Wykorzystani robotnicy szturmowali gabinet burmistrza
13 października 2015
Nietypowy protest pod urzędem dzielnicy Wola. Pracownicy, których oszukał pracodawca, żądali za wykonaną pracę pieniędzy od... burmistrza Woli. - Urząd nie zawierał z nimi umów, powinni domagać się wypłat od szefowej swojej firmy - odpowiadają urzędnicy. Robotnicy zaś uważają, że magistrat powinien sprawdzać, czy wybrany w przetargu wykonawca zatrudnia ludzi w oparciu o umowy, a nie na "czarno".
Wieża obok wieży. Niespodziewane wieści z Towarowej
Jeśli ktoś uważał, że kryzys położył kres budowie na Woli wieżowców, grubo się pomylił. Wkrótce zacznie się budowa 40-piętrowego budynku połączonego z zabytkiem z 1958 roku.
Pracowali "na czarno". - Takie teraz czasy, kapitalista chce parę groszy zaoszczędzić. A myśmy harowali i nie zobaczyliśmy złotówki - mówi kobieta ze wschodnim akcentem. Wtórują jej inni oszukani. - Zawiszy, Leszno, Karolkowa. Przy tych ulicach pracowaliśmy. Przed ósmą w robocie, szybka kawa i do roboty. Dziesięć godzin harówki. Po powrocie do domu szybki obiad i spać. I to wszystko jak krew w piach - załamuje ręce inny robotnik.
Razem z nimi przyszedł Jakub Żaczek, lewicowy aktywista i działacz Związku Syndykalistów Polski. Przez megafon obwieścił, że pracownicy zostali oszukani przez swojego pracodawcę, ale także przez Krzysztofa Strzałkowskiego, burmistrza dzielnicy Wola. - Nie dopilnował, czy pracownicy dostaną pieniądze. To skandal! Idziemy do jego gabinetu - krzyknął, a poszkodowani i przypadkowe dwie starsze panie poszły za nim.
Do sekretariatu Krzysztofa Strzałkowskiego nie udało im się wejść. Do protestujących wyszedł Mariusz Gruza, rzecznik wolskiego urzędu. - Panie rzeczniku, ci ludzie są oszukani. Dlaczego urząd im nie zapłacił? - pytał Jakub Żaczek. - Firma, w której byli zatrudnieni, wygrała wiosną przetarg. Przedsiębiorstwo nie wywiązało się z umów i dlatego we wrześniu zostały one rozwiązane. Firma nie otrzymała pieniędzy - odpowiedział Gruza. I zaczęła się przepychanka. Działacz i dziennikarka TVN krzyczeli, że burmistrz powinien wiedzieć, czy podpisuje umowę z legalnie działającą firmą i czy ta firma zatrudnia legalnie ludzi. - Jak pani sobie to wyobraża? A firmy, w których pracuje 5000 osób, też mają dostarczać kopie umów ze swoimi pracownikami? To absurd. Firma powinna, ale nie ma takiego obowiązku, zgłosić nam swojego podwykonawcę - tłumaczył Mariusz Gruza.
Działacz i robotnicy byli nieprzejednani. - Jak możecie współpracować z firmą, która zatrudnia ludzi na czarno? - pytał Żaczek. - Nie jesteśmy od sprawdzania, czy ktoś ma umowę o pracę czy inną. Jeśli macie zastrzeżenia do swojego pracodawcy, uważacie, że was oszukuje, zgłoście to inspekcji pracy albo prokuraturze. Zgłosił pan tę sprawę do Państwowej Inspekcji Pracy? - spytał Gruza. - Tak, ale inną sprawę - odparł Żaczek. Gruza: - Ale ja pytam o tę sprawę. Żaczek: - A ja zgłosiłem inną.
Próbowaliśmy skontaktować się z właścicielką firmy budowlanej, jednak jej telefon pozostaje cały czas wyłączony.
(SD)
.












































