REKLAMA

cmp moje zdrowie 1cmp moje zdrowie 2cmp moje zdrowie 0

Chłopiec z odrodzonego miasta. Gdańska opowieść, tom 2

zapowiedź
autor: Beata Zdziarska
wydawnictwo: Replika
seria: Gdańska opowieść
wydanie: Poznań
zapowiedź: 7 lipca 2026
forma: książka, okładka miękka
wymiary: 145 × 205 mm
liczba stron: 304
ISBN: 978-83-6856083-1

Powojenny Gdańsk

Zniszczone miasto powoli wraca do życia, odgruzowywane są ulice i przybywają do niego nowi mieszkańcy. Helena, Fryderyk i Tadeusz zmagają się z niełatwą codziennością. Mimo że wojna się zakończyła, to jej ślady wciąż tkwią w psychice bohaterów. Fryderyk pamięta tragiczną śmierć matki, która została żywcem spalona w gdańskim kościele, a Helena nosi w sercu ból po stracie synka.

Chłopiec otrzymuje nową tożsamość i datę urodzenia, lecz nauka języka polskiego okazuje się dla niego nie lada wyzwaniem. Uczęszcza do szkoły, nawiązuje nowe znajomości i przeżywa młodzieńczą miłość. Uczy się także gry na pianinie, daje pierwsze koncerty przed publicznością oraz marzy o muzycznej karierze. Zmaga się również ze swoją niemiecką przeszłością, która naraża go w otoczeniu na nieprzyjemności oraz złośliwości.

W tle powieści dzieją się wydarzenia polityczne, które dotykają bohaterów: publiczna egzekucja oprawców nazistowskich, proces Forstera, strajk dokerów czy wreszcie śmierć Stalina.

Fragment

W świetle odchodzącego dnia oczy matki dziw­nie połyskiwały. Patrzyły na mnie spojrze­niem przerażonego zwierzęcia. W tym wzroku było coś niepokojącego, coś, co przypominało krzyk duszy. Nachyliłem się nad łóżkiem i poprawiłem poduszkę, która wysunęła się spod głowy matki.

- Teraz będzie ci wygodniej - powiedziałem, gładząc jej przyprószone siwizną włosy. Ścisnę­ła z całej siły moją rękę, otwierając szeroko usta, tak jakby krzyczała. Ciemnoniebieskie tęczówki błyszczały strachem i niedowierzaniem.

- Kim jesteś? - zapytała cicho, niemal bezgłoś­nie. Kurczowo zacisnęła palce na moim nadgarst­ku. Miała chłodną, prawie przezroczystą skórę, pod którą prześwitywała pajęczyna cienkich żyłek.

- Mamo, to ja, Fryderyk.

- Fryderyk... - Uśmiechnęła się bezwiednie, usiłując skinąć głową. Przymknęła powieki, a kiedy ponownie je uniosła, dostrzegłem w spoj­rzeniu spokój. Iskierka radości rozlała się po jej twarzy, policzki zaróżowiły się, a usta nabrały żywszej barwy.

- Fryderyk, mój, syn... - wyszeptała.

- Tak, mamo.

- A on?

- Kto?

- Tamten człowiek...

- To był lekarz. Zrobił ci zastrzyk. Już sobie poszedł.

Miała suche, popękane wargi. Napełniłem szklankę wodą i podałem jej do picia. Przełknęła łapczywie, delektując się każdą kroplą.

- Chcesz jeszcze?

- Nie, dziękuję. - Oblizała językiem mokre usta.

Na przedramieniu dostrzegłem świeżo zaschnię­tą krew. Matka rozdrapała ranę, która nie zdą­żyła się wygoić. Przygotowałem opatrunek i opa­trzyłem uszkodzoną skórę. Smuga światła, która wpadała do wnętrza spomiędzy zasłon, stawała się coraz bledsza, zapaliłem więc nocną lampkę. Przyjemna jasność napełniła pokój ciepłem, roz­świetlając skromne umeblowanie sypialni. Mat­ka wpatrywała się we mnie pogodnym wzrokiem. Ułożyłem ją wygodnie na łóżku i opatuliłem koł­drą aż po samą szyję.

- Będzie dobrze - powiedziała, a ja odruchowo przytaknąłem głową. - Już czuję się lepiej. Dużo lepiej.

Zdawałem sobie sprawę, że jest to złuda. Mat­ka dostała zastrzyk, który polepszył samopoczu­cie i chwilowo uśmierzył ból. W szeroko otwartych oczach pojawiła się nadzieja. Nie miałem odwagi powiedzieć prawdy, że jedynie cud może przywró­cić jej zdrowie.

Naraz skrzypnęły drzwi i w progu pokoju poja­wił się Tadeusz. Podszedł do łóżka chorej.

- Witaj, Helenko - wychrypiał nieswoim głosem. Nerwowo przełknął ślinę. - Ugotowałem rosół. Za­raz ci przyniosę. Zobaczysz, że po takiej pożyw­nej zupie od razu poczujesz się lepiej. Mam rację, Fryderyku?

- Tak - odparłem.

Biedny Tadeusz naiwnie wierzył, że talerz ro­sołu, niczym dotknięcie magiczną różdżką, jest w stanie cudownie uzdrowić.

- Jesteś silna, Heleno, i staniesz na nogi! - do­dał po chwili. Zagryzł wargi i popatrzył na mnie w oczekiwaniu, że potwierdzę jego słowa. Celowo unikałem spojrzenia Tadeusza, wodząc wzrokiem po przybrudzonych ścianach. Wyraźnie dostrze­gałem, jak z każdym dniem matka słabła w oczach i gasło w niej życie, ale swoje spostrzeżenia zatopi­łem głęboko w sercu. Nie potrafiłem zdobyć się na bolesną szczerość. Cicho westchnąłem i wyjąłem z torby pudełko z lekarstwami.

- To w takim razie pójdę do kuchni, żeby pod­grzać zupę. Rosół musi być gorący - powiedział, a ja skinąłem głową.

Kiedy wyszedł z sypialni, usiadłem na brzegu łóżka, spoglądając na twarz matki. Drżącą ręką pogłaskałem jej policzki.

- Co u ciebie, synku?

- Wszystko dobrze. - Poczułem ucisk w gar­dle, jednak nic nie dałem po sobie poznać. - Po­łknij tabletkę. Za chwilę wróci Tadeusz z obiadem, a potem odpoczniesz. Zawsze powtarzałaś, że po jedzeniu trzeba odpocząć, pamiętasz?

Uśmiechnęła się nieporadnie.

- Fryderyku?

- Słucham, mamo?

- Ja wszystko wiem. Wiem, że ta poprawa to tyl­ko na moment. Jest jak motyl, który przysiadł je­dynie na chwilę i wkrótce odfrunie - jęknęła cicho.

Nerwowo zacisnęła usta. - Pamiętasz, jak śpiewa­łam ci kołysanki?

Przytaknąłem.

- Bardzo lubiłeś ich słuchać. Wymyślałam wciąż nowe zwrotki, które zapisywałam w zeszyciku. Miałam cichą nadzieję, że któregoś dnia zaśpie­wam te kołysanki również moim wnukom.

- Bo zaśpiewasz, zobaczysz.

Próbowała się unieść, ale zabrakło jej siły i opad­ła na poduszkę.

- Wiesz, że to nieprawda. Niedługo pożegnam się z wami.

Nie zdążyłem nic odpowiedzieć, bo w koryta­rzu za drzwiami rozległ się tupot nóg i do sypial­ni wbiegła Róża.

- Mamusiu, mamusiu, zobacz, co przynio­słam! - Otworzyła dłonie, na których pyszniły się świeże kasztany. - Zrobisz ze mną ludziki?

- Różo, mama jest chora. Ja pomogę ci zrobić kasztanowe ludziki, dobrze?

Grymas jej twarzy wyraził rozczarowanie.

- A mama? - spytała cichutko.

- Mama potrzebuje spokoju.

Objąłem dziewczynkę ramieniem i mocno przy­tuliłem do piersi. Po chwili poczułem na koszuli wilgoć jej łez.

- Cii, nie płacz, mama wyzdrowieje - wybą­kałem. Moje kłamstwo wypływało z racji serca.

Nie potrafiłem powiedzieć dziesięciolatce prawdy o chorobie matki.

- Naprawdę?

- Naprawdę. Gdzie znalazłaś takie śliczne kasztany?

- Na podwórku.

- Ho, ho, to nasz kasztanowiec tak pięknie ob­rodził - ucieszyłem się. Odruchowo zerknąłem za okno, gdzie rosło dorodne drzewo. Pośród jego ga­łęzi czaił się zmierzch, zachodzące w oddali słoń­ce rzucało ostatki światła, aby po chwili zupełnie zniknąć z horyzontu. Kasztanowiec. Pamiętam go doskonale. Dorastałem razem z nim, obserwując, jak z każdym rokiem niepozorne drzewko stawało się potężniejsze i rodziło coraz więcej owoców. Ra­zem mężnieliśmy.

Z zamyślenia wyrwał mnie odgłos otwiera­nych drzwi. Wrócił Tadeusz, niosąc talerz z zupą. Przyjemnie zapachniało rosołem. Podciągnęliśmy chorą na łóżku, tak żeby mogła wygodnie oprzeć się o zagłówek. Potem spojrzałem w jej oczy. Po­mimo słabości uśmiechały się łagodnie. Były to te same oczy, które z dumą spoglądały na mnie podczas koncertów, kiedy elegancko ubrany wchodziłem na podium, zasiadałem przy pianinie i kładłem na klawiaturze dłonie, aby chwilę póź­niej wydobyć z instrumentu dźwięki muzyki. Były to oczy kobiety, która stała się dla mnie matką.

Na sąsiedniej półce

Szukasz książki, audiobooka? Skorzystaj z wyszukiwarki

REKLAMA

norblin 02 2norblin 02 0

LINKI SPONSOROWANE

REKLAMA

Zapraszamy na zakupy

REKLAMA

Najnowsze informacje na Tu Stolica

REKLAMA

REKLAMA

Kup bilet

Znajdź swoje wakacje

Powyższe treści pochodzą z serwisu Wakacje.pl.

Polecamy w naszym pasażu