Świat gołębiarzy i małych domków. Dawno temu na Pelcowiźnie
dzisiaj, 14:28
Brukowane uliczki, ogrody, drewniane domy oraz kamienice, a także... gołębniki. W ostatnich latach istnienia Pelcowizna była smutnym miejscem, gdzie żal z powodu konieczności opuszczenia starych domostw przez przedwojennych mieszkańców wypełniał każdy skrawek tej zapomnianej dziś osady.
O Pelcowiźnie znów zrobiło się głośno, kiedy mieszkańcy w połowie zeszłego roku dowiedzieli się o planach przemianowania starego odcinka ulicy Piotra Wysockiego na "ulicę Pelcowizna".
Zdaniem urzędników Biura Geodezji i Katastru, dzięki tej zmianie uporządkowane zostaną adresy na Bródnie, choć i tak każdy wie, gdzie jest "duża" Wysockiego i "stara" Wysockiego. Pelcowizna to także nazwa zlikwidowanej 55 lat temu pętli tramwajowej na końcu właśnie ulicy Wysockiego.
Annopol i jego czarna legenda. Zasłużona?
Annopol to dziś część Białołęki, w której znajdują się fabryki i magazyny. Jednak jeszcze pod koniec lat sześćdziesiątych dogorywało tu osiedle przedwojennych baraków, w których za sanacji mieszkali eksmitowani z mieszkań bezrobotni. Prasa rozpisywała się, że mieszka tu najgorszy element: złodzieje, pijacy, prostytutki i wyrokowcy. Mieszkańcy baraków bronili się, że osiedle było czyste a każdy każdemu mówił "dzień dobry". Po Annopolu została tylko nazwa pętli tramwajowej, ulicy oraz... czarna legenda dzielnicy wyklętej.
Ale tak naprawdę było to osiedle między ul. Modlińską (późniejszą al. Stalingradzką, dziś Jagiellońską). Jak się tam żyło?
Gdzie to było?
Pelcowizna? Większości mieszkańców Bródna, Targówka czy Pragi kojarzy się dziś przede wszystkim z siecią lokalnych sklepów, które starsi mieszkańcy nazywają po prostu "samami". Jest także obszar Miejskiego Systemu Informacji, który nosi tę nazwę. Jednak jeszcze kilka dekad temu Pelcowizna była sporym osiedlem znajdującym się na terenie zajętym później przez Fabrykę Samochodów Osobowych. Były tu brukowane ulice, gazowe latarnie, drewniane i murowane domy skąpane w ogrodach, a nawet kamienice czynszowe. Teren ten zamieszkiwali rzemieślnicy, tramwajarze, kolejarze, robotnicy warszawskich fabryk. Pelcowizna zaczęła znikać w głębokiej PRL, teraz nie ma po niej śladu - nie licząc oplecionego ślimakami Trasy Toruńskiej kościoła św. Jadwigi Śląskiej pod adresem Modlińska 4.
Gołębiarze z ulicy Czahary
W latach 60. XX wieku na Pelcowiznę wybrała się reporterka tygodnika "Stolica". W reportażu "Pasja wielka jak niebo" czytamy o ostatnich mieszkańcach osiedla. Niedobitkach, którzy zostali tu po wysiedleniu swoich sąsiadów do nowoczesnych bloków. Mieszkańcy Pelcowizny żyją tu jak przed wojną, ale łączy ich wspólne hobby: gołębiarstwo, które dziś w Warszawie prawie zupełnie zanikło. A w dawnych czasach gołębniki były powszechnym widokiem na Bródnie, Targówku, Grochowie, Siekierkach, Czerniakowie, Ulrychowie, Powązkach czy Marymoncie. Przewodnikiem dziennikarki jest nastoletni Piotrek, "który dobrze zna peryferie Warszawy. Aż tu pedałował ze Śródmieścia na swojej kolarce z przerzutką. Przejeżdżającego rówieśnika wita krótko: Cześć, człowiek! i pyta: nie wiesz, gdzie tu są gołębiarze? - Wszędzie są - wyjaśnia ten drugi, także na kolarce. - Tu na Czahary chowa gołębie Wiśniewski, Chojnacki i jeszcze paru innych, a tam, za wiaduktem Schlak" - czytamy w gazecie sprzed sześciu dekad. Na marginesie warto zaznaczyć, że Czahary - dziś już oczywiście nieistniejąca - przed wojną nosiła nazwę Pomorska.
Żałobniki, weszfance i pawiki
Reporterka doskonale oddała klimat tego miejsca. Cytat ze "Stolicy" jest długi, ale tak smakowity, że trudno nie podać go w całości. "Idziemy więc na Czahary - tuż obok. Słychać ujadanie psiaków, skrzyp furtki. Zza krzaków porzeczek wychodzi jakiś mężczyzna i wpuszcza nas do ogródka. - Sporo tych gołębi - zaczynam ostrożnie. - Gdzie tam sporo, parę sztuk mam tylko - mówi nieufnie. - Kiedyś było ich chyba ze dwieście. Całkiem wyraźnie ukrywa swój ruchomy inwentarz. Dobrze, że jest Piotrek. Już wdał się z nim w rozmowę i za chwilę widzę, jak włazi prawie na dach parterowego domku - do gołębnika. Krótki gwizd. Są. Aż biało i perłowo na podwórku. Te kilka sztuk rozmnożyło się chyba w setkę. - O, widzi pani: żałobnice, weszfance koroniaste. Mają taką koronkę z kilku piórek na łebkach, tamte to krymki, te winerki - one teraz bardzo staniały, są po 15-20 złotych sztuka, tu znowu bociany masłowe: blada brew, wysokie w nogach... - A pawiki pan ma? - dopytuje się fachowo Piotrek. - Co ty, na co mnie pawiki? To już lepiej kury trzymać - panu Wiśniewskiemu pawiki wyraźnie nie przypadają do gustu. - Ano toto lotu nie ma jak trzeba, ani nic. Tylko nastroszy te swoje 24 pióra w ogonie i łazi nadęte po ziemi. Niech pani przyjdzie do nas, pokażemy gołębnik. Drapię się i ja po stromej drabince. Zaglądam do budy wypełnionej słodkim, niskim, gruchaniem, które gospodarz kwituje z niezadowoleniem. - We łbach im poprzekręcało czy co? Przecież to nie wiosna, a one jajka kładą. Wczoraj znów musiałem stłuc. Jak ulęgnie się we wrześniu, zimą będzie tylko kłopot".
Wolał ogródek od luksusów
Już wtedy Pelcowizna była przeznaczona do likwidacji. FSO rosła w siłę i potrzebowała kolejnych gruntów. Władze ówczesnej Pragi Północ nie wydawały więc zgody na remonty i modernizacje istniejącej zabudowy. Tak zresztą było w całej Polsce - mieszkańcy kampinoskiego Sierakowa do dziś pamiętają, że ich wieś miała iść do likwidacji, by miejsce rozebranych domostw zajął park narodowy. Tak się jednak nie stało, a wszelkie naprawy domów, bez zgody władz, były po prostu prowadzone nielegalnie i pod osłoną nocy. Gołębiarz Stefan Wiśniewski z ulicy Czahary tak samo nie inwestował w swój domek. "Na co to komu, tę resztkę, co została także podobno zabierze przemysł. Od lat nie wolno tu nic budować, a do 1970 roku wszyscy mamy się stąd wynieść" - powiedział dziennikarce. Na uwagę, że dostanie mieszkanie z bieżącą wodą, centralnym ogrzewaniem i gazem, Wiśniewski wzruszył tylko ramionami. "Mnie tam luksusów nie trzeba. Dla mnie najważniejszy jest ogródek i parę drzewek. Jak wracam zmęczony z fabryki, to wystawię sobie polowiec i odpoczywam. A tam co będzie... Na balkon wyjdę i koniec. Nie mogę powiedzieć, że mi źle. Przed wojną gorzej się działo. Byłem sezonowy człowiek. Jak przyszedł kryzys... sama pani wie".
Bądź człowiekiem dla swych zwierząt
Reporterka odwiedziła także dom Mieczysława Schlaka. "To ten, który także hoduje gołębie. Mijam parterowe domki, jakiś rozwalony drewniak. Bujna zieleń ogrodów litościwie odkrywa ubóstwo zabudowań. Puste pole, za drewnianym ogrodzeniem jakieś szopy i afisz z ogromnym sercem. Pod rysunkiem łeb krowy i napis: Bądź człowiekiem dla swych zwierząt. W tych szopach - jak wspominał pan Wiśniewski - znalazło tymczasowe schronienie bydło. Jego właściciele dostali już nowe mieszkania. Czekają na dobra okazję, by je sprzedać".
Łapanie gołębi to nie kradzież
"Pan Mieczysław wita mnie gościnnie, lecz ciągle zerka niespokojnie do góry. Dopiero po pewnym czasie orientuję się, o co chodzi. Tuż-tuż nad gołębnikiem szybuje niepewnie ptak. Jest obcy... Trzeba tylko stosownej chwili, by go złapać, i to jest właśnie ten najlepszy moment. Wystarczy podkraść się cicho, podsypać drobniutkiej kaszki, by jadł ją długo i nieporadnie. Teraz tylko pociągnąć za drut od zarzutki i kosz do łapania gołębi przykrywa dziobiącego pokarm". Czy to nie kradzież? Absolutnie nie! Łapanie to nie kradzież, zresztą złapanego gołębia właściciel może odkupić. A na Pelcowiźnie sąsiad łapał gołębie sąsiadowi - ten z Helskiej temu z Warmińskiej i na odwrót. Kradzież jest wtedy, gdy pod osłoną nocy wyłamie się zamek w gołębniku i po prostu zabierze całe ptactwo.
Było tu naprawdę ciężko
Mieszkańcy Pelcowizny byli bardzo zżyci ze swoimi ulicami, domami, ogrodami, gołębnikami, warsztatami. Nie potrafili wyobrazić sobie siebie w czterech ścianach bloku. "Owszem, dali odszkodowanie za domy, stawiane po wojnie, za drzewka i wszystko, co rosło na ziemi, ale komu tam pozwolą w bloku drzewa sadzić albo gołębie hodować. Pytaliśmy naszego doktora, żeby jakąś radę znalazł. Też nie wiedział, co robić" - żalili się starzy warszawiacy dziennikarce. A wspomniany doktor był prawdziwym autorytetem. Na pewno wciąż żyją jeszcze ludzie, którzy go pamiętają. Doktor nauk medycznych Stanisław Webel mieszkał przy ulicy Warmińskiej i znał dobrze bolączki swoich sąsiadów - zarówno te zdrowotne, jak i mentalne. Tak opowiadał o swoim osiedlu: "Tak, znam dobrze tę Pelcowiznę od dziesiątków lat - mówi doktor. - Zacząłem tu pracować w 1928 roku. Ma pani rację, to była dzielnica skrajnej nędzy. Mieszkało tu 6000 osób, a ja byłem jedynym lekarzem. Ciągłe strajki w hucie szkła Sawickiego, mordercze warunki pracy w garbarni. Pogotowie nie chciało w ogóle przyjeżdżać, kursowałem więc w dzień i noc. Jak omnibus do porodu, ataku serca i krwotoku z płuc. Najczęstsze choroby to tyfus, gruźlica, anemia spowodowane głodem, złymi warunkami higienicznymi i niedożywieniem. Zamiast Pelcowizny będą fabryki, i słusznie. Ta ziemia widziała za dużo łez i nędzy". Na pytanie dziennikarki, czy odwiedzają go dawni pacjenci, odpowiedział twierdząco. U doktora Webela wciąż leczyły się niedobitki dawnych mieszkańców Pelcowizny, a także ich dzieci i wnuczęta. "Gdy ich przekwaterowywano także przychodzili i pytali: co pan mi radzi panie doktorze? Przecież tu zostawiam całą moją pracę i kawał życia. Cóż ja mogłem im radzić?".
Ostatecznie całe osiedle wchłonęła fabryka samochodów i tory kolejowe, choć do końca lat 80. plan Warszawy ukazywał sieć wąskich uliczek w okolicy Toruńskiej i alei Stalingradzkiej (Jagiellońskiej). Dziś przypomina o niej tylko obszar MSI (który paradoksalnie wchłonął przedwojenne Śliwice), przystanek autobusowy na ulicy Wysockiego oraz ogrody działkowe między Białołęcką, Bałtycką, Toruńską a ulicą Annopol. A w miejscu FSO, która stanęła na Pelcowiźnie, powstanie teraz gigantyczne osiedle. Kto wie, może nowe, wewnętrzne ulice otrzymają nazwy starej Pelcowizny? Byłby to ukłon w stronę historycznej osady.
pik
.












































