawdziwy warszawski "dom zły"
9 października 2015
Ta kamienica to kawał historii Woli. Zbudowana jeszcze przed wybuchem pierwszej wojny światowej była największym budynkiem tej przedmiejskiej wówczas dzielnicy. Tu naradzali się komuniści, tu też mieszkał nastoletni zabójca policjanta. Kamienica hrabiego Grocholskiego to jeden z ważniejszych punktów na mapie Woli.
Mieszkańcy: czas otworzyć Grzybowską!
Mieszkańcy osiedla Za Żelazną Bramą zbierają podpisy wspierające otwarcie ul. Grzybowskiej dla samochodów osobowych. W blokach rozłożono księgi. Powód - planowane przedłużenie zamknięcia przynajmniej do połowy 2015 roku.
Szumiały jeszcze drzewa resztek podmiejskich ogrodów, gdy hrabia Zdzisław Grocholski z Pietczan na Podolu wysiadł z dorożki i oglądał plac budowy. Solidna kamienica da mu duży dochód. A że dom będzie solidnie wykonany, pan hrabia nie miał najmniejszych wątpliwości - projekt i budowę zlecił znanemu warszawskiemu architektowi Wacławowi Heppenowi. Budynki, których projekty wyszły z jego pracowni, cieszą oko do dziś. Dzieje budynku zgłębił i opublikował na stronie warszawa1939.pl Szymon Patoka: "Kamienica, wzniesiona jako najokazalsza na terenie ówczesnej Woli, została zaprojektowana jako pięciopiętrowy budynek (szóste piętro w mansardowym dachu) z trzema podwórzami - z czego dwa były typowymi studniami, zaś trzecie zaprojektowano jako rodzaj dziedzińca, na którym wzniesiono oficynę fabryczną. Działał w niej zakład Walentego Ortha, jako pierwszy w Warszawie wytwarzający sztuczne kamienie, marmury oraz porcelanę. Obok oficyny wznosiła się willa, formalnie należąca do hr. Grocholskiego, częściej jednak użytkowana przez dyrektora wytwórni" - pisze Patoka. W roku 1921 Grocholski sprzedał nieruchomość braciom Nałęcz-Golian i jednocześnie kupił należący do nich folwark "Poniatów" w Jabłonnie. Tymczasem przy Wolskiej ruszyła fabryka makaronu należąca do braci. Od herbu, stanowiącego część nazwiska, otrzymała nazwę "Nałęcz". Fabryka miała drugi wjazd od strony ulicy Płockiej.
Robotnicy, poeta, komuniści
Mieszkańcami kamienicy hrabiego byli głównie rzemieślnicy i pracownicy tutejszych fabryk. Od koloru cegieł, z których zbudowane były zakłady, a także lewicowych poglądów tutejszych robotników, dzielnica otrzymała przydomek "Czerwona Wola". Jednym z lokatorów budynku był poeta Edward Szymański. Szymański (1907-1943) był lewicowcem. Działał w PPS, Czerwonym Harcerstwie Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego, był także aktywnym działaczem związków zawodowych. Wraz z żoną i dziećmi ukrywał się od 1942 roku. Został jednak namierzony przez gestapo i aresztowany, z Pawiaku wywieziono go do Auschwitz, gdzie zginął. Dziś budynek jest dość zaniedbany. Cieszy się także - niestety - złą sławą. Mieszkańcy skarżą się na lokatorów z kwaterunku, którzy organizują libacje, brudzą i śmiecą. Szymański został upamiętniony tablicą na elewacji kamienicy hrabiego oraz pomnikiem w parku noszącym jego imię.
W tym domu odbywały się często narady komunistów. W 1918 roku odbyło się tu pierwsze posiedzenie Komitetu Dzielnicowego Wola Komunistycznej Partii Robotniczej Polski. Ugrupowania nikt już nie pamięta, komunistów też już nie ma, ale pozostała tablica, która - jakkolwiek by na to nie patrzeć - jest świadectwem historii, która się tu działa. Pamiątka przeszkadza prawicowym politykom. Radny Woli Michał Prószyński złożył na ręce burmistrza Krzysztofa Strzałkowskiego interpelację, w której domaga się usunięcia tablica, która jego zdaniem "negatywnie wpływa na wizerunek dzielnicy Wola". Wiceburmistrz Adam Hać odpowiedział, że budynek stanowi własność wspólnoty mieszkaniowej, która nie udzieliła odpowiedzi na pytanie urzędników o przyszłość tablicy.
Kiepska odbudowa
W czasie wojny budynek spłonął. Po odbudowie gmaszysko nie było już tak wspaniałe jak przed wojną. "Zniszczono całkowicie interesujący wystrój fasady, w tym przyziemie oblicowanie sztucznym marmurem, pochodzącym zapewne z fabryki Ortha. W ostatnich latach wyburzono willę hr. Grocholskiego, zabudowania fabryczne, obecnie opuszczone, pozostają w bardzo złym stanie" - pisze Szymon Patoka.
Morderca z Wolskiej 54
Dziś budynek jest dość zaniedbany. Cieszy się także - niestety - złą sławą. Mieszkańcy skarżą się na lokatorów z kwaterunku, którzy organizują libacje, brudzą i śmiecą. Przez nich opinia o tej kamienicy jest zła. Na dodatek właśnie w tej kamienicy mieszkał nastolatek, który 10 lutego 2010 roku zabił policjanta. Aspirant Andrzej Struj był na urlopie i wracał z zakupów tramwajem, kiedy przy Forcie Wola dwóch wyrostków cisnęło w wagon koszem na śmieci. Struj zwrócił im uwagę, i został zamordowany z zimną krwią. 18-letni Piotr R. złapał policjanta od tyłu, a 17-letni Mateusz N. zadźgał funkcjonariusza nożem. Morderca dostał 25 lat więzienia, jego pomocnik - zaledwie 15.
Przemysław Burkiewicz
.












































