REKLAMA

cmp moje zdrowie 1cmp moje zdrowie 2cmp moje zdrowie 0

Pola pachnące deszczem. Saga łowicka, tom 2

zapowiedź
autor: Magdalena Kołosowska
wydawnictwo: Replika
wydanie: Poznań
zapowiedź: 21 lipca 2026
forma: książka, okładka miękka ze skrzydełkami
wymiary: 145 × 205 mm
liczba stron: 320
ISBN: 978-83-6874283-1

Poruszająca saga o sile kobiet, ciężarze milczenia

i odwadze, która rodzi się z bólu.

Rodzina Musiałów po pożarze, w którym straciła dom, musi mierzyć się z nowymi wyzwaniami. Dorota i Łukasz postanawiają wydać za mąż swoją najstarszą córkę, osiemnastoletnią Anulkę, za Tomasza Kowala. Kandydat jednak nie wzbudza w dziewczynie zainteresowania. Zresztą, jest przekonana, że nie dożyje zamążpójścia.

Franciszek uczy się w łowickim seminarium, w wolnych chwilach pomaga w szpitalu przy Kościele Świętego Ducha. W przeddzień Bożego Narodzenia spotyka tam nieznajomego. Razem udają się do Stępowa.

Parafia złakowska i Łowicz doświadczają trudów wojny, gdy co rusz przemieszczają się tamtędy wojska nieprzyjacielskie, zostawiając za sobą zgliszcza. W czasie jednego z takich przemarszów w ślad za żołnierzami pojawia się epidemia dżumy, która dziesiątkuje Duplice i Łowicz.

Kontynuacja losów wiejskich rodzin z Duplic i Złakowa. Historia rozwija się tu jak kolorowa, łowicka wstęga. Ile intensywnych barw, tyle i smutnej czerni. Dorastają kolejne pokolenia, rodzą się dzieci, wraz z nimi nadzieje, ale umierają protoplaści rodów, a okolicę nękają następne wojny i plagi. Koniecznie sięgnijcie po drugi tom przepięknie opowiadanej ,,Sagi Łowickiej".

Nie sposób się oderwać od tej lektury!

Czytaśka

Fragment

W POPRZEDNIM TOMIE

Jest rok 1665. W położonej niedaleko Łowicza szla­checkiej wsi Stępowo mieszkają rodziny Wardów i Zny­ków. Dorota i Andrzej mają się ku sobie. Spotykają się ukradkiem w każdej wolnej chwili, mimo że mieszka­ją po sąsiedzku. I choć chłopak jest skłonny ożenić się z nią, ojciec dziewczyny jest temu przeciwny. Nie chce, aby jego najmłodsza córka została w Stępowie, obawia­jąc się, że spotka ją los podobny do losu jego zmarłej żony. Dlatego szuka jej męża w Duplicach, sąsiedniej wsi należącej już do biskupów, gdzie pańszczyzna nie jest tak uciążliwa. Wydaje ją w końcu za wdowca, Łukasza Musiała.

Wojtek, brat Doroty, mimo niechęci, żeni się z dziew­czyną wybraną przez ojca. Ich małżeństwo jednak w niczym nie przypomina typowego związku męża i żony, więc w końcu Rozalia nawiązuje relację ze swoim teściem, Bartłomiejem. Po kilku miesiącach Wojtek znika bez słowa.

W Duplicach żyje też starsza siostra Doroty, Ba­sia. Ona i jej mąż, cioteczny brat Łukasza, Szczepan, utrzymują z Musiałami bliskie stosunki. Wszystko się zmienia, gdy pewnej nocy Szczepan gwałci ciężarną Dorotę.

Kilka lat później Musiałowie są już rodzicami dwóch córek i Dorota właśnie spodziewa się kolejnego dziec­ka, kiedy w ich obejściu pojawia się Cecylia. Musia­łowa zatrudnia ją, nie wie jednak, że jej mąż i Cecylia mają wspólną przeszłość. I nie zdaje sobie sprawy, że Cecylia z chęcią zastąpiłaby ją na miejscu żony Łuka­sza. W końcu sprawy wymykają się spod kontroli, gdy chata Musiałów staje w ogniu...

Stępowo, 1676 rok

Nowy proboszcz złakowski, ksiądz Franciszek Wieczo­rek, z trudem pokonywał zaspy. Nogi obute w nowe skórzane buty, dopiero co odebrane od szewca, tonę­ły w głębokim śniegu. Spojrzał na chałupy przed sobą i odetchnął głęboko, wiedząc, że nareszcie dotarł na miejsce. Gdyby nie zaspy i wciąż padający gęsty śnieg już dawno byłby w Stępowie. A tak zmitrężył więcej czasu, ale podziękował Bogu w krótkiej modlitwie za bezpieczne doprowadzenie go do wsi.

Tego ranka proboszcz postanowił wreszcie załatwić jedną z pilnych - według niego - spraw. Zaraz po po­rannej mszy świętej przygotował się do drogi. Zdecy­dował, że pójdzie pieszo. Mógł poprosić kogoś, aby go przywiózł, ale szkoda by mu było woźnicy i zwierzęcia. Od czasu gdy kilka lat wcześniej, zimą, konie ponio­sły zaprzęg i srodze go poturbowały, sam nie sięgał po lejce i do zwierząt odnosił się z niezwykłą ostrożnością.Rozejrzał się ciekawie. Od czasu nagłego objęcia probostwa, zaraz po Wszystkich Świętych, nie widział nic poza Złakowem, a chciał poznać parafian, zoba­czyć jak żyją. Miał nadzieję, że biskup nie będzie miał mu tego za złe.

Wokół była cisza jak makiem zasiał. Wszyscy za­pewne siedzieli w chałupach, grzejąc się i przygotowu­jąc do zbliżającej się Wigilii. Tego roku zima zaczęła się w połowie listopada. Od tamtej pory trzymał solidny mróz, prawie codziennie padał śnieg, a jakby tego było mało, silny wiatr zawiewał go na pola i drogi, utrud­niając komunikację. Proboszcz poprosił organistę , aby ten wytłumaczył mu, gdzie mieszkają ludzie, któ­rych chciał odwiedzić.

- Jak dojdziecie do wsi, skręćcie w prawo - rzekł or­ganista. - I tam druga chałupa to będzie ta.

Ksiądz Franciszek zapamiętał dokładnie wskazów­ki i teraz stał właśnie przed tą drugą chałupą. Śnieg przygniatał ją do ziemi, małe okna były schowane pod szronem i zaspami. Chata była nieduża, poreperowa­na, uginająca się pod własnym ciężarem. Rozejrzał się uważnie. Wszędzie widział niewielkie chałupy, le­dwo wystające spod śniegu. Jedynie leniwie unoszący się znad nich dym świadczył, że ktoś je zamieszkuje. Westchnął, zdając sobie sprawę, że to dużo biedniej­sza wieś niż Złaków. Nie zamierzał jednak teraz myśleć nad losem pa­rafian. Stępów miał swojego właściciela, to była jego odpowiedzialność, ksiądz był tu tylko po to, by głosić słowo Boże. Nie mógł sobie od razu pozwolić na kon­flikt ze szlachcicem.

Wszedł na plac i podszedł do drzwi. Uniósł rękę, ale nim zapukał, drzwi się uchyliły i zobaczył dobrze zna­nego sobie chłopca.

- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, Fra­niu - przywitał się ksiądz, uśmiechając się do dziecka.

- Jaśnie wielmożny ksiądz proboszcz! - krzyknął Franek. - Na wieki wieków.

- Wpuścisz mnie do środka, czy tak będziemy stać?

Franio od razu się cofnął, pozwalając księdzu wejść, po czym zamknął drzwi i poprowadził go do izby.

- Matulu! Matulu, zobaczcie! Ksiądz proboszcz...

Rozalia uniosła głowę znad pieca, na którym goto­wała zupę i spojrzała na gościa. Podbiegła, schyliła się i pocałowała go w dłoń.

- A toż to honor dla nas! Bartłomieju! - Podeszła do ławy, na której spał mężczyzna. - Bartłomieju, patrzajcie!

Warda spojrzał na Rózię zaspanymi oczami, po­tem powiódł wzrokiem po izbie i w końcu zauważył przybyłego.

- Ki czort? - wymsknęło się mu.

- Ksiądz proboszcz, tatulu!

- Wybaczcie, jaśnie wielmożny. Starym, ślepym... - Próbował się podnieść.

- Siedźcie. - Ksiądz podszedł o Bartłomieja i usiadł obok.

- Czym myśmy sobie zasłużeli? - zapytała Rózia, przysiadając na zydlu.

- Pogadać z wami chciałem.

Rozalia i Bartłomiej spojrzeli po sobie, oboje tak samo zaskoczeni.

- A o czym?

Ksiądz spojrzał na Frania i skinął głową w jego kierunku.

- O nim.

Rózia przeżegnała się szybko i od razu zaczęła mówić:

- Wiedziałam, że z tego jego biegania do kościoła nic dobrego nie wyjdzie. Ale jak ja mogę go upilnować? Toż to un zowdy tak się zakrynci, że ani się człowiek obejrzy, a już go ni ma. I nie patrzy czy mróz, śnieg czy deszcz. Jak on co spsotował, powiedzcie, to my zara...

- Uspokójcie się, Wardowa. - Ksiądz jej przerwał. - Fra­nio nic złego nie zrobił. Wręcz przeciwnie.

- Przeciwnie?

- Jestem tu od niedawna, ale widzę, że z Frania naj­gorliwszy ministrant. Codziennie jest na mszy świętej, do komunii przystępuje i ciągle do kościoła przychodzi się modlić.

- Od maleńkości taki był - odezwał się Bartłomiej.

Ksiądz spojrzał zaciekawiony na mężczyznę. Do­tąd gospodarz siedział cicho, pozwalał mówić kobie­cie i się nie wtrącał.

- Jak tylko nauczeł się pacierza, to ciągle rynce składoł do modlitwy.

- Bóg widzi wasze uczynki. Pobłogosławił was do­brym dzieciakiem. Może trzeba o jego przyszłości pomyśleć?

Zarówno Rózia jak i Warda spojrzeli na niego zaskoczeni.

- Jakże to, pomyśleć? - zapytała kobieta.

- Franio bystry jest, szybko się uczy. Do tego uczyn­ny i posłuszny. Nie myśleliście, aby go do szkół dać? Do miasta? Szkoda by było zmarnować taki talent.

- Jak bystry i szybko się uczy, to i dobrze - powie­dział twardo Bartłomiej. - Będzie mu lży, jak już sam zacznie gospodarzyć.

- Wardo, czy wyście słyszeli, co powiedziałem? - za­pytał pleban.

- Com mioł nie słyszeć? Dzięki Bogu nie głuchym.

Ksiądz był przygotowany na to, że rodzice chłopa­ka nie od razu się zgodzą. Tylko że z tego, co widział w księgach, ojcu Frania było Wojciech, a nie Bartło­miej. Spojrzał na Rozalię, potem na Wardę.

- A wyście Bartłomiej czy Wojciech?

Nagle atmosfera w izbie się zmieniła. Ksiądz od razu wyczuł nerwowość i złość płynącą od gospodarza. Zer­knął na Rozalię. Była przestraszona, patrzyła na star­szego mężczyznę, jakby błagała go wzrokiem, by się nie odzywał.

- Ludzie mówią, co wy jak mąż i żona żyjecie! Grzech to wielki!

- Ludzie niech swojego obejścia pilnują! - krzyknął Bartłomiej. Widać było, że z trudem powstrzymywał złość. - Zowdy i na każdego coś znajdą!

- Ale prawda to, żeście nie chcieli się żenić? Sołtys podobno wam nakazywał, a wy nic.

- Odrobiełym! Wszystko odrobiełym! A sołtysowi mówiełym, żeby zaniechoł, bo nijaki nie wezne! - Spoj­rzał na Rózię i widać było, że starał się uspokoić. - Jak mój Wojtek zagineł, ona sama została. Przy nadziei. Miołym ją stąd wyrzucić? To i została. Dzieciaka uro­dziła i tak żyjimy. Chłopok mówi mi ,,tatko", bo innego łojca nie zno. A mi to nie przeszkadzo. To taki grzech?

Na sąsiedniej półce

Szukasz książki, audiobooka? Skorzystaj z wyszukiwarki

REKLAMA

norblin 02 2norblin 02 0

LINKI SPONSOROWANE

REKLAMA

Kup bilet

REKLAMA

Najnowsze informacje na Tu Stolica

REKLAMA

REKLAMA

Kup bilet

Znajdź swoje wakacje

Powyższe treści pochodzą z serwisu Wakacje.pl.

Polecamy w naszym pasażu