REKLAMA

pan materac bartycka otwarcie 1pan materac bartycka otwarcie 2pan materac bartycka otwarcie 0

Łany muśnięte wiatrem. Saga łowicka, tom 3

zapowiedź
autor: Magdalena Kołosowska
wydawnictwo: Replika
seria: Saga łowicka
wydanie: Poznań
zapowiedź: 24 listopada 2026
forma: książka, okładka miękka ze skrzydełkami
wymiary: 145 × 205 mm
liczba stron: 320
ISBN: 978-83-6892346-9

Poruszająca saga o sile kobiet, ciężarze milczenia

i odwadze, która rodzi się z bólu.

Początek XVIII wieku nie jest spokojny. Przez Ziemię Łowicką przemieszczają się obce wojska, w Polsce trwa walka o tron. Ludność wsi musi się mierzyć nie tylko z najeźdźcami, ale też z naturą. W czasie jednej z wichur ranny zostaje Jan, a Kostek traci życie.

W Łowiczu, po długiej chorobie, umiera Franciszek.

Tuż przed narodzinami dziecka Szymon żeni się z Ewą. Ich małżeństwo nie jest zbyt udane, nawet pomimo pojawiania się kolejnych dzieci. Szymon nie stroni od alkoholu i spędza w karczmie niemal cały wolny czas. Wszystko zmienia się, gdy Szymon ginie tragicznie. Starsze dzieci, Grześ i Małgosia, zostają z dziadkami, a Ewa, po kolejnym zamążpójściu, zabiera najmłodsze dziecko ze sobą. Po śmierci Ewy, mały Oleś wraca do Musiałów.

.

Kontynuacja losów wiejskich rodzin z Duplic i Złakowa. Historia rozwija się tu jak kolorowa, łowicka wstęga. Ile intensywnych barw, tyle i smutnej czerni. Dorastają kolejne pokolenia, rodzą się dzieci, wraz z nimi nadzieje, ale umierają protoplaści rodów, a okolicę nękają następne wojny i plagi. Koniecznie sięgnijcie po trzecii tom przepięknie opowiadanej ,,Sagi Łowickiej".

Nie sposób się oderwać od tej lektury!

Czytaśka

Fragment

Duplice, 1716 rok

W kościele panował chłód wieczoru. Świece przy bocz­nych ołtarzach paliły się nierówno, jakby walczyły z ciem­nością, która wpełzała przez szczeliny drzwi. Grube mury trzymały w sobie wilgoć, a ciężki, niemal dotykalny za­pach wosku i kadzidła unosił się nisko. W ławkach sie­działo kilka kobiet modlących się półgłosem, a gdzieś z tyłu płakało dziecko, uciszane przez matkę.

Do kościoła wszedł wysoki mężczyzna, wysoki, o spra­cowanych dłoniach, w sukmanie przesiąkniętej dymem z paleniska. Poruszał się ostrożnie, jakby bał się, że jego ciężkie kroki zakłócą świętość miejsca. Zdjął czapkę, przeżegnał się powoli, z namysłem, po czym podszedł do konfesjonału, w którym siedział ksiądz, starszy, o twa­rzy pooranej zmarszczkami, z oczami zmęczonymi, ale czujnymi. Klęknął powoli, jakby każdy ruch ważył wię­cej, niż powinien. Przeżegnał się, a jego stłumiony głos zabrzmiał głęboko:

- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

Zza kratki odpowiedział spokojny, zmęczony głos kapłana:

- Na wieki wieków. Amen.

Mężczyzna odchrząknął, jakby zbierał się w sobie.

- W imię Łojca i Syna, i Ducha Świntego.

- Amen.

- Ostatni raz spowiodołym się... przed Wielkanocą. Po­kutę odprawiełym. Proszę o wysłuchanie.

Kapłan skinął głową, cień jego ruchu przesunął się po kratce.

- Mówcie, Janie.

Mężczyzna drgnął, gdy usłyszał swoje imię, ale po chwili wziął głęboki oddech.

- Obraziełym Pana Boga... - zaczął, a słowa płynęły po­woli, ciężkie jak kamienie. - Gniewym... bom nieroz krzy­coł na syna, na babę. Nawet na somsiada. Mom język ostry i casym... - Zawahał się, jakby to, co najważniejsze, trzymał jeszcze za zębami. - I... do karczmy chodziełym... cynści, niż trza. I piełym, nieroz do nieprzytomności. A jak wypiełym, to i słowa brzydkie leciały, i przekliństwa na Boga, i na ludzi.

Kapłan słuchał w milczeniu, po chwili zapytał:

- Pijaństwo prowadzi do wielu grzechów. Nic go nie usprawiedliwia. A bójki były?

Jan się zawahał. Potarł twarz ręką.

- Miołym chynć nie roz przyłożyć komu nie bądź. Zwłaszcza tera, jak wyszło to wszystko...

- Zgoda między ludźmi to rzecz święta. A wy, jako uczeń Naszego Pana, powinniście bliźniego miłować.

- Nawet takiego, co to mnie w kościele przeklino?

Ksiądz westchnął.

- Janie... musicie spróbować... pogodzić się.

- Dopierośmy się godzieli. I na co?

- Janie! Po coście przyszli? Do spowiedzi czy kłócić się ze mną? Jak chcecie, możecie iść, ale nie zdziwcie się, jak powiem o was biskupowi...

Musiał milczał. Opuścił głowę, jakby zastanawiał się nad tym, co powinien zrobić. W końcu odezwał się po dłuższej chwili:

- Wybaczcie, dobrodzieju. Przyszedym, bo serce mnie gryzie. Bo żem zgrzeszył, a i moja mówieła, że tak dali nie może być, że człek musi się ocyścić przed świntami.

- Każdy musi. Mów więc dalej. Odmawiasz modlitwy? Pacierz rano i wieczór?

- Bywało, że nie odmówiełym. Cłek robi cały dziń, wiecorym padnie na posłanie i śpi. A rano to i casym zapumniołym...

Ksiądz skinął głową, jakby to wszystko było mu do­brze znane.

- A do znachorek chodziłeś? Do babki od uroków?

- Chodziełym. Bo kuń chorowoł, bo krowa się schwo­cieła, mleka nie dawała, a żem się boł, że padnie. Bobka mówieła, że urok ktoś rzucieł, że trza odcyniać. Dała zioła, szeptała nad wodą... Ja nie chciołym grzeszyć, ale strach był winkszy.

- To grzech ciężki, synu. Zaufanie w gusła, nie w Pana Boga. Trzeba się tego wystrzegać.

Musiał kiwnął głową, jakby przyjmował cios.

- Wim, dobrodzieju. Ale człek różne rzeczy słyszy. A jak bieda przyciśnie, to i rozum się gubi.

- Coś jeszcze?

Jan się zawahał.

- Wincy grzechów nie pamintom, Boże, bądź miłościw mnie grzesznymu.

Przez chwilę panowało między nimi ciężkie milczenie.

- Dobrze, synu. Pokuta będzie, Pan Bóg jest miłosierny dla tych, co przychodzą z sercem skruszonym. Ale ty... - Ksiądz westchnął. - Przyszedłeś, bo tak wypadało. Zaraz będą święta, chcesz przystąpić do komunii.

- Księże dobrodzieju...

- Posłuchaj mnie, Janie. To już cztery niedziele minę­ły, jak żeście się z Wiewiórą pokłócili. I nic. Gniew tylko między wami od tamtego czasu. Dlaczego tego nie żału­jesz, Janie? Dlaczego nie prosisz go o wybaczenie? Dla­czegoś nie poszedł najpierw do niego, a dopiero tutaj wyspowiadać się? Twoja spowiedź nieważna będzie, je­śli złość i nienawiść będziesz nosił w swoim sercu. Tego chcesz? Przez swoją zawziętość nie być dopuszczonym do radości w Królestwie Niebieskim?

Ksiądz pochylił głowę i czekał na odpowiedź Musiała.

Ale ten milczał.

- Czy to jest ten grzech, o którym żeś nie chciał pamię­tać i żeś go pominął?

Cisza.

W końcu ksiądz westchnął.

- Janie, ciężki to grzech, grzech zaniechania. I upór ni­czemu dobremu nie służy. Nie tak nauczał nas Pan Je­zus. Twoim obowiązkiem, jako ojca, jest pokazanie synowi właściwej drogi. A skoro twój syn do cielesnych uciech był chętny, powinien wiedzieć, że skoro Pan Bóg daje dziecko, to trzeba je przyjąć. Nie odtrącać matki, a uczynić swo­ją. Naprawić grzech, by dziecko jako owoc miłości mał­żeńskiej przyszło na świat, a nie jako bękart. Jak ty syna przekonasz, by się z Łonianką ożenił, to ja ci rozgrzeszenie dam. Do tego czasu idź w pokoju. - Ksiądz uczynił znak krzyża i zapukał w konfesjonał.

Jan klęczał jeszcze chwilę, jakby zastanawiał się, czy odejść, czy zostać. Chciał powiedzieć księdzu, że to prze­cież nie jego grzech, że Ewa z brzuchem chodzi, ale nim otworzył usta, dotarło do niego, że to, co proboszcz powie­dział, było słuszne. Powinien porozmawiać z Szymkiem.

Przemówić mu do rozsądku, jak będzie trzeba, nawet zmusić, by wziął Ewę. I tak teraz nie miał szans, by jakaś chciała za niego iść. Nawet chłopy patrzyły na niego z po­litowaniem. Czas temu zaradzić, naprowadzić syna na właściwą drogę. Nawet jeśli to oznaczało, że będzie musiał zrobić coś, na co nie miał ochoty.

Na sąsiedniej półce

Szukasz książki, audiobooka? Skorzystaj z wyszukiwarki

REKLAMA

cmp mamy 2cmp mamy 0

Najnowsze informacje na Tu Stolica

Kup bilet

Znajdź swoje wakacje

Powyższe treści pochodzą z serwisu Wakacje.pl.

Polecamy w naszym pasażu