REKLAMA

atal zakatek harmonia 1atal zakatek harmonia 2atal zakatek harmonia 0

Zagrożona ordynacja. Rodzinne gniazdo Adlerberg, tom 1

zapowiedź
autor: Monika Raspen
wydawnictwo: Replika
seria: Rodzinne gniazdo Adlerberg
wydanie: Zakrzewo
zapowiedź: 13 października 2026
forma: książka, okładka miękka ze skrzydełkami
wymiary: 145 × 205 mm
liczba stron: 464
ISBN: 978-83-6874284-8

Maj, rok 1937. Nad bazą lotniczą Lakehurst w USA dochodzi do katastrofy niemieckiego sterowca ,,Hindenburg". Ginie w niej Dagobert, spadkobierca fortuny arystokratycznego rodu von Adlersteinów. Zmienia to diametralnie sytuację rodziny zamieszkującej sudecki zamek Adlerberg. Zgodnie z umową ordynacyjną, majątek i tytuł ma teraz przejąć daleki kuzyn, młody lekarz i pilot, Richard. Byłoby idealnie, gdyby najstarsza z panien von Adlerstein wyszła za niego za mąż, jednak żadna ze stron nie ma takiego zamiaru.

Władzę w Niemczech dzierży niepodzielnie Adolf Hitler, którego losy w tajemniczy sposób wiążą się z von Adlersteinami. Ich kuzyn, Hermann Göring, dawny ulubieniec seniorki rodu, Herty, zmusza ją do zorganizowania w sudeckiej posiadłości tajnego zjazdu europejskich przywódców, który może zaważyć na przyszłych losach Europy. To wielkie wyzwanie, ponieważ kobieta jest córką Polki, bardzo związaną z ojczyzną matki...

W Adlerbergu każdy ukrywa jakąś tajemnicę, a na Hercie, powiernicy sekretów, ciąży wielka odpowiedzialność: ocalenie rodziny i rodowego majątku.

Fragment

06.05.1937, USA, okolice bazy lotniczej Lakehurst, New Jersey

Dochodziła dziewiętnasta. Lądowanie niemieckiego sterowca pasażer­skiego ,,Hindenburg" opóźniało się o kilka godzin. Sprawiła to burza, która nie pozwalała na przycumowanie maszyny linami. Dlatego ste­wardzi spokojnie roznosili tace z kanapkami i ciasteczkami, koktajle dla pań i mocniejsze alkohole dla panów, a kapitan skierował kolosa w stronę oceanu, żeby zapewnić pasażerom dodatkową rozrywkę. Sterowiec sunął nad Atlantykiem z niemal nierzeczywistą łagodnością, która po pewnym czasie odbierała poczucie wysokości i oddalenia od ziemi.

W salonie pasażerskim panowało przyjemne ciepło, światło lamp roz­lewało się miękko po jasnych wnętrzach urządzonych w stylu Bauhaus1

1 Bauhaus - modernistyczny nurt w architekturze i designie, zapoczątkowany w 1919 r. w Niemczech przez Waltera Gropiusa, oparty na zasadzie: ,,forma podąża za funkcją". Cechuje się minimalizmem, formami geometrycznymi, wykorzystaniem stali i szkła.. Przyciszone rozmowy, przerywane od czasu do czasu śmiechem, brzęk szkła i głęboki, jednostajny pomruk silników aerostatu tworzyły atmos­ferę bezpieczeństwa, jakiej nie powstydziłby się najlepszy hotel na konty­nencie. Kilku pasażerów ze śmiechem zakładało się między sobą o spore kwoty, pytając, czy wieczne pióro postawione na blacie stolika przewróci się przez najbliższe pół godziny.

Dagobert von Tittkov-Adlerstein siedział wygodnie w fotelu, z natu­ralną swobodą właściwą ludziom, którzy od dziecka przywykli do kom­fortu i tego, że świat wokół nich funkcjonuje w myśl ściśle określonych reguł. Gdyby takie byty istniały, to Dagobert byłby idealną personifi­kacją pojęć: old money2

2 old money (ang.) - stare pieniądzei quiet luxury3

3 quiet luxury (ang.) - cicha elegancja. Teraz obracał w dłoni kieliszek, w którym bursztynowy trunek chwytał światło i odbijał je ciepłym, zło­tym blaskiem.

- Ten wypad do Ameryki to ostatnia szansa dla mnie na prawdziwy gorący romans - powiedział, unosząc lekko jasną brew i spoglądając na brata. Uwielbiał go prowokować w ten sposób. - Później, gdy już ożenię się z Caroline, jej matka i babka nie pozwolą mi spojrzeć na żadną kobie­tę. Do końca życia, wyobrażasz sobie?

Rudolf uśmiechnął się łagodnie i, pochylony w stronę starszego bra­ta, szepnął:

- A po cóż miałbyś patrzeć na inne kobiety? Caroline jest taka pięk­na i dobra, a to najważniejsze, prawda? To najsłodsza dziewczyna, jaką znam! Chyba doceniasz, jakim jesteś wybrańcem losu?

Dagobert zamyślił się na moment, jakby udzielenie odpowiedzi wpra­wiło go w zakłopotanie. Boże drogi, jakim ten Rudi był idealistą! Zupeł­nie nie znał życia! Skąd przyszła mu do tej poczciwej głowiny myśl, że Caroline to słodka kobieta? Dla niego zawsze była wredną, na szczęście niegroźną złośnicą. Nie kochał jej, ale uważał, że jest bardzo pociągająca.

- To prawda - powiedział w końcu. - Ale kto ci powiedział, że dla żony trzeba tracić głowę, mój dobroduszny braciszku? Po prostu chcę się po raz ostatni zabawić!

Roześmiał się, lecz w tym śmiechu była nuta smutku, której nie po­trafił do końca ukryć. Najwyraźniej coś go dręczyło.

- Oj, Dagoberciku... - Rudolf pokręcił głową z pobłażliwym uśmie­chem. - Nie wierzę, że jesteś taki cyniczny. Na pewno będziesz dobrym mężem. I ojcem. Jesteście sobie przeznaczeni. Przecież ją kochasz, prawda?

- Popatrz, ognie świętego Elma! - rzucił Dagobert lekko, unikając odpowiedzi na pytanie brata. - Może piorun strzeli w ten wehikuł i nie będzie żadnego ślubu? I wszystko diabli wezmą!

- Nie żartuj w ten sposób.

Dagobert jednym haustem wypił zawartość kieliszka.

- Ja nie żartuję. - Chwycił brata za ramiona i silnie nim potrząsnął. - Ty­dzień temu, niczym pospolity morderca, zrzucałem w Hiszpanii bomby na rodziny podobne do tej, która siedzi obok nas4

4 Chodzi o bombardowanie Guerniki, 26 kwietnia 1937 r.! Nienawidzę wojska! Zgłosiłem się do Legionu Condor tylko po to, żeby odbębnić służbę, zdobyć stopień i odsunąć się czym prędzej od tego wszystkiego. Kurwa, Rudi! Ja nie chciałem tam lecieć! A nie mogłem odmówić, bo dostał-bym kulkę w łeb, rozumiesz?! Za odmowę zabijania kobiet i dzieci do­stałbym karę śmierci! Dokąd ten świat zmierza?

Obaj spojrzeli w stronę rodziny siedzącej nieopodal. Państwo Doeh-nerowie wyglądali jak podręcznikowa familia. Ojciec, Hermann, poważ­ny i skupiony, o twarzy człowieka przyzwyczajonego do porządku. Matil­de, matka, elegancka, czujna i emanująca dumą ze swojej rodziny. I tro­je dzieci, które przez cały czas lotu zachowywały się nienagannie, wręcz podręcznikowo.

- Spójrz tylko - mruknął Dagobert z lekkim rozbawieniem. - Ideal­na niemiecka familia. Szczęśliwa. Żywa! Ile takich hiszpańskich rodzin zabiły zrzucone przeze mnie bomby? No ile?! Jak myślisz?!

Sięgnął po butelkę i znowu nalał sobie do pełna.

- Masz już dość, bracie! - Młodszy Tittkov-Adlerstein próbował przy­wołać go do porządku.

- Nie! Muszę się znieczulić, Rudi! Dlatego namówiłem cię na tę eska­padę. Mam nadzieję, że potrafię zapomnieć! Pijaństwo, łajdaczenie się, hazard, żeby tylko...

Rudolf ze smutkiem pokiwał głową. Wiedział, że jego brat pod ma­ską nonszalanckiego dziedzica fortuny ukrywał wrażliwe serce. Słyszał, jak Dagobert płakał w swojej sypialni, kiedy przyjechał z Hiszpanii na urlop. Starszy brat nie powiedział domownikom, co tam zaszło, ale i tak cały cywilizowany świat mówił o zbombardowaniu baskijskiego mia­steczka Guernika.

- Popatrz, Rolfi, ta mała Irene nie spuszcza z ciebie oczu... - powie­dział Dagobert nonszalanckim tonem i wychylił resztę trunku z kolejne­go kieliszka. - Dobra partia! Za kilka lat... kto wie? Jak ja ci zazdroszczę tej twojej choroby kręgosłupa! Uchroniła cię przed pójściem do wojska! Poderwiesz niedługo jakąś ładną dziewczynę i będziesz szczęśliwy!

Rudolf lekko się zarumienił i odwrócił wzrok. Cieszył się, że jego brat nie ma pojęcia, w kim pechowo ulokował swoje uczucia, ale i tak czuł się wobec niego nielojalny.

- Przestań! To jeszcze dziecko.

- Dziś niemieckie dziewczęta szybko dorastają, Rudi.

Młodziutka Irene rzeczywiście ciągle spoglądała w ich stronę. Kiedy oczy jej i Rudolfa na chwilę się spotkały, spuściła wzrok. Po chwili znów podniosła go nieśmiało, bo najwyraźniej nie mogła się powstrzymać.

W tej samej chwili, gdzieś za ich plecami, rozległ się dziwny dźwięk. Brzmiał tak, jakby ktoś dla żartu strzelił z nadmuchanej papierowej torebki.

Obaj bracia unieśli głowy.

- Co to było, Dagobert?

- Pewnie diabeł przyleciał po moją potępioną duszę! - Starszy roze­śmiał się sztucznie.

Hermann Doehner wstał.

- Sprawdzę, co to za hałas - powiedział i ruszył w stronę drzwi.

Irene poderwała się z kanapy i z lekkością i wdziękiem baletnicy pode­szła do półki z książkami. Dagobert odprowadził ją wzrokiem i uśmiech­nął się ze smutkiem.

- Taka piękna i niewinna! Jak ty, bracie. Całe życie przed wami! A ja czuję się jak starzec...

- Nie mów tak! Zapomnisz o tym wszystkim!

- Nie, Rudi. Ja jestem potępiony. Po tym, co się stało, nie jestem już normalnym człowiekiem. Nie chcę już żyć...

Nagle sterowiec się przechylił. Nie był to żaden gwałtowny wstrząs, lecz ciężkie, powolne opadanie dziobu, jakby ogromne cielsko straciło równowagę. Wszyscy poderwali się z miejsc, ale podłoga pod ich stopa­mi zaczęła zmieniać kąt nachylenia, a to, co jeszcze przed chwilą było sta­bilne, zaczęło się przesuwać. Stoły i krzesła były przytwierdzone na stałe, lecz kieliszki, filiżanki, talerze, sztućce i wazony z kwiatami spadały na posadzkę i tłukły się z brzękiem.

Dagobert i Rudolf osunęli się po podłodze i uderzyli z wielką siłą o ścianę. Była przechylona pod takim kątem, że teraz mieli ją pod stopami.

- Mamo, co się dzieje?! - krzyknął jeden z małych chłopców.

I wtedy rozległ się przerażony głos Matilde Doehner:

- Pali się!

Wskazywała ręką okno.

Za szybą nie było już spokojnego nieba, tylko ognista poświata. W jed­nej chwili żywioł rozprzestrzenił się gwałtownie, jakby samo powietrze było najlepszym paliwem. Ściana płomieni błyskawicznie przesunęła się wzdłuż konstrukcji kolosa, obejmując ją z przerażającą łatwością.

Sterowiec zadrżał. I zaczął opadać.

Jeszcze rok wcześniej był symbolem triumfu człowieka nad przestrze­nią. LZ 129 ,,Hindenburg" od maja 1936 roku wykonywał regularne loty

przez Atlantyk, łącząc Frankfurt nad Menem z Lakehurst w stanie New Jersey. Przewoził pasażerów, pocztę i ładunki, a wraz z nimi przekonanie, że świat stał się bliższy, bardziej dostępny i uporządkowany. A człowiek po tym, jak opanował ziemię, teraz przestworza czyni sobie poddanymi z przerażającą nonszalancją.

Był największym statkiem powietrznym, jaki kiedykolwiek powstał. Jego ogromna konstrukcja, długa na niemal dwieście czterdzieści pięć metrów i szeroka na ponad czterdzieści, unosiła się dzięki dwustu ty­siącom kubików5

5 Kubik - potoczna nazwa metra sześciennego.gazu i tworzyła w powietrzu przestrzeń, która bardziej przypominała elegancki hotel niż jakikolwiek środek transportu. W jego wnętrzu znajdowały się salony, jadalnie i pokłady spacerowe. Pasażero­wie mogli w komfortowych warunkach obserwować świat z wysokości. Gdy sterowiec przelatywał nad Nową Fundlandią, podekscytowani po­dziwiali góry lodowe, a gdy leciał nad Nowym Jorkiem, sunął tak nisko, że niemal dotykał ludzi zgromadzonych na platformie Empire State Buil­ding. Statua Wolności oglądana z góry przypominała ogrodową figurkę pokrytą zieloną patyną.

Sterowiec wydawał się niezniszczalny. Dziś była rocznica jego pierw­szego lotu do Ameryki. Nic nie zapowiadało tego tragicznego końca.

Ogień podsycony wodorem rozprzestrzeniał się błyskawicznie, po­chłaniając połacie bawełnianej materii impregnowane proszkiem alu-miniowym i tlenkiem żelaza. Konstrukcja traciła wytrzymałość, fragmen­ty poszycia odrywały się i odpadały, a pasażerowie, jeszcze przed chwilą spokojni, rzucili się w panice do wyjść i do okien. Ich rozpaczliwe krzyki mieszały się z hukiem płomieni niszczących sterowiec.

,,Hindenburg" drżał jak żywe stworzenie, które nagle pojęło, że umiera. Agonii olbrzyma towarzyszyły przerażające odgłosy. Huk ognia, trzaski rozpadającej się konstrukcji, głosy przerażonych ludzi. Toksyczny dym

wciskał się do płuc, gryzł w gardła, osmalał brwi i rzęsy. Po chwili całe oświetlenie zgasło, a jego miejsce zajęła pulsująca czerwień płomieni.

Jakaś kobieta modliła się półgłosem. Młody mężczyzna walił pięścia­mi w nagrzewającą się ścianę, jakby postradał rozum i w ten sposób chciał się wyrwać z tej płonącej pułapki.

Jedyna stewardesa, Emilie Imhof, pochyliła się nad chłopcami Doeh-nerów, którzy - przerażeni, z szeroko otwartymi oczami - przywarli do siebie.

- Chodźcie ze mną do mamy. Musimy skoczyć! - Chwyciła w swoje silne dłonie ich drobne ręce.

Matilde Doehner stała już przy oknie i szukała wzrokiem męża, lecz widziała tylko ogień, dym i obce twarze naznaczone strachem.

- Hermann! - zawołała, ale jej głos zginął w huku.

Kadłub statku uderzył o ziemię z głuchym jękiem. Podłoga na chwilę się wyrównała, jakby sterowiec próbował jeszcze odzyskać równowagę, lecz ogień już pożerał jego wnętrzności. Przez okno, które jeszcze przed chwilą było tylko granicą dzielącą luksusowe wnętrze i świat, teraz z ze­wnątrz zaczęły się wdzierać płomienie. Między jęzorami ognia widać było ludzi stojących na ziemi, machających rękami, krzyczących, wyciągają­cych ramiona ku tym, którzy wciąż byli uwięzieni w środku.

- Skaczcie! - krzyczeli z dołu. - Skaczcie, na miłość boską! Spalicie się!

Dagobert podbiegł do okna.

- Na co czekacie?! - ryknął, odwracając się do pasażerów. - Nie ma czasu!

Matilde chwyciła syna i podniosła jak piórko. Nie wahała się ani chwi­li. Wyrzuciła go przez okno. Chłopiec zniknął za ścianą płomieni, jakby pochłonęła go czeluść piekielna.

- Werner!

Drugi syn trzymał się kurczowo jej żakietu. Ogień był już tak bli­sko, że czuła żar na skórze. Uniosła chłopca i spróbowała przerzucić go, podobnie jak pierwszego, przez ramę okna. On się jednak bronił. Odbił się od ościeżnicy, uderzył o nią barkiem i cofnął się z powrotem do wnętrza.

- Nie chcę! - wrzasnął, chwytając się rozpaczliwie rozgrzanej ramy, po czym straszliwie się rozpłakał.

Matka złapała go brutalnie, sprawiając dziecku ból. Jego włosy już się paliły, twarz czerwieniała od ognia.

- Patrz na mnie! - krzyknęła. - Patrz na mnie!

Wymierzyła mu silny policzek i korzystając z zaskoczenia, wyrzuciła drugiego syna przez płonącą ścianę.

Matilde czuła, jak jej włosy zaczynają się palić. Rozpaczliwymi ru­chami ugasiła je ręką, z której płatami odchodziła już poparzona skóra. Zaczęła kaszleć. Żar cuchnący chemikaliami wdzierał się do jej płuc. Od­wróciła się po raz ostatni.

- Irene!

Jej córka stała kilka kroków dalej, wpatrzona w korytarz prowadzący do centralnej części sterowca.

- Nie wyjdę bez papy! - krzyczała. - Nie ruszę się bez niego!

Rudolf podbiegł do niej i chwycił ją za dłonie.

- Uciekaj! - powiedział szybko, nachylając się do jej twarzy. - Ja pój­dę po twojego ojca.

- Naprawdę? - zapytała, patrząc na niego szeroko otwartymi oczami.

Przytaknął. Zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała go dziecinnie w usta.

- Zmykaj, malutka! - wyszeptał wzruszony.

Odepchnął ją lekko w stronę okna. W ułamku sekundy przypo­mniał sobie kocię z opaloną sierścią, które kiedyś wyciągnął ze zgliszcz. Nie przeżyło...

Dobiegł go znajomy głos. Dagobert krzyczał z drugiej strony salonu:

- Przez okna! Wszyscy skaczcie przez okna!

Ich spojrzenia się spotkały. Rudolf popatrzył na brata i pomyślał, że jest bohaterem. Nie ewakuował się. Ratował obcych ludzi.32

- Rudi, uciekaj! - wrzasnął i jemu również wskazał okno.

Rudolf tylko pokręcił głową i skierował wzrok w stronę płonącego korytarza, a potem pobiegł.

- Cholera! Spalimy się tu! - ryknął Dagobert i ruszył za nim.

Korytarz był tunelem ognia. Powietrze paliło w płucach, oczy łzawiły, a każdy oddech był walką o kolejny haust powietrza.

- Hermann! - krzyczał Rudolf.

Wśród płomieni zobaczył, że ojciec Irene leży nieruchomo na podło­dze, a jego ubranie już płonie. Najwyraźniej próbował otworzyć drzwi do pokoju tajemniczego księcia, którego wprowadzono na pokład sterow­ca tuż przed startem i który ani na moment nie pokazał się pozostałym pasażerom. Rudolf poczuł wyrzuty sumienia, bo ów tajemniczy gość na prośbę brata zgodził się odstąpić im w ostatniej chwili jedną z dwóch zarezerwowanych dla siebie kabin. Powinni byli mu teraz pomóc! W tej części ogień płonął ze szczególną zajadłością i nie było najmniejszej szan­sy na to, żeby arystokrata mógł ujść z życiem.

Rudolf rzucił się ku leżącemu Hermannowi, zdzierając marynarkę. Próbował nią tłumić płomienie.

- Wstawaj! - krzyczał. - Słyszysz mnie?!

W tej samej chwili rozległ się nad nimi dziwny trzask. Część kon­strukcji zadrżała i runęła, przygniatając obydwu mężczyzn. Rudolf zawył z bólu. Wiedział już, że nie ma ratunku i umrze tutaj spalony żywcem.

Dagobert dopadł do brata i chwycił go za rękę.

- Chodź!

Pociągnął z całej siły. Rudolf nie poruszył się. Najpewniej miał złama­ny kręgosłup. Widział, że ojciec Irene nie daje oznak życia, a jego ubranie płonie. Ogień sięgał także jego własnych włosów, osmalając je i boleśnie wgryzając się w skórę twarzy, karku i rąk.

- Uciekaj! - krzyknął do brata. - Ratuj się! Błagam!

- Nie! Nie zostawię cię tutaj!

Na sąsiedniej półce

Szukasz książki, audiobooka? Skorzystaj z wyszukiwarki

REKLAMA

norblin lipiec 02 2norblin lipiec 02 0

LINKI SPONSOROWANE

REKLAMA

pan materac 08-2026 3pan materac 08-2026 0
Zapraszamy na zakupy

REKLAMA

cmp moje zdrowie 1cmp moje zdrowie 2cmp moje zdrowie 0

Najnowsze informacje na Tu Stolica

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

Kup bilet

Znajdź swoje wakacje

Powyższe treści pochodzą z serwisu Wakacje.pl.

Polecamy w naszym pasażu