REKLAMA

cmp moje zdrowie 1cmp moje zdrowie 2cmp moje zdrowie 0

Ta, którą nigdy nie byłam

tytuł oryg.: Den jag aldrig var
autor: Majgull Axelsson
przekład: Katarzyna Tubylewicz
wydawnictwo: W.A.B
kolekcja: Z miotłą
wydanie: I, Warszawa
data: 29 sierpnia 2012
forma: książka, okładka miękka ze skrzydełkami
wymiary: 123 × 195 mm
liczba stron: 448
ISBN: 978-83-7747779-3

Inne formy i wydania

książka, okładka miękka ze skrzydełkami, I  2012.08.29

MaryMarie, wychowana w małym szwedzkim miasteczku, w rodzinie ofiary Holocaustu, wyrasta na zdolną studentkę, członkinię nieformalnego Klubu Bilardowego Przyszłość, zrzeszającego grupę przyjaciół z wczesnej młodości. Kobieta osiąga sukces zawodowy - staje się uznaną dziennikarką, a następnie ministrem. W rządzie zajmuje się między innymi problemem przemocy seksualnej i handlem żywym towarem. W jej życiu osobistym brakuje jednak szczęścia. Mąż, notoryczny kobieciarz, jest sparaliżowany po tym, jak w jednym ze wschodnioeuropejskich miast zostaje wyrzucony przez okno, najprawdopodobniej przez nieletnią prostytutkę. Gdy MaryMarie czuwa przy łóżku chorego, zastanawia się, co w tej sytuacji zrobiłaby Mary, a co Marie. Odpowiedź nasuwa się sama. Jedna - pozwoliłaby mu żyć, druga - odłączyłaby od respiratora... W tym miejscu drogi Mary i Marie rozchodzą się, ich losy - choć pozostają ze sobą w ścisłym związku - biegną w całkiem przeciwnych kierunkach...

Majgull Axelsson powraca z intrygującą powieścią o rozdwojeniu jaźni, poszukiwaniu tożsamości

i codziennych wyborach, które w każdej chwili mogą skierować nasze życie w najmniej oczekiwaną stronę.

Ta, którą nigdy nie byłam to nie tylko pejzaż wewnętrzny kobiety sukcesu i analiza psychologiczna pokolenia ,,awansu społecznego". To również scena konfrontacji dwóch światów, które dzieli poziom życia. Książka napisana z ogromną wrażliwością społeczną i niezaprzeczalnym talentem literackim. Dzieło na miarę Persony Bergmana.

Agnieszka Drotkiewicz

Z recenzji poprzednch powieści:

Rzadko zdarza się dobra literatura z zacięciem społecznym, która nie zatrąca o tanią publicystykę. Właściwie nie widzę - poza Axelsson - autora, któremu by się to ostatnio powiodło.

Justyna Sobolewska, ,,Przekrój"

Dom Augusty to fascynująca powieść o kobietach, które żyją wśród kobiet. To także książka o konieczności snucia opowieści, bo tylko dzięki nim możemy przetrwać.

Dziennik

Poetyckie jak baśń o tęsknocie, zajmujące jak kryminał psychologiczny, poruszające jak reportaż społeczny.

Brigitte

Fragment

przypuszczenie

Białe slipy w doskonałym gatunku.

Pielęgniarka, która go znalazła, nie mogła się powstrzymać, musiała ich dotknąć. Przesunęła ręką po materiale, palec dotknął metki: Björn Borg underwear. Nic jej to nie powiedziało. Nigdy nie słyszała o kimś takim jak Björn Borg.

Poranek był zimny, przez chwilę zastanawiała się, czy zdjąć płaszcz i przykryć tego człowieka, ale zaraz wyobraziła sobie, że kiedy przyjedzie karetka, zrobi się tu zbiegowisko i ktoś - pewnie jakaś Rosjanka - złapie płaszcz, twierdząc, że należy do niej. Nie stać jej na stratę płaszcza. Zdjęła swój kraciasty szalik i położyła tamtemu na piersi. Wiedziała, że nie może go nim owinąć, nie wolno go ruszać z miejsca. Najmniejsze poruszenie mogłoby raz na zawsze uczynić z niego kalekę. Jeśli już nim nie był.

Przesunęła dłonią po jego ramieniu. Bardzo owłosione. Przystojny mężczyzna, od razu widać, chociaż muskuły ma tak zwiotczałe, że sprawiają wrażenie, jakby miały się odkleić od kości. Bardzo blady, ale półprzymknięte oczy są ciemne. Może jest przytomny.

-?Wszystko będzie dobrze - szepnęła. - Zobaczy pan. Proszę tylko poczekać.

Jakiś hałas. Spojrzała w górę budynku. Na wietrze trzaskało otwarte okno.

wspomnienie

Trzeciej nocy zaczęłam śnić.

Chociaż wcale nie spałam. Siedziałam z otwartymi oczami na krześle dla odwiedzających przy łóżku Sverkera i nagle zobaczyłam siebie samą pod latarnią w przyszpitalnym parku. Postawiłam kołnierz kożuszka i schowałam brodę w białym futrze. Strasznie zimno. Mój oddech zamarznie, pomyślałam, może zawiśnie w powietrzu jak kłaczek waty cukrowej. W tej samej chwili zobaczyłam tę drugą kobietę. Biegła przez trawnik ubrana w zwiewną, letnią sukienkę - białą w zielone groszki - obcasy jej sandałów na rzemyki wywiercały kwadratowe dziurki w śniegu. W pierwszej chwili jej nie poznałam, nie myślałam o niej przez wiele lat, istniała na marginesie mojej świadomości, dobrze znana i oczywista niczym blizny po małych rankach dzieciństwa i podobnie jak one niewarta uwagi. Musi marznąć, pomyślałam, otulając się jeszcze szczelniej kołnierzem, nie ma nawet pończoch. W tej samej chwili stanęła przede mną, spojrzałyśmy na siebie.

-?Marie - zapytałam - to naprawdę ty?

Wykrzywiła się.

-?Mary - powiedziała - czy to naprawdę ja?

-?MaryMarie - zapytał stłumiony głos - nie położysz się?

Przy moim krześle przykucnęła pielęgniarka, delikatnie gładziła mnie po ramieniu. Młoda blondynka w niebiesko-białym stroju. Świeża jak jabłuszko. Przez chwilę jej się przyglądałam, potem przesunęłam czubkiem języka po zębach. Pokrywała je warstwa czegoś dziwnego. Kiedy ostatnio je myłam? Nie mogłam sobie przypomnieć. Kiedyś.

Pielęgniarka miała na piersi małą tabliczkę z imieniem. Jennifer. Cześć, Jennifer, pomyślałam. Podobałabyś się Sverkerowi. Szkoda, że nie może cię poznać. A właściwie to bardzo dobrze. Niesamowite szczęście zarówno dla ciebie, jak i dla mnie.

Jennifer przekrzywiła głowę, usiłując się uśmiechnąć.

-?Potrzebujesz snu, MaryMarie. Nic się nie polepszy od tego, że i ty zachorujesz.

Oklepane zdanie, które - jak większość zdań tego typu - zawierało prawdę. Nic by się nie polepszyło, gdybym i ja zachorowała. Z drugiej strony, nic by się też nie pogorszyło. Na jedno wychodzi.

Kilka sekund czekała na odpowiedź, a kiedy ta nie nadeszła, zaczęła mnie namawiać bardziej zdecydowanie.

-?Słuchaj - powiedziała. - Mamy wystarczająco dużo pacjentów na tym oddziale, nie potrzebujemy więcej... Teraz wstaniesz, a ja zaprowadzę cię do łóżka.

Wzięła mnie pod ramię i postawiła na nogi. Gwałtowna zmiana pozycji sprawiła, że zakręciło mi się w głowie, ale nie stawiałam oporu. Przez kilka chwil stałam bez ruchu z zamkniętymi oczami i czekałam, aż podłoga przestanie wirować, potem wyślizgnęłam się pielęgniarce. Nie potrzebowałam pomocy. Mogłam iść sama. Dodatkowe łóżko było zresztą blisko, wystarczyło kilka kroków, żeby do niego dojść.

Kiedy się położyłam, poczułam zmęczenie w całym ciele. Bolały mnie plecy. Kark też był obolały. Mimo to wiedziałam, że nie zasnę. Kiedy Jennifer nakrywała mnie żółtą pikowaną kołdrą, schwyciłam jej fartuch. Tyle że straciłam zdolność mówienia, w ciągu ostatniej doby byłam w stanie wypowiedzieć zaledwie jedno słowo, a to nie starczyło, by wytłumaczyć, że chcę coś na sen. Na przykład pigułkę. Albo strzał prosto w czoło. Nie mogłam powstrzymać tylko tego jedynego słowa, wytaczało się z moich ust jak małe jajeczko. Bez udziału woli.

-?Albatros?

W oczach Jennifer mignął strach, ale szybko go odpędziła. Nie ma się czego bać. Jako świeżo upieczona dyplomowana pielęgniarka wiedziała, jak radzić sobie zarówno z wariatami, jak i z ludźmi w stanie szoku. Nie zdążyła jeszcze zdecydować, do jakiej kategorii mnie zaliczyć, ale nie miało to aż takiego znaczenia, sposób traktowania był i tak jednakowy. Życzliwie, lecz zdecydowanie. I oczywiście spokojnie. Tylko niewzruszony spokój.

-?Już dobrze - powiedziała.

Nie zrozumiała. Przede mną kolejna bezsenna noc. Westchnęłam.

-?Westchnij, serce moje, ale nie pęknij - wyrecytowała Jennifer. - Ten, kogo kochasz, jest obojętny.

Zamrugałam. Co?

Można to było lepiej sformułować, ale i tak wystarczyło. Do Jennifer dotarło, co powiedziała. Przysłoniła usta dłonią i wytrzeszczyła oczy.

-?Przepraszam - dodała po chwili - bardzo mi przykro. Jakoś mi się wyrwało. Moja babcia zawsze mówiła ten wierszyk, kiedy ktoś westchnął... Nie miałam nic złego na myśli.

Człowiek peszy się tak tylko wtedy, gdy zorientuje się, że niechcący powiedział prawdę. Ten, kogo kochasz, jest obojętny. Jakbym nie wiedziała. Jakbym nie wiedziała tego od zawsze. Pokręciłam głową, żeby ją uspokoić. Nic się nie stało.

Wychodząc, zgasiła lampkę przy moim łóżku. Zdziwiłam się. Jak zorientuje się w tych wszystkich przewodach i aparatach, jeśli w pokoju będzie ciemno? Z drugiej strony, nie była to kompletna ciemność, później to zauważyłam. Latarnie na zewnątrz przekształciły okno w szary prostokąt pośrodku ciemności. Obok łóżka Sverkera, ponad przyrządami i panelami kontrolnymi, unosiła się jasna smuga. Czerwone i zielone światełka. I jeszcze mały zielony punkcik, kołyszący się rytmicznie na czarnym monitorze. Uderzenia jego serca.

On żyje, wyszeptał głos wewnątrz mnie. Jeszcze żyje.

Niemo przytaknęłam ciemności. Miała rację. Jeszcze żył.

możliwe noty (I)

SZTOKHOLM (depesza TT). Szwed z ciężkimi obrażeniami ciała został znaleziony nocą z czwartku na piątek we Vladista. Policja podejrzewa, że spadł albo został wyrzucony z okna kilkupiętrowego budynku. Niektóre symptomy wskazują na to, że przed upadkiem mężczyzna został pobity. Znaleziony był ponadto mocno przemarznięty - miał na sobie jedynie bieliznę.

Szweda znalazła idąca do pracy pielęgniarka, która dopilnowała, żeby został przewieziony do szpitala. Lekarze twierdzą, że jego stan jest krytyczny.

Mężczyzna razem z dwoma kolegami przebywał w podróży służbowej we Vladista. Wszyscy trzej mieszkali w hotelu w innej części miasta. Koledzy twierdzą, że nie wiedzą, jak mężczyzna znalazł się na miejscu wypadku. W czwartek koledzy mężczyzny powrócili do Szwecji.

,,Dagens Nyheter", 1 grudnia 1997

Zagadkowy zgon

w szpitalu Karolinska

,,Dagens Nyheter", 16 grudnia 1997

Dlatego go zabiłam

Spowiedź mściwej żony

,,Expressen", 10 stycznia 1998

Kłamaliśmy. Przecież tak naprawdę nie opłakiwaliśmy Sverkera.

Kiedy nawzajem próbowaliśmy sobie tłumaczyć, co się stało, drżały nam głosy. Nie rozumieliśmy. To była zagadka. Bądźmy jednak ze sobą szczerzy. To nie Sverkera było nam żal. Nie jego. Płakaliśmy nad sobą, nad samotnością, która nas czekała.

Pozostaje zatem stwierdzić, że w zasadzie nie byłam ani odrobinę zdziwiona tym, co dało początek owemu łańcuchowi nieszczęść. Sverker zawsze miał wyraźną skłonność do dziwek. A ty...

Brudnopis listu od Sisseli Oscarsson

13 stycznia 1998 (nigdy niewysłany)

ciężka próba

Kiedy dotarli do ambasady, schowała się w toalecie.

Najpierw nie zapaliła nawet światła, stała tylko bez ruchu, w ciemności, z czołem przytkniętym do kafelków. Może miała zamknięte oczy, nie wiem, wystarczy, że wokół niej panowała taka ciemność jak wokół mnie. Ciemność uspokaja. Daje pociechę.

Pragnęła też ciszy, ale nie mogła nie słyszeć głosów innych gości. Z drugiej strony, nie miało to większego znaczenia, ten stłumiony gwar dobrze wychowanych głosów. Mogła go znieść. Gdyby tylko dało się przez chwilę odpocząć w ciemności, przeszłoby jej to kłucie w języku i lekkie drętwienie prawej ręki. I jeszcze ból głowy, czyhający nad prawym okiem.

Tak, były znaki ostrzegawcze, chociaż nie chciała tego uznać. Nie żeby miało to dla mnie znaczenie. Mary zawsze uwielbiała swoje iluzje, a ja najlepiej czułam się z nią właśnie wtedy, gdy je w sobie pielęgnowała. Już parę lat temu Mary przekonała siebie samą, że jest bezpieczna, a to, co kiedyś stało się z jej umiejętnością mówienia, już się nie zdarzy, nawet nie może się zdarzyć. Przeszłość była czymś, co jakoś zniosła, co minęło, zostało przeżyte, odeszło. Teraz wszystko jest inaczej. Ona jest inna. Kłucie i drętwienie nie mają więc specjalnego znaczenia, a ból głowy, no tak, może dałoby się go wytłumaczyć tym, że w czasie lotu nad Bałtykiem H?kan Bergman siedział w tym samym samolocie co ona. Nie żeby to zauważyła, zwróciła na niego uwagę dopiero wtedy, kiedy już wstała po wylądowaniu. Siedział w rzędzie za nią i wyglądało na to, że cierpliwie czeka na swoją kolej. Nie śpieszył się, wyglądał na bardzo zadowolonego z sytuacji. Pani minister i jej świta mogli spokojnie zbierać swoje papiery i teczki. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, uśmiechnął się lekko do Mary i kiwnął jej ręką.

-?Cześć, Mary - powiedział stłumionym głosem. - Jak się czujesz z powrotem tutaj?

Mary udała, że nie słyszy, odwróciła wzrok i skoncentrowała się na wkładaniu płaszcza. Czuła, że H?kan nie spuszcza z niej wzroku.

-?Do zobaczenia na konferencji - dodał. - Jestem ciekaw twojego przemówienia. Bardzo ciekaw.

Mrugam i otwieram oczy, znowu czuję się w pełni sobą. Ciemność wcale nie jest taka nieprzenikniona, teraz to widzę. Reflektory na zewnętrznym ogrodzeniu sprawiają, że noc wydaje się szara, tak jakby zaraz miało świtać. Jest bardzo cicho, ale jeśli człowiek uważnie się wsłucha, okazuje się, że ciszę wypełniają dźwięki. Gumowe podeszwy szepczą coś do linoleum. Brzęczą klucze. Jakieś głosy mruczą, kiedy Rosita już po raz trzeci tej nocy zostaje wypuszczona do toalety. Od czasu do czasu słychać ostry, cichy dźwięk z sąsiedniej celi, w której siedzi Anastasia. Płacze czy śpiewa w swoim języku? Nie potrafię powiedzieć.

Już jutro wszystko to będzie poza moim zasięgiem. Wspomnienie, do którego nie da się dotrzeć. Być może kiedyś nie będę nawet pewna, czy to prawda, czy naprawdę zdarzyło się tak, że ja, Marie Sundin, córka Herberta i Renate, kiedyś żona Sverkera, poza tym redaktor naczelna i członkini Klubu Bilardowego Przyszłość, spędziłam przeszło sześć lat w więzieniu Hinseberg. Skazana za morderstwo.

Ciągle nie mogę w to uwierzyć. To już ostatnia noc w więzieniu, a ja wciąż nie mogę w to uwierzyć.

Dużo bardziej prawdopodobne byłoby, gdyby życie podążyło swoim ustalonym torem, gdybym po okresie zagubienia i rozpaczy, a następnie terapii i wielkich porządków psychicznych, zdecydowała się na lojalne przetrwanie w małżeństwie. Być może pogrążyłabym się w pracy i moja kariera nabrałaby przyśpieszenia, przecież już wtedy, gdy to się stało, moje nazwisko stale wymieniano w dyskusjach na temat nowych ministrów. Owszem. I tak to się mogło potoczyć. Gdybym tamtego razu nie uniosła ręki, gdybym nie schwyciła tamtego kabla i go nie szarpnęła, byłabym dziś kimś innym. Na przykład kobietą, która stoi z czołem przyciśniętym do kafelków w toalecie ambasady, gdzieś w świecie, panią minister, która wykradła sobie chwilę samotności przed wszystkimi czekającymi ją tego dnia obowiązkami. Oczywiście każda minuta jest zaplanowana. Najpierw lunch w ambasadzie. Następnie wyjazd na konferencję. Ceremonia otwarcia. Przemówienie pani minister. Inne przemówienia. Wyjazd do hotelu. Zmiana ubrania. Kolacja w ratuszu w mieście, którego nazwy naprawdę przez chwilę niepodobna sobie przypomnieć...

Myślę, że pamięć Mary naprawdę nie działa tak, jak powinna, i że budzi to jej niepokój. Sądzi, że to jej wina, że ma związek z faktem, iż celowo usiłowała wyplenić z siebie wspomnienie tamtego dnia przed siedmiu laty, kiedy to na progu jej gabinetu nagle stanęła Anna, ta, która całe jej życie podzieliła na Przed i Po. Wprawdzie Mary nauczyła się marszczyć twarz w wyrazie stonowanego smutku, kiedy ktoś wspomina o tamtym dniu, ale to tylko gra, udawanie. Tak naprawdę nawet nie słyszy, co ludzie mówią, słowa tracą swoje znaczenie na długo przedtem, nim dotrą do jej błon bębenkowych. Tak samo zdecydowanie odpycha własne myśli. Dopiero po paru latach zorientowała się, że decyzja ta ma swoją cenę. Wcześniej mogła zaglądać do przeszłości, kiedy przyszła jej na to ochota, teraz drzwi do niej są zamknięte. Mary nie może już uczynić nudnego zebrania bardziej znośnym dzięki wspominaniu Midsommar z Klubem Bilardowym Przyszłość, nie słyszy już śmiechu i głosów innych, nie przypomni sobie, jakie to uczucie, kiedy późno w nocy wtulasz policzek w kłujący wełniany sweter, nie wiedząc nawet, nie dbając wręcz o to, czy nosi go Magnus, Torsten, czy Per. Straciła zresztą nie tylko wszystkie święta Midsommar. Dzieciństwo, dorastanie, praca i pierwsze lata ze Sverkerem nie są już wspomnieniami, jedynie suchą wiedzą. Wie, że wychowywała się w białym domu, że matka ochrzciła ją Mary, ale ojciec nazywał Marie,

i że jeszcze jako nastolatka bawiła się, że ma dwa życia, że istnieje jakieś drugie ja, które budzi się, kiedy ona zasypia, i zapada w sen, kiedy ona się budzi. Wie też, że jej matka zginęła w wypadku samochodowym, tuż po tym, jak Mary skończyła dwadzieścia cztery lata, a ojciec, który w tym samym wypadku uległ ciężkim obrażeniom, żył jeszcze cztery lata. Ale tego nie pamięta. Puste słowa. Całe jej życie zamieniło się w słowa.

Chociaż może wszystko dąży ku lepszemu. Dziś rano obudził ją niepokój, że nie pozna Pera, kiedy się znów spotkają. Pomimo wysiłków nie mogła sobie przypomnieć, jak on wygląda. Pozostał tylko opis: blondyn, niebieskie oczy. Martwiła się niepotrzebnie; kiedy jej delegacja weszła do pokoju VIP-ów na lotnisku, nie miała wątpliwości. Mężczyzna w głębi pomieszczenia, w rozpiętym palcie i z rękami założonymi na plecach to na pewno Per. Zmienił się. Nadal ma gęste włosy w kolorze zboża, ale od ostatniego razu spuchła mu twarz i zwęziły się oczy. Dużo whisky, pomyślała. Dużo whisky i ciągnące się po nocach rozprawy karne. Uporczywie się jej przyglądał, ale nie zrobił kroku. Miało to swoje znaczenie, oboje o tym wiedzieli, jako ambasador powinien stać tuż przy drzwiach i powitać ją pierwszy. Być może stanowiło to jeszcze jedną karę, dość niezręczną i spóźnioną, za to, że zobaczył, jak razem z Torstenem pływają nago w jeziorze Hästerumssjön podczas ostatniej nocy Midsommar z Klubem Bilardowym Przyszłość.

-?MaryMarie - powiedział, kiedy do niego podeszła.

-?Per.

-?Dawno się nie widzieliśmy.

-?Tak.

-?Gratuluję nominacji na ministra.

-?Dziękuję.

-?A jak tam Sverker?

-?Ani lepiej, ani gorzej.

-?Niech to szlag.

-?Tak.

-?Naprawdę, niech to szlag.

-?Tak.

-?To jedziemy?

-?Tak.

Ktoś chrząka dyskretnie w korytarzu przed drzwiami toalety i Mary zaczyna się śpieszyć. Obmacuje ścianę w poszukiwaniu kontaktu. Za chwilę stoi już, mrużąc oczy oślepione halogenową żarówką. Albatros, przelatuje jej przez myśl, chociaż sama nie rozumie, o co jej chodzi. Rozgląda się wokół. Stylowa mała toaleta w ambasadzie: na ścianach kafelki z bordiurą kontrastują ze zgrzebną elegancją płytek podłogowych. Ktoś - być może Anna - próbował zmiękczyć wrażenie tej surowej nowoczesności: przy umywalce rozłożono pastelowy wachlarz gościnnych ręczników, ale niewiele to pomaga. Blada twarz w lustrze nie czyni obrazu cieplejszym. Jest zbyt niewyraźna. Rozmazuje się. Trudno ją zobaczyć i opisać.

Mary nie wierzy już własnemu odbiciu. Czasem widuje w gazetach swoją twarz, która nie przypomina niczym tej z lustra w łazience. Twarz z gazety ma wąskie wargi i podejrzliwe spojrzenie, podczas gdy ta z lustra uśmiecha się niemal dziewczęco, a wokół jej oczu pełno zmarszczek od śmiechu. Mary bardzo nie lubi twarzy z gazet, tak bardzo, że poinformowała własną sekretarz prasową, że w wycinkach, które lądują na jej biurku, nie może być zdjęć jej samej. Zorientowała się, że w ministerstwie krążą plotki na ten temat. I dobrze. Nie ma nic przeciwko temu. Byłoby gorzej, gdyby wyszło na jaw, że przestała już czytać gazety codzienne, że nie jest nawet w stanie ich otworzyć. Prawda jest taka: nie lubi patrzeć na swoje wydrukowane nazwisko. Od paru miesięcy bazuje tylko i wyłącznie na wiadomościach radiowych. Tak dalej być nie może, zdaje sobie z tego sprawę, ale nie wie, co poradzić.

Kolejne chrząknięcie. Mary szybkim ruchem wyjmuje z torebki szminkę, maluje górną wargę i przyciska do dolnej, przeczesuje dłonią włosy, odkręca kran. Kiedy leci woda, Mary liczy sekundy, tysiąc jeden, tysiąc dwa, tysiąc trzy, na razie nie sięga po mydło. Nie musi myć rąk, ale człowiek za drzwiami nie może tego wiedzieć, więc Mary komponuje dla niego odgłosy, które towarzyszyłyby myciu. W ten sposób unikniemy dyskusji, myśli. Jakby za drzwiami stała Renate, gotowa do interpretowania, oceniania i krytykowania postępowania córki. Oczywiście, to nie ona. Renate od ponad dwudziestu pięciu lat jest prochem. To Anna. Kiedy drzwi się otwierają, cofa się o krok i rozkłada ramiona.

-?MaryMarie! - woła. - Jak dobrze cię widzieć.

Kiedyś Anna była sekretarzem prasowym Ministerstwa Spraw Zagranicznych i to ona powiadomiła wszystkich, co przydarzyło się Sverkerowi. Wcześniej należała do kręgu przyjaciół i w związku z tym - ta myśl przemyka gdzieś w tyle głowy Mary - z całą pewnością była obiektem uwodzicielskich sztuczek Sverkera, przynajmniej przez jakiś czas. Być może Sverker odniósł nawet sukces. Nie żeby Anna lub on kiedykolwiek zostali na czymś przyłapani, istnieją tylko poszlaki, które nie stanowią wystarczającego dowodu. Przynajmniej nie dla Mary. Spojrzenia się nie liczą. Ani przelotna pieszczota, kiedy mijające się w drzwiach osoby myślą, że nikt ich nie widzi. Mogła być przecież zwykłym przyjacielskim gestem. Teoretycznie.

Anna jest nadal pulchna i tak jak kiedyś ma oczy wiewiórki, ale coś się w niej zmieniło. Nie chodzi tylko o to, że na szyi zaczęły już odciskać swoje ślady lata, ale także o coś nowego w sposobie bycia, coś, co ma niewiele wspólnego z Anną, którą Mary pamięta z Klubu Bilardowego Przyszłość. Nie ma już tamtej zdecydowanej idealistki z potarganymi włosami. Stoi przed nią wyjątkowo zadbana żona ambasadora, z fryzurą na pazia, w marynarce z aksamitnym kołnierzem. Nareszcie okiełznana, myśli Mary, odpychając cień tęsknoty, który przez nią przemyka. Anna była częścią jej dawnego życia, do którego dziś tęskni.

-?Och - mówi, rozkładając ramiona - Anna!

Anna nawet pachnie jak żona ambasadora,

Mary czuje ten zapach, kiedy cmokają powietrze obok swoich policzków. Słodko-kwaśny. Cofają się o krok i przez chwilę przyglądają sobie nawzajem, potem Anna przechyla głowę i ścisza głos, nim zada nieuniknione pytanie:

-?Jak Sverker?

Mary wzrusza lekko ramionami.

-?Jest, jak jest.

Anna potrząsa głową.

-?To takie smutne - mówi. - Takie potwornie smutne.

Oczywiście jest tak, jak mówi Anna, właśnie tak o tym trzeba mówić.

Zielone cyferki na starym radiu z budzikiem przy moim łóżku drżą i zmieniają się. Już po trzeciej. Za niecałe cztery godziny przekręci się klucz w zamku. Bardzo dużo wydarzy się rano. Powinnam jeszcze zasnąć. Muszę spać.

Tylko że gdzieś pod moimi powiekami Mary siada przy zastawionym jedzeniem stole w ambasadzie. Oczywiście, posadzono ją po prawej stronie Pera, inaczej byłoby to zbyt wyraźne złamanie protokołu. Najpierw panuje między nimi cisza, potem Mary wciąga głęboko powietrze i zaczyna mówić o budynku, w którym odbędzie się konferencja. Czy to prawda, że kiedyś to był kościół?

-?Tak - odpowiada Per. - W czasach komunizmu przerobiono go na teatr, a teraz stał się obiektem konferencyjnym. Najlepszym, jaki mają. Co w rzeczy samej niewiele znaczy.

-?Więc ty nie jesteś nim zachwycony?

Per odwraca się i udaje, że się jej przygląda, choć w gruncie rzeczy utkwił wzrok w jej lewej skroni. Uśmiecha się.

-?Rzadko mnie coś zachwyca - mówi. - Myślałem, że o tym pamiętasz.

Mary robi zmęczoną minę. Jedna uszczypliwość przyjęta i zarejestrowana. Będzie ich więcej, zdaje sobie z tego sprawę. Kobiecy sukces ma cenę. Sama jest do tego stopnia ukształtowana przez hierarchię dawnych lat, iż łapie się na tym, że ma ochotę przeprosić Pera: Przepraszam. Naprawdę nie chciałam zrobić większej kariery niż ty! Przez sekundę kusi ją nawet, żeby wyznać, iż każdy dzień kończy się dla niej pragnieniem zszorowania ze swojej skóry wstydu. Powstrzymuje się od tych zwierzeń w ostatniej chwili: bez sensu, i tak nie pojąłby, o czym mówi. Nawet Torsten i Sissela, najmądrzejsi członkowie Klubu Bilardowego Przyszłość i jedyni, z którymi miała kontakt w ostatnich latach, nie rozumieją, o co jej chodzi, kiedy próbuje opowiadać im o wstydzie, który ją prześladuje, odkąd została ministrem. Myślą, że ma na myśli niechęć do polityków, a to nie takie proste. Raczej wstyd związany z całą współczesną sferą publiczną, z tym, że od każdej osoby, na którą padnie światło reflektorów, oczekuje się, że w zamian da coś z siebie, coś prywatnego, osobistego, coś głęboko intymnego, ze środka. To warunek, a ten, kto nie jest gotowy mu sprostać, musi pogodzić się, że zostanie uznany za wyniosłego i pełnego pogardy. Rozwiązaniem jest, oczywiście, kłamstwo, fraternizowanie się na niby, cicha zgoda na uproszczenie, na to, że staniesz się człowiekiem, którego całe życie i osoba mogą zostać podsumowane w zaledwie kilku słowach. Minister do spraw pomocy rozwojowej. Niebieskooka blondynka, bardzo obowiązkowa. Niezbyt rozrywkowa, ale - Boże mój - nie można wymagać zbyt wiele.

Po drugiej stronie stołu cały czas słychać głos Anny, unosi się i opada, coraz to zmieniając tonację, podczas gdy Anna rozsypuje pośród gości swoje pytania, komplementy i komentarze. Większość zaproszonych stanowią kobiety, niektóre uderzająco skromnie ubrane, ich spojrzenia z niepokojem krążą wśród stołowych kryształów i sreber.

-?Organizacje pozarządowe - wyjaśnia Per i bierze do ręki szklankę z wodą. Gestem przedstawia jej kobietę siedzącą po lewej stronie.

Mary uśmiecha się i wyciąga rękę. Kobieta ma siwe włosy i szary kostium, jej dłoń jest ciepła i sucha. Per mówi kilka słów w obcym języku, potem znowu odwraca się do Mary.

-?Ta pani jak-tam-ona-się-nazywa jest przewodniczącą Stowarzyszenia na rzecz Osób Zaginionych. Nie zna angielskiego.

-?Ale ty możesz z nią rozmawiać? Znasz język?

-?Tylko kilka fraz grzecznościowych. Anna jest w tym dużo lepsza.

Anna, która obserwuje ich ze swojego miejsca po drugiej stronie stołu, nachyla się teraz w ich kierunku i podkreśla każde wypowiadane słowo, stukając lekko w obrus paznokciem wskazującego palca:

-?Stowarzyszenie na rzecz Osób Zaginionych naprawdę robi dobrą robotę, żebyście wiedzieli. Lepszą niż organy państwowe. Prowadzą własne dochodzenia, zajmują się dziewczynami, które wracają z burdeli w całej Europie, załatwiają dla nich mieszkania, opiekę lekarską i pomoc psychologiczną... A mimo to nie dostają prawie żadnych środków finansowych.

Siedząca obok Anny kobieta kładzie rękę na jej ramieniu i coś mówi, Anna słucha z przechyloną głową, a potem jeszcze raz odwraca się w kierunku Mary i szepcze teatralnie:

-?Wszystkie są krewnymi.

Kobieta obok niej kiwa głową, tak jakby rozumiała, co powiedziała. Ma bardzo duże oczy. Oczy dzikiego zwierzątka w kociej twarzy.

-?Co masz na myśli? - pyta Mary.

Anna ścisza głos, ale każde słowo wymawia bardzo wyraźnie:

-?Straciły kogoś. Wszystkie.

-?Yes - mówi nagle kobieta-kot. - Verloren. Wir haben alle jemand...

Jej głos zamienia się w mamrotanie, przez chwilę kobieta patrzy w stół. Kiedy znowu podnosi wzrok, patrzy prosto w oczy Mary.

-?My son - mówi. - Zwölf Jahre...

Anna przykrywa jej dłoń ręką. Podwójny gest, pocieszający i uciszający zarazem.

-?Cztery lata temu straciła swojego synka... Miał dwanaście lat.

-?Jak to straciła?

-?Był na dworze, bawił się... I zniknął. Po prostu go nie ma.

Kobieta-kot pochyla się do przodu. Jej brązowe oczy błyszczą.

-?Wir reden nimmer - mówi. - Never. Ever.

Anna zerka szybko na Pera, a potem zniża głos:

-?Jej mąż nie chce o tym mówić. Zachowuje się tak, jakby chłopiec nigdy nie istniał. Nie chce wymawiać jego imienia...

Kobieta-kot kładzie obie dłonie na białym obrusie i słucha z uwagą, wygląda, jakby zamierzała wstać, ale zatrzymuje się w pół drogi i zamiast tego przykłada prawą rękę do piersi.

-?Er lebt! - mówi. - I can feel it. In here!

Jej głos przecina stłumiony gwar. Zapada cisza, wszystkie spojrzenia kierują się w jej stronę. Sama zdaje się tego nie zauważać, siedzi bez ruchu, z błyszczącymi oczami i ręką na piersi. Mary odwraca wzrok, nagle zawstydzona w imieniu kobiety i zawstydzona tym, że się za nią wstydzi. To nie jest świat, w którym wolno obnażać swoje rany, to świat, w którym mówi się o swoim smutku ściszonym głosem, nie patrząc

nikomu w oczy. O ile w ogóle się o nim wspomina, o ile nie pochowało się tego smutku tak głęboko, że nie da się go już dosięgnąć.

Per zastygł w bezruchu, ale teraz unosi już kieliszek, rzucając szybkie spojrzenie w kierunku Anny. Wszystko wskazuje na to, że tego wieczoru czeka ją sypialniana rozprawa karna. Per uzna, że wyskok kobiety-kota to jej wina. Czy nie powinna być na tyle rozsądna, by nie sadzać tej niezrównoważonej osoby w pobliżu MaryMarie? Nie mogła się domyślić, że doprowadzi to do jakiejś żenującej sytuacji?

Wiele razy słyszałam, jak Per prowadzi sypialniane rozprawy karne. Kiedy byliśmy bardzo młodzi, każdej nocy świętojańskiej słuchaliśmy ze Sverkerem, jak Per strofuje Annę w pokoju obok. Najczęściej chodziło o innych mężczyzn, o to, że Torsten szepnął jej coś do ucha, a Magnus pogłaskał ją po karku podczas tańca. Jednak czasem to Anna była niemożliwa, za dużo się śmiała, za głośno mówiła albo siedziała cicho z nadętą miną. Tak czy owak, Per musiał się za nią wstydzić. Zawsze musiał się wstydzić za Annę.

Nie żeby było to widoczne. W obecności innych ludzi Anna i Per zamieniali się w parę idealną. Już jako dwudziestolatka Anna do perfekcji opanowała sztukę wsuwania ręki pod ramię Pera i opierania policzka na rękawie jego marynarki w sposób, który wyrażał wzruszającą ufność, podczas gdy on, jakby w przypływie czułego roztargnienia, przesuwał wargami po jej włosach. Zajęło mi to niemal dziesięć lat - zrozumienie, że ci dwoje to tak naprawdę wrogowie, którzy ścierają się i pojedynkują ze sobą, że toczy się między nimi ukryta walka - walka, w której bronią są szybkie spojrzenia, rzucane kątem oka, i niemal niewidoczne grymasy twarzy. Kiedy Per mówi o potrzebie realistycznej szwedzkiej polityki zagranicznej, Anna z pogardą wygina wargi - dlaczego Perowi wydaje się, że ludziom imponuje jego tani cynizm? Kiedy Anna opowiada o artykule na temat różnych zbrodni przeciw prawom człowieka, Per unosi brwi i spogląda w bok. Politycznie poprawna bigoteria jest czymś żenującym. Niesamowicie żenującym.

Anna rzadko odzywała się, kiedy Per wygłaszał swoje sypialniane monologi, przez cienką ścianę docierał do nas jedynie jego głos.

-?Może Anna śpi - powiedziałam kiedyś do Sverkera. - Albo czyta książkę.

Wracaliśmy właśnie do domu po obchodach Midsommar. Sverker prowadził.

Jeszcze nic się nie stało. Jeszcze nie zaczęło się dziać.

-?Nie - odpowiedział Sverker. - Nie śpi. Przecież potem uprawiają seks.

Nie zwróciłam na to uwagi, ale rzeczywiście następnego roku, w Midsommar, usłyszałam, że to prawda. Sypialniana rozprawa karna zakończyła się chwilą rytmicznego skrzypienia wysłużonych sprężyn. Bardzo krótką chwilą. Poza tym nie było słychać nic, żadnych głosów, stłumionych krzyków pożądania lub bólu, żadnych jęków ani stęknięć. A mimo to następnego rana Anna opierała głowę na ramieniu Pera i głaskała jego ramię w sposób, który miał chyba wyglądać na sensualne przypomnienie o rozkoszach nocy.

-?Może czyta tę książkę także wtedy, kiedy uprawiają seks - zauważyłam w drodze do domu.

Sverker nie odpowiedział. Bardzo długo było między nami cicho.

Anastasia już nie śpiewa. Ani nie płacze.

Mam nadzieję, że zasnęła, wygląda na taką, której potrzeba dużo snu. Przypomina cień, mały, blady cień z ciemnymi włosami i paseczkiem piegów na nosie. Może jest po prostu niedożywiona, przecież nic nie je. Rano wypija z nami wszystkimi filiżankę kawy, ale wzdryga się i kręci głową, kiedy ktoś wskazuje na koszyk z pieczywem albo sok. Nigdy nie przychodzi na lunch ani na kolację; gdy tylko dowiozą jedzenie na nasz oddział, wślizguje się do swojej celi i zamyka za sobą drzwi. Nikt nie wydaje się zwracać na to uwagi.

Ciekawa jestem, co ona takiego zrobiła?

Pewnie chodzi o jakiś rodzaj przemocy. W Hinseberg starają się oddzielić morderstwa i zabójstwa od kradzieży i przestępstw narkotykowych. Na tym oddziale chyba wszystkie kogoś zabiły. Sporo odsiaduje dożywocie, co oznacza, że przemoc, której się dopuściły, była szczególnie okrutna. Rozwalały czaszki, strzelały między oczy i podrzynały gardła z niezwykłą brutalnością; sprawia to, że osoba, która tylko odłączyła kabel, może czuć się przyjemnie praworządna i normalna.

Trudno mi jednak wyobrazić sobie, że Anastasia kogoś zabiła. Nie tylko dlatego, że jest taka malutka i wiotka, ale także dlatego, że wydaje się zalękniona. Wzrusza ramionami i patrzy w ziemię, jej postawa zdradza, że nawykła do bicia i że nie należy do tych, które oddają. Chociaż nigdy nie wiadomo. Czasami przemoc może zaskoczyć nawet jej sprawcę. Spytaj o to mnie. Albo Mary.

Mary stoi teraz przy francuskim oknie w salonie, odwrócona plecami do innych gości. Migrena nasiliła się, ale Mary nie pozwoli sobie przyznać się do tego. W ostatnich latach z premedytacją wyparła ze

świadomości wszystkie pomniejsze bóle i symptomy, które martwiły ją w młodości. Była wtedy pełną lęku osobą, która często myślała o swojej odporności immunologicznej i zawsze czuła na plecach oddech śmierci; teraz nie dostrzega nawet, że boli ją tak bardzo, że musi zamknąć jedno oko, kiedy ogląda widok na zewnątrz. Jesień rozgościła się już na dobre, ludzie na ulicy pośpiesznie idą w mżawce, a drzewa zaczęły się żółcić.

-?To bomby - mówi Anna za jej plecami.

Mary odwraca się i marszczy czoło, Anna z uśmiechem podaje jej filiżankę kawy.

-?Fakt, że jest tu tyle parków - wyjaśnia - ma związek z bombardowaniami w czasie drugiej wojny światowej. Zniszczone dzielnice przerobiono na parki... Dlatego miasto jest dziś takie zielone.

-?Dobrze ci tutaj?

Anna wzrusza ramionami.

-?No cóż. Zawsze lepiej tu niż w Islamabadzie.

-?Jak długo tu jesteście?

-?Rok.

-?Czyli zostały wam trzy.

Anna znowu wzrusza ramionami, ale nie odpowiada. Zapada cisza, Mary podnosi do ust filiżankę i wypija łyk.

-?A jak ty się tutaj czujesz? - pyta Anna półgłosem. - Właśnie w tym mieście?

Mary w odpowiedzi wydaje cichy dźwięk. Wie, na co się teraz zanosi, ale nie wie, jak tego uniknąć.

-?Ostatnim razem nie zdążyłaś się przecież rozejrzeć. I, szczerze mówiąc, byłoby dość dziwne, gdybyś wybrała się na zwiedzanie, w czasie gdy Sverker...

Mary najpierw przytakuje, a potem kręci głową, ale sama nie wie, co chce przez to wyrazić. Anna wpatrując się w nią, wypija łyk kawy.

-?Myślę, że jesteś wspaniała - mówi po chwili. - To, że z nim zostałaś. Że się nim zajęłaś. Pomimo wszystko.

Mary spuszcza wzrok, wpatruje się w filiżankę z kawą, nie ma ucieczki.

-?Nie wiem, czy ja dałabym sobie z tym radę - mówi Anna. - Nie sądzę. Chybabym go zabiła.

Mary rzuca jej spojrzenie, które mówi: wystarczy już. Anna tego nie dostrzega, może tylko udaje, miesza w swojej filiżance i mówi dalej:

-?Byłoby inaczej, gdyby chodziło o zwyczajny romans. Rozumiesz, romanse miała większość z nas i większość też musiała je znosić. Ale to... Przepraszam, że to mówię, ale to było takie...

Tanie! Anna nie kończy zdania, ale niewypowiedziane słowo pozostaje pomiędzy nimi. Język Mary wydaje się spuchnięty i obcy, kiedy ona unosi swoją filiżankę, jak gdyby nic jej nie dotknęło, i upija kolejny łyk kawy. Pozostali goście zaczęli już wychodzić, tylko kilku ociąga się w oczekiwaniu na samochody, które zawiozą ich do sali konferencyjnej.

-?Ale ty mu przebaczyłaś i zostałaś - ciągnie Anna, kładąc białą jak alabaster dłoń na rękawie marynarki Mary. - Uważam, że to wspaniałe. Zupełnie fantastyczne.

Mary odsuwa rękę i zerka na swój zegarek.

-?Och - mówi, bardzo starannie artykułując słowa spuchniętym językiem - trzeba się śpieszyć.

To dobra wymówka. Jedyna możliwa do zaakceptowania.

Może to dla tej wymówki Mary zgodziła się zostać ministrem. Ciężka praca i wypełniony kalendarz to skuteczna ochrona przed światem. Mimo to często narzeka na swój przeładowany plan dnia i twierdzi, że brak jej czasu dla innych ludzi. To prawda. W gruncie rzeczy gotowa jest posunąć się bardzo daleko po to, by wykręcić się od swojego życia.

Jednak czasami nie da się uciec. Przed południem w samolocie dosięgło ją dziesięć niczym niewypełnionych minut, pierwszych od kilku tygodni. Najpierw przeglądała kalendarz i zaskoczyło ją, że w poniedziałek ma lecieć do Burundi, potem dwa razy przeczytała swoje przemówienie, poprawiając literówki i błędy stylistyczne, aż dotarło do niej, że tak naprawdę nie ma nic do roboty. Żadnych notatek służbowych do przeczytania. Żadnych problemów do rozwiązania. Żadnego człowieka, z którym trzeba porozmawiać. To ostatnie - w pełni celowo. Kiedy weszły na pokład, przypilnowała, żeby Caroline, jej sekretarz prasowa i nieustająca towarzyszka, usiadła kilka rzędów dalej. W zeszłym tygodniu podczas lotu nad Atlantykiem Caroline trochę wypiła i zaczęła się jej zwierzać. Płaczliwa opowieść o związku, który się właśnie rozpadał, wprawiła Mary w ogromną irytację. Nie ma czasu na sentymentalne bzdury. Jest w końcu ministrem do spraw pomocy rozwojowej.

Jednak teraz siedzi w samolocie i ma przed sobą dziesięć pustych minut. Za oknem świeci słońce nad grubą warstwą chmur, która rozciąga się nad horyzontem. Albatros, myśli, ale odpycha to słowo tak szybko, że niemal nie zdąża go sobie uświadomić. Chciałaby zachować spokój, odpoczywać w nadziei, że świat na dole już nie egzystuje. Nie ma już biedy ani przemocy, żadnych ciemnych zaułków, żadnych kobiet, które nauczono, by sobą pogardzały, ani mężczyzn, którzy zawsze cierpieli na brak wszystkiego. Jedyne, co istnieje, to błękitne niebo i nieskończoność białych chmur. W następnej chwili w jej pamięci błyska jeszcze jeden obraz, widzi Sverkera takim, jakim był przed wózkiem inwalidzkim i respiratorem, dużego mężczyznę o ładnie zarysowanych wargach, wyraźnych brwiach i z uśmiechem w spojrzeniu. Tęsknota uderza ją w plecy jak hak rzeźnika, w samym środku bólu na języku czuje jego imię, leży tam jak jagoda albo inny owoc, na wpół pogryziony, pełen słodyczy. Zaskoczyło ją, kiedy usłyszała swój szept: Ten, którego kochałam. Sverker.

Przewracam się na łóżku i wwiercam głowę w poduszkę. Nie chcę dzielić z Mary wszystkich jej myśli i wspomnień. Zamykam oczy, żeby upłynęła jeszcze jedna godzina z jej życia. Wchodzi teraz do budynku konferencyjnego, obok niej idzie Per. Nie patrzy na nią, w rzeczywistości nie spojrzał na nią ani razu, odkąd wylądowała. Być może to także kara, może naprawdę uważa siebie za Wicenaczelnego Kontrolera Cnoty, tego, który ma prawo, by w imieniu męża przypomnieć niewiernej żonie o jej winie. Idą w milczeniu po marmurowej podłodze w kierunku małej grupy dygnitarzy kraju goszczącego. Kiedy do nich podchodzą, rękę Mary chwyta przysadzisty mężczyzna w ciemnym garniturze, mija chwila, nim ona uświadomi sobie, że to minister spraw socjalnych. Sprawia jej to radość - nareszcie praca, nareszcie może zająć się tym, co bezpieczne i nieosobiste. Uśmiecha się i tłumaczy, że rząd szwedzki naprawdę docenia, iż minister wystąpił z inicjatywą zwołania konferencji. Przecież handel ludźmi, mówi, poprawiając pasek torebki, nie jest problemem jedynie dla tych krajów i rodzin, które tracą swoje córki i synów, to co najmniej w równym stopniu problem krajów, do których trafiają ofiary. Skoro ludzie w Europie uważają, że mają prawo kupować i sprzedawać ludzi, znaczy to, że poszanowanie praw ludzkich jest...

Pstryk! W siatkówkę trafia biała błyskawica i Mary traci wątek, przez chwilę stoi niema i oślepiona, potem przysadzisty pan bardzo ostrożnie bierze ją za łokieć i ustawia tak, by stojąc obok siebie, patrzyli na fotografa. Młody mężczyzna w wytartych dżinsach i z włosami na jeża uśmiecha się i mówi coś w swoim języku, zanim wystrzeli kolejną błyskawicę. Tym razem Mary jest przygotowana, ale i to nie pomaga. Przez niemal pół minuty nie widzi nic poza białymi plamkami, które wpełzły na siatkówkę. Nieprzyjemne uczucie w żołądku przypomina o czymś, ale nie wie dokładnie o czym. Mózg odsłania przed nią jedynie fragment, pamięta, że kiedyś była już tak bezbronna i oślepiona białym światłem, ale nie przypomina sobie, kiedy i jak to się stało. Nie wie, że potem przez trzy tygodnie mogła powiedzieć tylko jedno, jedyne słowo - kompletnie bezsensowne, które nie miało nic wspólnego z czymkolwiek w jej życiu. Albatros! Dlaczego miałaby pamiętać? Lekarze powiedzieli, że to zjawisko jednorazowe, reakcja organizmu na traumatyczne przeżycia. Tamto nie ma nic wspólnego z jej dzisiejszym życiem. Przykre uczucie musi mieć związek z twarzą, która wypełnia nagle całe niemal pole jej widzenia, kiedy odzyskuje wzrok. H?kan Bergman staje zawsze odrobinę za blisko ludzi, z którymi rozmawia.

-?Nie odpowiedziałaś mi - mówi.

Przysadzisty minister do spraw socjalnych puszcza ramię Mary i mrucząc coś, odwraca się do innych gości. W foyer tłoczą się ich setki, ale Mary zostaje sam na sam z H?kanem Bergmanem. Kiedyś byli kolegami. Kilka lat później została jego szefową. Teraz wpatrują się w siebie, stojąc na posadzce z dużych marmurowych płyt.

-?Słucham?

Mary odchyla się trochę do tyłu, ale to nie pomaga. Bergman podąża za nią.

-?Nie odpowiedziałaś na moje wcześniejsze

pytanie.

-?Jakie pytanie?

-?Co to za uczucie być tu z powrotem?

Mary odwraca wzrok, ale tylko na chwilę.

-?Dziękuję. Dobre.

Mężczyzna unosi brwi.

-?Dobre?

-?Tak.

-?Czy mogę tę odpowiedź zacytować?

To groźba. Bez wątpienia. H?kan Bergman upatrzył sobie blond włosy Mary Sundin, chce je uczepić u paska razem z innymi skalpami. Podkupiła go inna popołudniówka, a Mary nie jest już dziennikarką, więc nie może liczyć na koleżeńską lojalność innych reporterów, tę samą, która uratowała Sverkera i ją siedem lat temu. Przez sekundę ma wrażenie, że widzi rozkładówkę, którą planuje H?kan. Czarne tytuły. Zdjęcie uliczki, na której znaleziono Sverkera. Drugie przedstawia ją samą na mównicy. Trzecie zdegustowanego ministra spraw socjalnych. (Tytuł: Nie wiedziałem... )

Z drugiej strony, nie jest aż tak zaskoczona. Zawsze wiedziała, że ten dzień nadejdzie, chociaż oczywiście miała nadzieję, że egzekucję poprowadzi ktoś inny niż H?kan Bergman. On też ma swoje słabe punkty. To obłudny wegetarianin, który napycha się mięchem, gdy tylko z pola widzenia zniknie jego żona. Ponadto prywatne finanse H?kana stanowią temat do żartów we wszystkich sztokholmskich redakcjach. Pożyczenie mu pieniędzy jest jednoznaczne z wyrzuceniem ich do jeziora. Szkoda nawet wspominać o tamtej historii, kiedy zużył dodatek na podróże w wysokości trzydziestu tysięcy koron, nie przywożąc do domu ani jednego kwitka. Dostał potem upomnienie na piśmie. Być może ma nadzieję, że Mary o tym zapomniała. Nie zapomniała. Dlatego przekrzywia teraz głowę i uśmiecha się dosyć ufnie.

-?Myślisz, że postaram ci się w tym przeszkodzić?

H?kan nie odpowiada, ale wyjmuje z zamszowej kurtki notatnik.

-?Ciekawi mnie, co myślisz o poławiaczach.

Mary uśmiecha się jeszcze łagodniej.

-?Doszło chyba do jakiegoś nieporozumienia, H?kan. To nie jest konferencja na temat pereł, tylko na temat handlu ludźmi.

H?kan zastyga z długopisem w powietrzu, ale tylko na chwilę.

-?Fajnie, że nie opuszcza cię poczucie humoru. To naprawdę sztuka, gdy się weźmie pod uwagę, że... Miałem jednak oczywiście na myśli poławiaczy zmysłowych wrażeń, amatorów dziwek. Klientów prostytutek, mówiąc innymi słowy.

Język w jej ustach przypomina zwierzę. Obce zwierzę. Ale Mary nie może bełkotać, musi starannie wypowiadać każde słowo.

-?Oczywiście, rozumiem, co masz na myśli, H?kan. Naturalnie. Poczekaj sekundę, to poproszę sekretarz prasową, żeby dała ci egzemplarz mojego przemówienia...

H?kan obnaża zęby w czymś, co mogłoby być uśmiechem.

-?No, wolałbym bardziej osobisty komentarz. Coś na temat twoich własnych doświadczeń. Bo domyślam się, że w przemówieniu nie zamierzasz wspomnieć o swoim mężu...

Albatros! To słowo znowu w niej narasta; Mary musi mocno zacisnąć wargi, żeby się nie wymknęło.

-?No, co na to powiesz?

Kręci głową, nie ma odwagi zaufać zwierzęciu w swoich ustach.

-?Nie zamierzasz - mówi H?kan Bergman. - Szkoda. Wydaje mi się, że miałoby duże znaczenie, gdybyś była gotowa nareszcie opowiedzieć o tej sprawie. W tonie osobistym. Po ludzku.

H?kan milknie i przerzuca kartki notatnika.

-?I jeszcze jedna rzecz - dodaje po chwili. - Słyszałem, że należysz do stowarzyszenia o nazwie Klub Bilardowy Przyszłość?

-?Ja? - pyta Mary. - Nie. Nie gram w bilard.

Sama słyszy, jak to brzmi. Jakby była wstawiona. Nie głam w biiłald... H?kan Bergman też to usłyszał, unosi brwi, ale nie komentuje jej bełkotu.

-?Dziwne - mówi za to - słyszałem, że jesteś członkiem tego klubu.

O, Mary, Mary, Mary. Ty głupia, ty! Dlaczego skłamałaś?

Dziennikarzom się nie kłamie. Szczególnie H?kanowi Bergmanowi, który uwielbia demaskować i rzucać na kolana kłamców, obnażając światu ich szkodliwość. Nie robi tego z miłości do prawdy, po prostu uwielbia triumfować. Mary powinna o tym wiedzieć. Przecież przez długie sześć lat była jego redaktor naczelną.

Poza tym Klub Bilardowy Przyszłość nie jest żadną tajemnicą, nie ma powodu, by ukrywać jego istnienie. To tylko grupa przyjaciół, wiele lat temu stworzona przez siedmioro licealistów, z których każdy był regionalnym zwycięzcą w wielkim konkursie na wypracowanie Rządy ludu i przyszłość; grupa, która z czasem została wzmocniona przez małżonków i małżonki. Działalność? Wszystko, co czyni życie przyjemnym. Wszystko z wyjątkiem bilardu.

Brakuje mi ich. Chciałabym, żeby wciąż mogli się spotykać, żeby Sissela nadal organizowała szampańskie sylwestry i żeby Maud co roku w Midsommar nakrywała stół obok pomostu. Chciałabym tego, chociaż rozumiem, że ja sama już nigdy nie będę mogła uczestniczyć w ich spotkaniach. Nikt z nich nie przyszedł na moją rozprawę, nawet Torsten i Sissela. Nikt nie odwiedził mnie w więzieniu, nie wysłał jednej pocztówki ani kartki na święta przez wszystkie te lata. Mimo to nadal myślę o nich jak o przyjaciołach. Moich i Mary.

Stare przyjaźnie są jak stare małżeństwa. Pomagasz drugiemu w potrzebie, choćbyście nawet przed chwilą patrzyli na siebie wilkiem i powarkiwali. Dlatego Mary zostaje uratowana przez Pera, który cały czas stał z boku, przysłuchując się jej rozmowie z H?kanem Bergmanem. Per materializuje się obok Mary i z ujmującym uśmiechem otacza ją ramieniem, w geście, który jest zarazem przyjacielski i pełen szacunku. Ładnie pachnie mydłem i męskością.

-?Niestety - mówi. - Musimy państwu przerwać. Za dwie minuty rozpoczyna się ceremonia otwarcia.

Przez kilka sekund Mary pozwala mu się wspierać, potem prostuje plecy i powściągliwie kiwa głową w kierunku Bergmana. Per ma rację. Pani minister nie ma czasu.

Sala konferencyjna jest ciemniejsza, niż Mary się spodziewała. Musi kilka razy zamrugać, żeby móc dojrzeć złoto i rysunki na suficie. Staje przed drzwiami i odchyla głowę do tyłu, ale Per zaraz chwyta ją za łokieć i popycha do przodu, nie ma czasu, muszą się śpieszyć do pierwszego rzędu. W chwili, w której opada na swoje miejsce, przysadzisty minister spraw socjalnych wchodzi na podium i zajmuje miejsce na mównicy. Ma miły głos, niski, ojcowski. Przez sekundę Mary ma ochotę odłożyć słuchawki z tłumaczeniem symultanicznym i słuchać brzmienia tego głosu, ale w ostatniej chwili opamiętuje się. Musi przecież wiedzieć, co powiedział gospodarz, kiedy przyjdzie kolej na nią.

Mary zaczyna rozumieć, że ma talent do polityki. Dziwne, ale nie da się temu zaprzeczyć. Dostrzega otwarte kwestie i możliwości kompromisu, tam gdzie inni widzą tylko konflikty; gdy trzeba, potrafi nieco kantować, a zarazem jest wystarczająco naiwna, by wierzyć, że każdy problem ma swoje rozwiązanie. Poza tym dobry z niej mówca, tak dobry, że czasem pozwala się uwieść własnym słowom. To jej najlepsze chwile.

Jedna z tych chwil zaraz nadejdzie, więc Mary lekko się uśmiecha, siedząc na swoim wyściełanym czerwonym aksamitem krześle. Za nią siedzi jakieś sto osób na takich samych czerwonych krzesłach i już zaraz, za krótką chwilę, będzie miała ich w garści. Będzie stała na mównicy, z wyostrzonymi zmysłami, zarejestruje każdy oddech, każde poruszenie wśród słuchaczy, wszystko, począwszy od lekkiego drżenia niecierpliwości, które przebiegnie przez salon, kiedy przysadzisty minister spraw socjalnych odda jej głos, do głuchej ciszy, która zapadnie, kiedy ona już ich porwie. W teczce ma dobre przemówienie. Nie takie, które traktuje tylko o tym, że ważne jest osiągnięcie jak największej zgodności w kwestii dokumentu końcowego, ale takie, które sprawia, że handel ludźmi staje się czymś żywym, prawdziwym. Opowie o Zuzanie, czternastolatce, którą sprzedano za kilka torebek heroiny, o Annie, której wydawało się, że Piękny Ivan naprawdę ją kocha, i o Daivie, której błąd polegał na tym, że jako autostopowiczka złapała okazję na szosie na Litwie. Wszystkie ostatecznie wylądowały w Szwecji, na jakimś betonowym przedmieściu, zamknięte każda w swojej szarej kawalerce z wyświnionym materacem na podłodze i rolką papierowego ręcznika...

Teraz skończył mówić przysadzisty. Kolej na nią.

Zwraca się do niej Your Excellency. Nadmiar uprzejmości, ponieważ Mary nie jest żadną ekscelencją, ale teraz to bez znaczenia, szykuje się już do wejścia w rolę bycia sobą, i każda mała zachęta to ułatwia. Nagle nie ma śladu po migrenie, a język znowu jest jej własnością. Potrząsa lekko włosami i chwyta swoje notatki, potem wstaje i szybko wygładza spódnicę. Spódnica jest krótka, ale nie przesadnie, Mary włożyła też buty na wysokim obcasie - jest do tego przyzwyczajona, zdecydowanym krokiem wspina się po schodkach na scenę, jeszcze raz się uśmiecha do przysadzistego i szybko potrząsa jego ręką, a potem staje na mównicy i zaciska dłonie na jej brzegu.

-?Excellencies - mówi i spogląda na zebranych. Jej słuchacze są murem ciemnych postaci. - Minister, ladies and gentlemen.

W tej samej chwili zapala się wielki reflektor i Mary stoi teraz sama w morzu światła. Przed oczami wirują białe plamki, widzi je i przez chwilę nie może bronić się przed tym, czego wcześniej w ciągu dnia nie pozwoliła sobie pamiętać. Przecież to było tutaj. To w tym kraju i w tym mieście straciła siedem lat temu zdolność wypowiadania czegoś innego niż to jedno słowo. Przejściowa afazja, orzekli lekarze po jej powrocie do domu. Stan przypominający migrenę, którego ataki wywołuje stres oraz mocne światło. Z ciemnego korytarza weszła do czegoś, co przypominało salę operacyjną, tak, tak to było. Białe kafle na ścianach i podłodze. Białe światło olbrzymiej lampy nad łóżkiem dla pacjentów. Jedno jedyne słowo w krtani: Albatros!

Publiczność zaczyna się wiercić. Mary bardziej to czuje, niż słyszy, dociera do niej, że stała w milczeniu o kilka sekund za długo. Zmusza się do powrotu do teraźniejszości, spogląda na swój rękopis i czyta szeptem pierwszy wers. Zebraliśmy się tu, żeby porozmawiać o niewolnictwie naszych czasów... Ma te słowa na końcu języka. Wciąga powietrze gotowa, żeby zacząć.

-?Albatros! - mówi. - Albatros!

cisze

Miło jest nie móc mówić. Zostawiają człowieka w spokoju. Pozwalają mu pobyć samemu.

Odwołano rezerwację mojego pokoju hotelowego i odpoczywam w domu Anny i Pera. Pokój gościnny to marzenie rodem z Państwowej Agencji Nieruchomości. Na podłodze wełniany dywan w przygaszonej, pastelowej tonacji. Pod ścianą złotawożółte brzozowe biurko. W oknie białe koronkowe firanki. Na zewnątrz pilnuje mnie wielki dąb, gotów bić i dusić gałęziami, jeśli ktokolwiek nieupoważniony - na przykład H?kan Bergman - odważy się zbliżyć do rezydencji ambasadora.

W domu jest cicho, ale wiem, że nie jestem sama. Przed chwilą przysnęłam, lecz obudziły mnie kroki Anny na schodach. Być może zeszła do salonu, żeby się zastanowić, co ze mną zrobić. Nie mogę jechać z powrotem do Sztokholmu wcześniej niż jutro lub pojutrze. Lekarz, który mnie badał, zalecił odpoczynek. Skąd wiedział? Nie mogłam mu przecież nic powiedzieć na temat swojego stanu, jedyne, co z siebie wydobyłam, to szwedzka nazwa ptaka z rodziny burzykowatych, a to nie na wiele się zdało. Był to jednak mężczyzna o przenikliwym spojrzeniu, może

zauważył, że pacjentka gwałtownie potrzebuje ucieczki od swojego własnego życia. Oczywiście, jeśli nie było tak, że wyczytał wszystkie tajemnice mojego mózgu z rozedrganej partytury, którą produkował aparat EEG.

To był ten sam szpital, w którym leżał kiedyś Sverker. Przynajmniej tak mi się wydaje, chociaż wszystko wyglądało inaczej. Teraz pod sufitem wisiały prawdziwe lampy, a nie gołe żarówki, a ściany były świeżo pomalowane, choć nadal widać na nich wszystkie pęknięcia i nierówności. Zaskoczyły mnie jaskrawe kolory: krwistoczerwony sufit i cytrynowożółte ściany, niebieściutkie korytarze i wściekle zielone gabinety zabiegowe. Pokój lekarza był wnętrzem jasnoniebieskiego sześcianu. Akwarium, pomyślałam, siedząc na fotelu dla pacjentów i mrużąc oczy od światła lampy na biurku. Kiedy zorientował się, w którą stronę patrzę, zgasił ją.

Być może był jednym z tych lekarzy, którzy siedem lat temu uratowali życie Sverkera. Oczywiście, nie mogłam go rozpoznać, bo lekarze, którzy w lśniąco białym pokoju stali wtedy wokół jego łóżka, mieli przysłonięte twarze i ze mną nie rozmawiali. Sama też nie zwracałam na nich uwagi, wszystkie rozmowy prowadził z nimi duński lekarz z SOS International. Byłam całkowicie skoncentrowana na Sverkerze, na jego twarzy, która wydawała się twarzą obcego człowieka, i na rękach, które pomimo wszystkich igieł i rurek nadal były takie znajome, takie zwyczajne. Nieświadomie uniosłam jego prawą rękę i dotknęłam nią swoich ust, kręcone włoski na wierzchu dłoni łaskotały mi wargi, przesunęłam językiem wzdłuż palca wskazującego. Poczułam kwaśno-słony smak. Zamknęłam oczy i zobaczyłam ptaka, który szybuje nad szarą wodą, miał białe skrzydła. Albatros, pomyślałam po raz pierwszy, chociaż sama nie rozumiałam, o co mi chodzi. Albatros, albatros, albatros!

Teraz jest mi łatwiej myśleć. Wszystkie słowa są w głowie, nie chcą tylko wydostać się na zewnątrz. Poprzednim razem w środku wirowało od myśli i wspomnień, ale gdy tylko próbowałam połączyć je w ciąg, nadlatywał biały ptak i rozrywał je na kawałki. Może miało to związek z szokiem i z tym, że nie mogłam spać. Teraz nie jestem już w stanie szoku, wręcz przeciwnie, od dawna nie czułam się tak spokojna. Moje ciało pod różowym kocem jest ciepłe i miękkie, co jakiś czas zapadam w drzemkę. Może to dzięki zastrzykowi, który dostałam w szpitalu. Coś na uspokojenie, powiedział Per, kiedy pielęgniarka ukłuła mnie w ramię. Otworzyłam usta, żeby wyjaśnić, że nie trzeba mnie uspokajać, bo naprawdę jestem już całkowicie spokojna, ale zaraz je zamknęłam, uświadomiwszy sobie, co powiem. Przymknęłam oczy, uśmiechnęłam się, kiedy poczułam igłę. Być może, pomyślałam, w przyszłości będę mogła rozmawiać jedynie z ornitologami. Może już nigdy nie będę musiała mówić z ludźmi pokroju Anny, Pera, Caroline i H?kana Bergmana, ani nawet z premierem. Przyjemna myśl. Uspokajająca. Nie trzeba się bać tych, z którymi nie można rozmawiać.

Zawsze się bałam. Bałam się być zbyt brzydka i bałam się być zbyt piękna. Bałam się za bardzo zbliżyć do drugiego człowieka i równie mocno obawiałam się odrzucenia. Bałam się drwin. Bałam się oskarżeń, że się mylę, i równie mocno obawiałam się uznania mnie za arogancką, kiedy miałam rację. Takie życie bardzo wyczerpuje. W końcu brakuje już sił, wszystkie źródła są puste i człowiek chce tylko wydobyć się ze swojego życia. Zmienić. Stać kimś innym.

Może tak to się wszystko zaczęło, może wymyśliłam Marie po to, żeby uciec od swojego własnego strachu. Jeśli to nie Marie wymyśliła mnie. Nie wiem, jak to się stało ani kiedy, wiem tylko, że przez całe moje dzieciństwo Marie towarzyszyła mi jak cień. To dlatego nigdy nie było problemów z zapędzeniem mnie do łóżka; kiedy dochodziła ósma, jeszcze jako dwunastolatka z radością pędziłam po schodach do swojego pokoju, żeby jak najszybciej zamknąć oczy i zobaczyć, co dzieje się w jej świecie. Z pozoru świat ten niewiele się różnił od mojego, dzieliłyśmy nie tylko ciało, ale także rodziców, szkolnych kolegów, klasę i nauczyciela. A przecież wszystko było w nim zupełnie inne. Dopiero kiedy skończyłam szesnaście lat i Marie oddzieliła się ode mnie albo może ze mną stopiła, zrozumiałam, że różnica tkwiła wewnątrz nas samych.

Kiedyś, gdy byłam naprawdę mała, miałam może pięć, a może sześć lat, opowiedziałam o Marie tacie. To musiała być wczesna wiosna, stopniał już śnieg i świeciło słońce, ale drzewa nadal nie miały liści, a na chodnikach leżał jeszcze żwirek, którym posypywano śliskie ulice. Tata wybierał się właśnie na R?dhusgatan, miał kupić radio, jakiegoś zupełnie nowego i specjalnego typu, które można nosić ze sobą do lasu i na plażę. Pamiętam, że byłam zdziwiona tym pomysłem, ponieważ rodzice w tamtym okresie nigdy nie bywali w lesie ani na plaży. Mama rzadko wychodziła z domu w innych celach niż po to, by zapełnić już przepełnioną spiżarnię, a tata pracował siedem dni w tygodniu. Nie wiem, jak to się stało, że akurat tego popołudnia miał wolne, ani dlaczego mogłam mu towarzyszyć. Być może tego samego dnia mamę zabrała karetka i być może atak nastąpił tak niespodziewanie, że tata nie zdążył załatwić w urzędzie kolejnego przeniesienia do domu dziecka. Chyba że był to po prostu jeden z tych niezwykle szczęśliwych dni w życiu nas wszystkich, jeden z tych dni, kiedy mama miała siłę pozmywać i podlać kwiaty, a tata na te parę godzin przekazał pani Lundberg odpowiedzialność za pranie w pralni chemicznej. Takie dni musiały się zdarzać. Tak myślę. Jestem tego niemal pewna.

Kiedy zamykam oczy, widzę, jak jego ręka zaciska się na mojej dłoni. W pamięci ręce ojca są dużo wyraźniejsze od jego twarzy, miały czerwoną skórę i żółte paznokcie. Bardzo długo przerażały mnie, chociaż nie pamiętam, żeby kiedykolwiek zrobiły mi krzywdę, jednak w tym wspomnieniu, o tamtej sekundzie czterdzieści lat temu, nie ma niczego, czego należałoby się bać. Po prostu spacer z tatą. Idzie obok mnie kołyszącym się krokiem i opowiada o bliźniakach, którzy przyszli do pralni, dwóch mężczyznach w jego wieku, dość młodych, dość dziwnych i raczej małomównych. Znamienne, że zabrudzili swoje garnitury w dokładnie taki sam sposób, obydwa miały dużą plamę z musztardy na prawym ramieniu i coś brązowo-kleistego przy kieszonce na piersi.

-?A kiedy mówili - opowiada tata - to jeden zaczynał, a drugi kończył.

Słucham, nie podnosząc wzroku, całkowicie zajęta patrzeniem na moje brązowe kozaki, trudno jest utrzymywać takie samo tempo jak tata i nie poślizgnąć się ani nie potknąć. Lubię słuchać jego opowieści, widzę przed sobą obu mężczyzn, dwóch identycznych, małych facecików, którzy powtarzają te same słowa i ruchy.

-?Byli zupełnie identyczni - mówi tata. - Jeden człowiek. Choć było ich dwóch.

-?Ja też mam bliźniaczkę - wyznaję.

Ojciec parska. Może to śmiech.

-?Doprawdy?

-?Tak.

-?A gdzie ona jest?

Najpierw nie wiem, co odpowiedzieć. Gdzie ona jest, kiedy nie śpię?

-?Śpi.

-?Śpi? Ale gdzie?

-?W domu.

Ojciec zwalnia kroku, ale nie wypuszcza mojej dłoni i nie spogląda na mnie, stoi tylko na środku chodnika i patrzy przed siebie.

-?Uważaj - mówi później. - Niedobrze jest wyobrażać sobie różne rzeczy. Pamiętaj, że dziedziczysz brzemię.

Rzeczywiście tak było. Miałam to w genach.

A mimo to nigdy nie brałam pod uwagę, że mogłabym być szalona. Wręcz przeciwnie, zawsze byłam pewna, że nie mam w tym kierunku predyspozycji. Nie słyszę głosów i nie żyję w świecie pełnym znaków i tajnych przesłań, ja tylko zamykam czasem oczy i obserwuję Marie. Moje życie, choć przecież nie moje. Mój świat, który jest innym światem. Inna rzeczywistość, która cza

Na sąsiedniej półce

Szukasz książki, audiobooka? Skorzystaj z wyszukiwarki

REKLAMA

less mess 09-26 2less mess 09-26 0

REKLAMA

atal zakatek harmonia 1atal zakatek harmonia 2atal zakatek harmonia 0

Najnowsze informacje na Tu Stolica

Kup bilet

Znajdź swoje wakacje

Powyższe treści pochodzą z serwisu Wakacje.pl.

Polecamy w naszym pasażu