REKLAMA

norblin 02 1norblin 02 2norblin 02 0

Muzyka z zaświatów (barwione brzegi)

zapowiedź
tytuł oryg.: Ghost Music
autor: Graham Masterton
przekład: Jędrzej Ilukowicz
wydawnictwo: Replika
wydanie: Poznań
zapowiedź: 7 lipca 2026
forma: książka, okładka twarda
wymiary: 145 × 205 mm
liczba stron: 352
ISBN: 978-83-6874278-7

Subtelna, niepokojąca i wciągająca bez reszty powieść mistrza grozy!

Gideon Lake, utalentowany kompozytor, zakochuje się w tajemniczej Kate - kobiecie równie pociągającej, co niepokojącej. Ich uczucie szybko przeradza się w obsesję, a rzeczywistość wokół Gideona zaczyna się zmieniać.

W jego życiu pojawiają się niewyjaśnione zjawiska: szepty dochodzące z pustych pomieszczeń, cienie poruszające się bez światła i muzyka, która zdaje się płynąć prosto zza granicy śmierci. Z czasem uświadamia sobie, że Kate skrywa mroczny sekret - związany z tymi, którzy nie odeszli na zawsze.

Bo niektóre melodie nigdy nie milkną... nawet po śmierci.

Fragment

Rozdział 1

Spojrzała na mnie, schodząc za mężem po frontowych schodach. Miała w sobie coś bardzo niezwykłego, posłała mi jednak tak zniewalający uśmiech, że zapomniałem, co to było. Dopiero po prawie trzech miesiącach zrozumiałem, o co chodziło, ale wtedy moje życie zawaliło się jak licha dekoracja teatralna.

Była drobna i szczupła i miała równo przycięte popielate włosy. Tego dnia włożyła bluzkę z krótkim rękawem w najbledszym z możliwych odcieni żółci oraz szare spodnie z podwyższoną talią. Ale to jej szelmowski uśmiech i filuternie zmrużone oczy tak na mnie podziałały - jakby dawała mi znać, że dzieli ze mną jakąś tajemnicę.

- Hej, Lalo, gdzie mam to postawić? - zawołała z kuchennego aneksu Margot.

- Co postawić? - zapytałem, nadal obserwując nieznajomą blondynkę, która właśnie przechodziła przez ulicę.

- To coś, co wygląda jak gaśnica.

- To nie gaśnica, ale mój dozownik do ciasta.

Margot weszła do salonu, patrząc na mnie z niedowierzaniem.

- Dozownik do ciasta?

- Tak. Żyć bez niego nie mogę. Dzięki niemu wychodzą mi idealnie okrągłe naleśniki. Co prawda są tak samo gumowate, ale przynajmniej okrągłe.

- Lalo, czasami naprawdę mnie zadziwiasz.

Było ciepłe popołudnie pierwszego dnia września. Siedziałem z butelką zimnego michelob amber w oknie swojego mieszkania na drugim piętrze przy St Luke's Place, obok parku imienia Jamesa J. Walkera w Greenwich Village -- zrobiłem sobie właśnie przerwę w ustawianiu regałów. St Luke's Place była ulicą kamienic w stylu włoskim, z fasadami z piaskowca, kolumnowymi portykami i gazowymi latarniami.

Wprowadziłem się tu przed trzema dniami i zaczynałem podejrzewać, że nigdy nie uda mi się urządzić, nawet z pomocą Margot. W korytarzu stały trzy skrzynie po herbacie, wypełnione książkami, partyturami, zdjęciami i emaliowanymi rondlami. Sypialnię zastawiono walizami wypchanymi ubraniami oraz kartonami z ręcznikami i kompaktami. Nigdy wcześniej nie sądziłem, że mam aż tyle gratów. Mój ojciec często mawiał: ,,Synu, nie można mieć wszystkiego, bo gdzie byś to postawił?".

Margot otworzyła sobie piwo i dołączyła do mnie. Była małą brunetką w typie Betty Boop z wielkimi brązowymi oczami i odrzuconymi do tyłu włosami. Miała na sobie przyduże ogrodniczki, obcisłą koszulkę w różowe pasy i wściekle różowe chodaki Crocs. Czułem się jak jej starszy brat, choć to ona była starsza ode mnie przynajmniej o pół roku i - pod pewnymi względami - o niebo dojrzalsza.

Przyjaźniłem się z Margot od pierwszego spotkania na studiach w Brooklyn Academy of Music. Kiedy wpadliśmy na siebie przy tablicy ogłoszeń uczelnianych, poprosiłem ją, by pożyczyła mi ołówek, i od razu się polubiliśmy. Wiosną 2005 roku spędziliśmy razem kilka weekendów, podczas których omal nie zostaliśmy kochankami. Niestety, zanim wyplątałem się ze związku z Cindy, ,,pianistką z syndromem napięcia przedmiesiączkowego", jak ją nazywała Margot, zaczęła randkować z Estebanem, kubańskim tancerzem o gorącym temperamencie. Tak więc nasza zażyłość nigdy nie wykroczyła poza wspólne wylegiwanie się na kanapie przy czerwonym winie i koncertach fortepianowych Beethovena albo starych albumach Dire Straits. Poznaliśmy siebie tak dobrze, że wspólne pójście do łóżka wydawałoby się nam kazirodztwem.

- Widziałem sąsiadów z parteru - oznajmiłem.

- O! I kto to?

- Parka po trzydziestce. Wyglądają na konserwatywną inteligencję. I chyba są nadziani.

- Tu mogą mieszkać tylko bardzo nadziani. Musisz mieć brylanty w podeszwach butów, nie to co u mnie na Trzynastej Wschodniej.

- Masz cudowne poddasze. Jest magiczne jak Narnia.

- Jasne. Roi się w nim od magicznych, inteligentnych gryzoni.

- Słuchaj, chcę ci podziękować za pomoc... może pójdziemy dziś do Cafe Cluny? - zaproponowałem.

Rozejrzała się po wnętrzu z wysokim białym sufitem i lśniącym dębowym parkietem.

- Wiesz co, Lalo? Temu mieszkaniu potrzebna jest kobieta. I tobie też, szczerze mówiąc. Faceci nie mogą żyć wyłącznie pisaniem muzyki dla telewizji, nawet tacy, którzy robią idealnie okrągłe naleśniki.

Spojrzałem na nią. Drzewa z dworu rzucały na jej policzek roztańczone cienie.

- Przecież mam ciebie.

- Owszem - odparła. - Ale potrzebujesz namiętności. Niebezpieczeństwa. Kobiety, która zmywa gary nago.

Na sąsiedniej półce

Szukasz książki, audiobooka? Skorzystaj z wyszukiwarki

REKLAMA

cmp moje zdrowie 2cmp moje zdrowie 0

LINKI SPONSOROWANE

REKLAMA

Znajdź swoje wakacje

REKLAMA

Najnowsze informacje na Tu Stolica

REKLAMA

REKLAMA

Kup bilet

Znajdź swoje wakacje

Powyższe treści pochodzą z serwisu Wakacje.pl.

Polecamy w naszym pasażu