Legionowska "Leśniczówka". Czar leśnego bajorka
13 lipca 2016
Kiedyś było tam miło. Bajorko w środku lasu, wokół drewniane wiaty. Dziś śmietnik, syf a zamiast bajorka trochę większa, zarośnięta kałuża.
Rosjanie opuszczają ośrodek nad Zalewem. Umowa zerwana
Federacja Rosyjska przestała być dzierżawcą ośrodka wczasowego we wsi Skubianka. Stało się tak na skutek nagłośnienia sprawy przez lokalny tygodnik "Mazowieckie To i Owo" na początku kwietnia.
Tu chodziłem z rodzicami na grzyby, na spacery do Choszczówki, skąd wracało się pociągiem. Ale najbardziej lubiłem bajorko. Było większe niż dzisiaj. Zawsze porośnięte trzcinami, po wodzie pływały kaczki, łatwo było spotkać traszkę, zaskrońca, wieczorami latem i jesienią żaby dawały koncerty, wędkarze chwalili się, czego to oni tu nie złapali.
Wokół (nie pamiętam dokładnie kiedy, ale musiało to być jakoś w połowie lat 70.) ustawionych zostało kilka drewnianych wiat z masywnymi ławami do siedzenia, stołami i spadzistymi dachami. I to miało sens, bo nad bajorko w weekendy przychodziło sporo ludzi. Legionowska namiastka plaży z prawdziwego zdarzenia... Całkiem fajnej, dzikiej, a wiaty idealnie się na pikniki nadawały. Wokoło było trochę drewnianych przyrządów do prostych ćwiczeń, równoważnie, huśtawki... Słowem fajne miejsce nazywane dość powszechnie, nie wiedzieć czemu, "leśniczówką".
Mekka i własność wszystkich
Z czasem na ścianach wiat, na stołach, ławach, przybywało "znaków istnienia" rytych nożem, drapanych czym się dało albo wypisywanych węglem drzewnym, o który trudno nie było, bo odkąd pamiętam paliło się tu ogniska. Pewnie nielegalnie, ale kto by się tym przejmował. Lubiłem czytać te napisy: mówiły, że ktoś kogoś kocha albo że ktoś jest taki czy owaki. Ale większość pozostawionych tu napisów po prostu informowała o tym, że ktoś w tym miejscu był i kiedy. Swoista kronika i księga pamiątkowa.
Jak nieco podrosłem, nie przestałem tam chodzić. Tu pierwszy raz zapaliłem papierosa, wypiłem pierwsze piwo, tu też pierwszy raz się całowałem. Tak na poważnie, bo i na randki się tu często przychodziło. Byłem na kilku leśnych ogniskach. To miejsce było mekką i własnością wszystkich. Organizowali tu zbiórki harcerze, spotykali się hippisi i punki z Legionowa i okolic. Słowem działo się. Tylko wiaty nieremontowane niszczały, rozpadały się, w końcu kompletnie zniknęły.
Marzenie podszyte nostalgią
Dziś to kultowe bajorko zrobiło się malutkie, niemiłosiernie zarośnięte, żaby smętnie milczą, spacerowicze owszem zachodzą, ale najczęściej tylko po to, by odejść po chwili z niesmakiem. Przy brzegu walają się kilogramy śmieci - butelek, resztek jedzenia, jakieś szmaty. Kto je zostawia? Wieczorni i nocni balangowicze. Niby można się cieszyć, że tradycja w narodzie nie ginie. Spotykają się, zapalą jak dawniej ognisko, o czym świadczą świeże ślady, wypiją to czy tamto, zakąszą. I dobrze. Tylko dlaczego tak śmiecą? A to, czego nie zostawią na brzegu, wrzucają do wody. Wszedłem tam kiedyś - istny skład wszelakich śmieci.
A gdyby tak przywrócić temu miejscu czar? Zagospodarować, urządzić, ustawić z powrotem te wiaty? Chyba marzenie ściętej głowy, podszyte durną nostalgią. Bo i po prawdzie nie bardzo jest gdzie, bo leśnicy na ich miejscu posadzili zagajnik. Ale bajorka szkoda, może chociaż ono mogłoby się doczekać jakiejś rekultywacji i stać się miejscem uroczym i fajnym jak kiedyś, a nie odstraszającym jak dzisiaj.
(wk)
.






































