REKLAMA

Dziewczę ze Słonecznego Wzgórza

tytuł oryg.: Synnove Solbakken
autor: Bj?rnstjerne Bj?rnson
przekład: Franciszek Mirandola
wydawnictwo: Replika
wydanie: Zakrzewo
data: 8 sierpnia 2017
forma: e-book (epub, mobipocket)
liczba stron: 240
ISBN: 978-83-7674821-4

Inne formy i wydania

e-book (epub, mobipocket)  2017.08.08

Pełna miłości, ciepła i wiary w człowieka opowieść, która przyniosła nagrodzonemu Noblem autorowi wielką sławę.

Torbj?rn to chłopiec pochodzący z niezamożnej rodziny, psotny i porywczy, często wdający się w bójki. Synn?ve, jego rówieśniczka, jest córką bogatego gospodarza, mieszkającą w miejscu słynącym z pięknych widoków, zwanym Słonecznym Wzgórzem.

Torbj?rn od najmłodszych lat podkochuje się w dziewczynce, a z czasem między obojgiem rozkwita miłość. Surowi rodzice Synn?ve nie akceptują jednak chłopaka, ale to nie jedyny powód, dla którego związek tych dwojga staje pod znakiem zapytania.

Czy zrodzona w dzieciństwie miłość pomiędzy biednym chłopcem a zamożną dziewczynką przetrwa próbę nie tylko czasu, ale i charakterów?

Fragment

1

Pośród wielkich dolin Norwegii znajduje się niekiedy odosobnione duże wzniesienie, które słońce oświetla przez cały dzień, od wschodu aż do zachodu. Mieszkańcy siedzib leżących bliżej stoków górskich, niezalewanych tak hojnie potokami słońca, zowią takie wzniesienia Solbakken - czyli słonecznymi wzgórzami. Ta, o której opowiedzieć tu zamierzam, mieszkała właśnie na takim wzgórzu w zagrodzie nazwanej Solbakken. Śnieg w jesieni spadał tam później, zaś z wiosną topniał najwcześniej.

Właściciele zagrody byli wyznawcami sekty religijnej Haugego i zwano ich ,,badaczami Pisma świętego", jak zresztą wszystkich sekciarzy, którzy gorliwiej od innych rozczytywali się w Biblii. Gospodarz nosił imię Guttorm, jego zaś żona - Karen. Pierworodny syn umarł im zaraz po urodzeniu i odtąd przez trzy lata noga ich nie postała w tej stronie kościoła, w której stała chrzcielnica. Po tym czasie przyszła na świat córeczka. Na pamiątkę pierworodnego syna chcieli jej nadać imię podobne. Ponieważ on był ochrzczony jako Sywert - więc ona otrzymała na chrzcie imię Synnöw. Nie mogli oboje wymyślić nic bardziej podobnego. Ale matka zwała córkę - Synnöwe, gdyż przemawiała tak do niej, kiedy była maleńka. Twierdziła, że łatwiej mówić: - Moja Synnöwe, niż - Moja Synnöw. Ostatecznie, gdy dziecko podrosło, wszyscy za matką zwali ją Synnöwe. Panowało ogólne przekonanie, że jak daleko sięgnąć mogą pamięcią najstarsi, nie było w okolicy piękniejszego dziewczęcia od Synnöwe ze Słonecznego Wzgórza.

Była jeszcze maleńka, a już brali ją rodzice ze sobą do kościoła w każdą niedzielę, gdy tylko proboszcz miewał kazanie. Zrazu co prawda nie rozumiała nic z tego, co mówił, myśląc jedynie, że proboszcz pomstuje na znanego obwiesia, Benta, siedzącego pod samą kazalnicą. Ojciec jednak nie zaniechał zabierania małej do kościoła, chcąc, by się, jak mówił, ,,przyzwyczajała"; matka zaś nie sprzeciwiała się temu - gdyż ,,Bóg wie, co się jej w domu może przytrafić". Ile razy nie chciało się u nich chować jagnię, koza czy prosię, ile razy zachorzała krowa - zawsze tę sztukę darowano małej na własność i matka twierdziła stanowczo, że od tego dnia wszystko zmieniało się na lepsze. Ojciec nie dawał temu wiary, ale było mu wszystko jedno, czyje było bydlątko, byle tylko nie chorowało.

W drugim końcu doliny, u samego podnóża wysokiej skały, leżała zagroda zwana Granlien - czyli ,,Zbocze Świerkowe" - nazwana tak od sporego lasu świerkowego, który ją otaczał. Był to jedyny tego rodzaju las w okolicy. Pradziad obecnych właścicieli był swego czasu wojakiem i przez jakiś okres przebywał w Holsztynie zagrożonym przez Rosjan. Z tej wyprawy przyniósł sobie w tornistrze różnego rodzaju nasiona zagraniczne i posiał je w pobliżu swej posiadłości. Z biegiem czasu jednak wszystkie rośliny zmarniały z wyjątkiem świerków, które wyrosły z ziarna szyszek zebranych przypadkowo. Z tych świerków, które się dobrze zakorzeniły, powstał las ocieniający teraz budynki zagrody ze wszystkich stron.

W rodzinie panował od niepamiętnych czasów zwyczaj, że najstarsi synowie zwali się na przemian Torbjörn i Sämund. Wspomniany wojak na pamiątkę dziada otrzymał na chrzcie imię Torbjörn, zaś najstarszemu swemu synowi dał na imię Sämund - jak się zwał ojciec. Taka już była tradycja. Podobno - jak głosiła legenda - w Granlien szczęście sprzyjało tylko co drugiemu właścicielowi i właśnie nie temu, który nosił imię Torbjörn.

Ostatni właściciel, Sämund, z chwilą narodzin syna zastanawiał się głęboko, co uczynić. Ale po długim dumaniu przyszedł do przekonania, że niepodobna zrywać z tradycją rodzinną, i dał mu imię Torbjörn. Potem jednak zaczął ponownie dumać, czy nie można by wychować chłopca w ten sposób, by go uchronić od niepowodzeń, które mu niosły tradycja i ludzka gadanina. Nie był pewny, czy mu się to uda, ale zauważywszy w chłopcu skłonność do krnąbrności, powiedział matce: ,,To muszę zeń wykorzenić!". Brał wtedy od czasu do czasu rózgę i zmuszał trzyletniego malca do układania porozrzucanych ze złości polan drewna, podnoszenia kubka, który cisnął o ziemię, lub głaskania kota, którego wytargał za ogon. Matka, spostrzegłszy, iż mąż wpada w taki nastrój, wychodziła zazwyczaj z domu.

Dziwiło to Sämunda, że w miarę jak chłopcu przybywało lat, coraz więcej miał w nim wad do wykorzenienia, mimo iż postępował z nim coraz surowiej. Zawczasu zasadził go do abecadła, a także zabierał go ze sobą w pole, by go nie tracić z oczu. Matka, zajęta gospodarstwem i drobnymi dziećmi, poprzestawała na gładzeniu syna po policzkach i udzielaniu zbawiennych rad co rano przy ubieraniu. Poza tym wstawiała się za nim do ojca, ile razy w niedzielę i święto siedzieli oboje w domu na poufnej pogawędce.

Torbjörn, który za byle co zawsze dostawał w skórę, nawet za to, że a b nie brzmiało - jak mówił - ba, ale ab, lub za to, że chciał wybić małą Ingrid tak samo, jak jego bił ojciec - rozmyślał nad dziwną zagadką, dlaczego jemu jest tak źle, a jego młodszemu rodzeństwu tak dobrze na świecie.

Przebywając ciągle z ojcem, a nie śmiejąc z nim dużo rozmawiać, stał się małomówny, ale za to dużo myślał. Pewnego dnia, kiedy byli zajęci przewracaniem suszącego się siana, wyrwało mu się pytanie:

- Czemuż to w Solbakken siano dawno już suche i zwiezione, a u nas mokre?

- Bo tam więcej słońca niż u nas! - odparł ojciec. Torbjörn po raz pierwszy w życiu uświadomił sobie, że znajduje się poza sferą słoneczną, poza owym błogosławionym, oblanym jasnością osiedlem, które tak często przyciągało jego oczy. Od tego dnia coraz częściej spoglądał ku Solbakken.

- Czemuż się znowu gapisz? - pytał ojciec, dając mu szturchańca. - Tutaj w Granlien musimy pracować wszyscy, młodzi i starzy, by nie zejść na psy.

Gdy Torbjörn miał lat siedem, odprawił Sämund parobczaka i przyjął innego imieniem Aslak, który zwiedził ponoć dużo świata, mimo iż był zaledwie wyrostkiem. Tego wieczoru, kiedy Aslak przybył, Torbjörn leżał już w łóżku. Nazajutrz siedział przy stole i uczył się. Nagle ktoś otwarł drzwi z takim hałasem, jakiego Torbjörn w życiu nie słyszał. Do izby wszedł Aslak. Niósł olbrzymią naręcz drzewa opałowego i rzucił ją na podłogę z taką siłą, że polana rozleciały się na wszystkie strony, podskakiwał wysoko i tupał, by otrząsnąć śnieg z obuwia, a przy każdym kroku powtarzał:

- ,,Oj zimno!", mówiła narzeczona krasnoludka, siedząc po pas w lodzie!

Ojca nie było w domu. Matka zmiotła śnieg i nic nie mówiąc, wyniosła go z izby.

- Cóż tak wytrzeszczasz ślepia? - powiedział Aslak.

- Nie wytrzeszczam! - odrzekł Torbjörn ze strachem.

- Czy widziałeś koguta, którego masz tam wymalowanego w książce? - spytał Aslak.

- Tak! - odparł Torbjörn.

- Gdy zamkniesz książkę, zlatuje się do niego mnóstwo kur! Czyś to widział?

- Nie!

- To zobacz!

Chłopak otwarł książkę.

- Osioł jesteś! - krzyknął Aslak z pogardą.

Od tej chwili miał na Torbjörna wpływ ogromny.

- Nic nie wiesz! Nic nie umiesz! - oświadczył raz Torbjörnowi, który dreptał za nim ciągle, chcąc wiedzieć, co robi.

- Umiem katechizm aż do czwartego rozdziału! - odparł chłopiec dumnie.

- Ba! To głupstwo! Ale nie znasz historii o krasnoludku, który tańczył z dziewczyną od świtu do zachodu słońca, a potem pękł jak cielę, które napiło się kwaśnego mleka.

Torbjörn nigdy w życiu nie słyszał tylu mądrych rzeczy na raz.

- Gdzież to było? - spytał.

- Gdzie?... Ano... To było... Tak... Tak, to się stało tam naprzeciwko, w Solbakken.

Torbjörn wytrzeszczył oczy.

- A czy słyszałeś o człowieku, który się zaprzedał diabłu za parę starych butów?

Torbjörn zaniemówił ze zdumienia.

- Pewnie chcesz wiedzieć, gdzie się to stało? - pytał Aslak. - Ano także w Solbakken, ot tam, nad strumieniem, który stąd widać. Boże, bądź miłościw! - dodał po chwili. - Ładny z ciebie, widzę, chrześcijanin! Założę się, że nie wiesz nic o Kari, co miała drewnianą spódnicę?

Torbjörn nie słyszał o niej, rzeczywiście.

Aslak pracował żwawo i rozprawiał przy tym wesoło o Kari w drewnianej spódnicy, o młynie mielącym sól na dnie morza, diable w sabotach, o krasnoludku, któremu rozłupany pień drzewa przyskrzynił brodę tak, iż nie mógł się ruszyć, o siedmiu zielonych pannach, które wyrwały śpiącemu Piotrkowi kłusownikowi włosy z łydek, a mimo to nie mogły go zbudzić... Słowem, gadał różne cudactwa, a wszystko to miało się stać tam... w Solbakken.

- Cóż się, na miły Bóg, stało chłopcu? - dziwiła się na drugi dzień matka. - Od samego rana klęczy na ławce i wpatruje się w Solbakken.

- Rzeczywiście, gapi się jak cielę na malowane wrota! - powiedział ojciec.

Leżał na łóżku i odpoczywał całe poobiedzie, była to bowiem niedziela.

- Ludzie powiadają - zauważył od niechcenia Aslak - że jest zaręczony z Synnöwe Solbakken! - i dodał: - Ale ludzie gadają często głupstwa!

Torbjörn nie zrozumiał dobrze, co mówi Aslak, ale mimo to zarumienił się po uszy. Usłyszawszy tę uwagę, zszedł z ławki, wziął katechizm i zaczął się uczyć.

- Dobrze robisz! - powiedział Aslak. - Pociesz się słowem bożym, bo i tak jej nigdy nie dostaniesz!

Minęło z pół tygodnia i Torbjörn sądził, że ta niedzielna sprawa poszła w zapomnienie. Pewnego dnia spytał matki po cichu - wstydził się bowiem...

- Mamo! Kto to jest Synnöwe Solbakken?

- To mała dziewczynka, która kiedyś będzie właścicielką Solbakken.

- Czy ona ma drewnianą spódnicę? - pytał już śmielej.

Matka spojrzała nań zdumiona.

- Co to znaczy? - spytała.

Czuł, że powiedział głupstwo, i zamilkł.

- Nie ma chyba na świecie - mówiła matka - piękniejszego dziecka. To jest nagroda Pana Boga za to, że zawsze jest dobra, grzeczna i pilnie się uczy.

Dowiedział się zatem i tego.

Na sąsiedniej półce

Szukasz książki, audiobooka? Skorzystaj z wyszukiwarki
;

REKLAMA

LINKI SPONSOROWANE

REKLAMA

Znajdź swoje wakacje

REKLAMA

Najnowsze informacje na Tu Stolica

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

Wyjazdy sportowe
Wyjazdy sportowe

Kup bilet

Znajdź swoje wakacje

Powyższe treści pochodzą z serwisu Wakacje.pl.

Polecamy w naszym pasażu

REKLAMA

Butelki dla dzieci Kambukka
Kambukka Reno

REKLAMA

Top hotele na Lato 2024
Top hotele na Lato 2024