Wrażenia reemigrantki
23 listopada 2009
A może remoncik?
Warszawa tonie w starych ubraniach. Mieszkańcy krytykują ratusz
Warszawski Zarząd Oczyszczania Miasta na Facebooku zwraca uwagę mieszkańcom na nagminne pozostawiane stare ubrania, które piętrzą się wokół pojemników na zużytą odzież. Jak przypominają urzędnicy "tekstyliów można się pozbyć legalnie". Co na to komentujący tę sprawę warszawiacy?
Otóż pozwoliłam sobie na mały remont...
Zaczęło się całkiem przyzwoicie. Na poszarpanej i poplamionej kartce dostałam napisany ręcznie kosztorys pełen rozbrajających błędów ortograficznych. Cena wy-dawała się rozsądna, rozpoczęły się więc prace.
Pierwszym osiągnięciem pana majstra było odłupanie poziomicą kawałka tynku w przedpokoju. Gdy zwróciłam mu uwagę, usłyszałam, że mam za małe mieszka-nie i tu nie można normalnie pracować. - Mieszkanie faktycznie nie jest zbyt duże, ale czy nie mógłby pan trochę uważać? - zapytałam. - Jak bym tak uważał, to do świąt bym nie skończył - stwierdził butnie pan majster.
W niemałe osłupienie wprawił mnie mój fachowiec, oznajmiając mi pierwszego dnia, że trzeba kupić rozliczne worki z zaprawą, klejem, cementem itp. - Jak to trzeba kupić? - nie rozumiałam. - Przecież ja samochodu nie mam - wyjaśnił z po-błażliwym uśmiechem. - Mi klienci zawsze wszystko kupują. To jest przecież nor-malne. Po czym wyrecytował. - Pięć worków zaprawy, trzy worki kleju, cztery wor-ki...
Remont ruszył, a ja zaczęłam potykać się o porozrzucane bezładnie narzędzia, przewrócone wiadra czy zwoje z kablami. Gdy zapytałam, czy nie można by jakoś temu zaradzić, usłyszałam, że przecież jest remont. O ile tolerowałam bałagan w czasie prac, o tyle oczekiwałam uporządkowania pomieszczenia wieczorem. Jakież było moje zdziwienie, gdy pierwszego dnia zostałam z gruzem na podłodze oraz workami śmieci w korytarzu. Drugiego dnia majster także nie posprzątał - wtedy zrozumiałam, co zasadniczo różni polskiego fachowca od jego niemieckich kolegów. W Niemczech codziennie sprząta się po pracy i co ciekawe, za Odrą robią to także polscy budowlańcy.
Gdy minął planowany termin zakończenia prac, ośmieliłam się zapytać, kiedy mogę wreszcie spodziewać się końca. Z niewiadomych przyczyn pytanie rozsierdzi-ło fachowca. - Ja zaraz oszaleję, skąd mam wiedzieć, kiedy będzie koniec. Tu nic nie można przewidzieć.
Aby nie zadrażniać, postanowiłam nie zadawać już żadnych pytań, tylko zacis-nąć zęby i cierpliwie czekać. I słowa dotrzymałam. A fachowiec zapadł się dosłow-nie pod ziemię. Któregoś dnia wcale się nie pojawił, a próby dodzwonienia się do niego spełzły dotychczas na niczym.
Myślę, że kiedyś się objawi, bo zostawił u mnie swoje narzędzia. I ciekawe, czy jak wróci, to też będzie usiłował mi wmówić, że takie zachowanie jest normalne?
Dorota Katner
![]() |
![]() |








































