REKLAMA

Rachuba świata

tytuł oryg.: Vermessung der Welt
autor: Daniel Kehlmann
przekład: Jakub Ekier
wydawnictwo: W.A.B
kolekcja: Inne historie
wydanie: I, Warszawa
data: 15 listopada 2007
forma: książka, okładka twarda z obwolutą
wymiary: 135 × 202 mm
ISBN: 978-83-7414353-0

Dzieło ze wszech miar fascynujące.

Artur Górski, Focus

Akcja bestsellerowej powieści Daniela Kehlmanna rozgrywa się na przełomie wieków XVIII i XIX. Żyją jeszcze myśliciele oświecenia, wchodzą w modę loty balonem i spirytyzm, nadciąga wiek pary i elektryczności. Na oczach czytelnika Goethe broni teorii o zimnym wnętrzu ziemi, a powstająca siedziba prezydentów USA malowana jest na biało. Jednocześnie powstają pierwsze zdjęcia dagerotypowe i prototyp telegrafu. Europą wstrząsają wojny napoleońskie i ruchy wolnościowe, w Ameryce powstają nowe państwa. W tym samym czasie przyrodnik Alexander von Humboldt podejmuje słynną ekspedycję do Ameryki Łacińskiej, zaś ,,książę matematyków", Carl Friedrich Gauss, w czterech ścianach odbywa podróże do granic wiedzy. Kehlmann opisuje pełne przygód wyprawy badawcze Humboldta do Ameryki Łacińskiej i Rosji, samotne zmagania domatora Gaussa z wielkimi pytaniami nauk ścisłych, a także życie osobiste obu bohaterów. Przekonująco, żywo i z finezją przedstawia życie i epokę obu tych uczonych. Ta mądra, zabawna, wciągająca powieść zachęca do namysłu nad niedawną przeszłością kultury zachodniej, a także nad tym, jak dalece można wymierzyć świat i go zrozumieć. Czy umiemy przewidzieć zdarzenia prywatne lub historyczne i dzięki rozwojowi cywilizacji chronić siebie i innych od przeciwności losu?

Kehlmann nie interpretuje, ale opowiada. Zamiast zmierzać do określonej puenty, nieustannie ukazuje komizm poszczególnych sytuacji. To książka przywołująca postaci historyczne, a przy tym aktualna. Dojrzałe, ,,późne" dzieło młodego pisarza, genialny figiel.

Frankfurter Rundschau

Powieść o niemieckim oświeceniu, które wyrusza w świat, o ślepej wierze w rozum, o przywidzeniach i obsesjach, o pomiarach świata dokonywanych w umyśle i w rzeczywistości.

Frankfurter Allgemeine Zeitung

Można to przeczytać jak leciutko napisaną powieść filozoficzną. Albo jak książkę, która po lekturze zaprasza do dalszego studiowania.

Lyrikwelt

Głębia dorównuje w tej powieści temperamentowi pisarskiemu.

The News & Observer

Znakomita powieść o dręczącej potrzebie zrozumienia rzeczywistości. Jest napisana lekko, z dużym dystansem, lecz zachwyca głębią i przenikliwością. Przypomina, że nie ma jednego świata, który można by opisać.

Anna Dziedzic, Dziennik

Fragment

Podróż

We wrześniu roku 1828 największy w kraju matematyk pierwszy raz od lat opuścił swoje miasto, żeby w Berlinie wziąć udział w Kongresie Przyrodników Niemieckich. Oczywiście nie miał chęci tam jechać. Przez długie miesiące bronił się, aż wobec nalegań Aleksandra von Humboldta, w chwili słabości wyraził zgodę - licząc na to, że nigdy nie nastanie ten dzień.

A teraz profesor Gauss ukrywał się w łóżku. Kiedy Minna kazała mu wstawać, bo czeka dyliżans, bo kawał drogi, złapał się poduszki i chcąc, żeby żona znikła, zamknął oczy. Kiedy je otworzył, a Minna wciąż była, nazwał ją zmorą, utrapieniem na starość i tłukiem. Skoro i to nie pomogło, odsunął kołdrę i postawił nogi na ziemi.

Po zrobieniu pobieżnej toalety wściekły zszedł do bawialni. Ze spakowanym sakwojażem czekał tam jego syn Eugeniusz. Zobaczywszy go, Gauss dostał furii. Rozbił stojący na parapecie dzban, miotał się i tupał. Eugeniusz i Minna zaczęli głaskać go z dwóch stron po ramionach i tłumaczyć, że będzie pod dobrą opieką, że niedługo wróci, że to minie jak zły sen - a mimo wszystko się nie uspokoił. Ochłonął dopiero, kiedy jego bardzo leciwa matka, wystraszona hałasem, wyszła ze swojego pokoju i szczypiąc go w policzek, zapytała, jak tam grzeczny synek. Chłodno pożegnał się z Minną, córkę i najmłodszego syna z roztargnieniem pogłaskał po głowie. Pomogli mu wsiąść do dyliżansu.

Podróż była pasmem udręk. Nazwał Eugeniusza ofermą, chwycił jego sękaty kij i z całej siły dźgnął go w stopę. Ze zmarszczonymi brwiami chwilę wyglądał oknem, a potem spytał o córkę. Kiedy wreszcie wyjdzie za mąż? Dlaczego żaden jej nie chce, o co chodzi?

Syn odgarniał z czoła długie włosy, miął w rękach czerwoną czapkę i nic nie mówił.

No gadaj, powiedział Gauss.

Cóż, odparł Eugeniusz. Bogiem a prawdą, jest niezbyt ładna.

Profesor kiwnął głową, odpowiedź go przekonała. Zażądał jakiejś książki.

Eugeniusz dał mu tę właśnie otwartą: Niemiecką sztukę gimnastyczną Friedricha Jahna. Była to jedna z jego ulubionych książek.

Gauss wziął się do lektury, ale już po kilku sekundach podniósł oczy i zaczął narzekać na nowomodny dyliżans. Przez te skórzane resory mdli człowieka jeszcze gorzej, niż to dotychczas bywało. Tylko patrzeć, a jakieś machiny będą z prędkością wystrzelonego pocisku przenosiły podróżnych z miasta do miasta. I wtedy z Getyngi do Berlina dojedzie się w pół godziny.

Syn z powątpiewaniem kołysał głową.

Jest pewne zjawisko, ciągnął profesor, dziwne i niesprawiedliwe, najlepszy dowód na niemiłosierną przypadkowość egzystencji. Otóż człowiek rodzi się w określonym czasie i choćby chciał, nie potrafi się od niego wyzwolić. Nad przeszłością ma niegodną przewagę, a w oczach przyszłości staje się błaznem.

Eugeniusz sennie potakiwał.

Nawet taki umysł jak on, Gauss, w dawnych epokach ludzkich dziejów albo na brzegach Orinoko nic by nie wskórał, a tymczasem za dwieście lat byle głupek będzie mógł na jego temat opowiadać żarty i fantazjować od rzeczy... Chwilę rozmyślał, znowu nazwał syna ofermą, a następnie oddał się lekturze. Eugeniusz wyglądał z uporem przez okno, byle ukryć twarz naznaczoną żalem i złością.

Niemiecka sztuka gimnastyczna opisywała przyrządy do ćwiczeń. Autor obszernie przedstawiał konstrukcje, które wymyślił, żeby na nich można było wyprawiać rozmaite łamańce. Jednej dał nazwę ,,koń", innej ,,belka", jeszcze zaś innej - ,,kozioł".

Facet niespełna rozumu, powiedział Gauss, otworzył okienko i wyrzucił książkę.

Eugeniusz krzyknął, że to jego własność.

Profesor odparł, że też mu się tak wydawało. Zasnął i spał aż do wieczornego popasu na posterunku granicznym.

Kiedy wyprzęgano dotychczasowe konie, a nowe zaprzęgano, obaj w gospodzie jedli kartoflankę. Od sąsiedniego stołu mierzył ich ukradkowymi spojrzeniami jedyny przejezdny oprócz nich, chudy mężczyzna z długą brodą i zapadłą twarzą. Gauss, któremu przedtem śniły się jak na złość przyrządy gimnastyczne, mówił, że praprzyczyną wszelkich poniżeń jest cielesny aspekt istnienia. Jego zdaniem Bóg przejawił znamienne dla siebie, złośliwe poczucie humoru, zamknąwszy umysł taki jak jego w chorowitym ciele, kiedy tymczasem miernota w rodzaju Eugeniusza praktycznie nigdy nie choruje.

A tamta ciężka ospa w dzieciństwie? Ledwo wtedy przeżył. O, widać jeszcze dzioby.

No tak. Profesor tego nie pamiętał. Wskazał konie pocztowe za oknem. W gruncie rzeczy to zabawne, że ludzie bogaci potrzebują na podróżowanie dwa razy więcej czasu niż biedni. Kto używa koni rozstawnych, może wymieniać je na każdym etapie drogi. Kto ma własne, czeka, aż odpoczną.

I co z tego? zapytał syn.

No jasne, dla kogoś, kto nie ma zwyczaju myśleć, to oczywiste. Tak samo jak okoliczność, że młody człowiek chodzi z kijem albo laską, a stary nie.

Student nosi ze sobą sękaty kij. Tak zawsze było i będzie.

Możliwe, odparł z uśmiechem Gauss.

Jedli dalej w milczeniu, kiedy wszedł żandarm z posterunku granicznego i zażądał od nich paszportów. Eugeniusz pokazał świadectwo z dworu królewskiego, stwierdzające, że aczkolwiek student, nie budzi zastrzeżeń i pod opieką ojca może przebywać na terytorium Prus. Żandarm nieufnie popatrzył na niego, obejrzał paszport, skinął głową i obrócił wzrok na Gaussa. A on nic nie miał.

Żadnego paszportu? Żandarm był zaskoczony. Ani jakiegoś dokumentu, ani pieczątki, nic?

Nic, odpowiedział profesor. Nigdy czegoś takiego nie potrzebował, ostatni raz przekraczał granicę państwa hanowerskiego dwadzieścia lat temu, a wtedy nikt mu nie robił kłopotów.

Eugeniusz tłumaczył, kim są, dokąd jadą i z czyjej inicjatywy, i że kongres odbywa się pod patronatem Korony, a ojca, gościa honorowego, zaprasza w pewnym sensie król.

Żandarm chciał paszportu.

Syn dodał, że ojciec, o czym pan wachmistrz mógł nie słyszeć, cieszy się sławą jak świat długi i szeroki, jest członkiem wszystkich akademii, że już od wczesnej młodości nosi miano ,,księcia matematyków".

Gauss przytaknął. Ba, podobno ze względu na niego Napoleon zaniechał ostrzału Getyngi.

Eugeniusz pobladł.

Napoleon, powtórzył żandarm.

W rzeczy samej, odparł profesor.

Żandarm trochę głośniej niż poprzednio zażądał paszportu.

Gauss oparł na stole splecione ramiona, położył na nich głowę i siedział bez ruchu. Szturchańce syna nic nie wskórały. Pal to diabli, mamrotał. Ja chcę do domu. Pal diabli.

Zakłopotany żandarm poprawiał czapkę na głowie.

I wtedy wtrącił się mężczyzna przy sąsiednim stole. Kiedyś to wszystko się skończy, Niemcy będą wolnym krajem, a uczciwi obywatele, zdrowi na ciele i umyśle, będą żyli i podróżowali bez przeszkód, nie potrzebując jakichś tam papierków!

Nieprzekonany żandarm poprosił o dokumenty.

No właśnie! zawołał mężczyzna i zaczął grzebać po kieszeniach. Nagle poderwał się, przewrócił krzesło i pędem wypadł z gospody. Żandarm patrzył kilka sekund w otwarte drzwi, aż wreszcie ocknął się i pognał za nim.

Gauss powoli uniósł twarz. Eugeniusz rzucił hasło, żeby natychmiast jechać. Profesor kiwnął głową i w milczeniu dojadł zupę. Obaj żandarmi udali się w pościg za brodaczem, ich budka opustoszała. Eugeniusz z pocztylionem podźwignęli szlaban i dyliżans wjechał na terytorium Prus.

Gauss był już w lepszym, chwilami pogodnym nastroju. Opowiadał o geometrii różniczkowej. Trudno przewidzieć, dokąd prowadzą przestrzenie zakrzywione. Sam jedynie mgliście rzecz pojmuje, ale czasem na samą myśl aż strach bierze, już lepiej być miernym, Eugeniusz ma szczęście... Po czym zaczął mówić o niedolach własnej młodości. Ależ miał surowego, nieprzystępnego ojca! Inaczej niż Eugeniusz, jemu to dobrze. Zanim Gauss umiał mówić, już rachował. Na przykład uderzył w płacz któregoś dnia, kiedy jego ojciec źle przeliczył miesięczny zarobek - a ledwie ojciec poprawił błąd, przestał płakać.

Syn udał przejętego, chociaż wiedział, że to nieprawdziwa historia. Zmyślił ją i rozgłosił brat Eugeniusza, Józef. Ojciec tyle razy pewnie jej wysłuchał, że sam we wszystko uwierzył.

Dalej Gauss mówił o przypadku. Cóż to za wróg wszelkiej wiedzy! Zawsze chciał go zwyciężyć. Z bliska w każdym wydarzeniu można dostrzec niebywale misterny splot przyczyn i skutków. Kto się cofa daleko, ten odkrywa ogólne motywy tkaniny. A gdzieś w połowie tej odległości widać wolność i przypadek, wszystko jest kwestią dystansu... Profesor zapytał syna, czy rozumie.

Z grubsza, odpowiedział zmęczony Eugeniusz i spojrzał na zegarek. Źle chodził, ale było gdzieś między pół do czwartej a piątą rano.

A jednak, mówił dalej Gauss, przyciskając dłonie do obolałych pleców, reguły prawdopodobieństwa nie zawsze obowiązują. Nie są jak prawa przyrody, dopuszczają wyjątki. Na przykład intelekt jego miary albo gry losowe, bo przecież trudno zaprzeczyć, że co chwila w którejś z nich wygrywa jakiś półgłówek. Ba, czasem nawet, myśli sobie profesor, prawa fizyki też działają tylko statystycznie i pozwalają dzięki temu na wyjątki: zjawy albo telepatię.

Eugeniusz spytał ojca, czy żartuje.

Gauss odparł, że sam nie wie. Zamknął oczy i zapadł w głęboki sen.

Do Berlina dotarli nazajutrz późnym popołudniem. Tysiące małych domów bez żadnego ładu ani centrum, rozlewająca się coraz szerzej osada w najbardziej bagnistym miejscu Europy. Dopiero zaczynano tam wznosić budowle reprezentacyjne: katedrę, kilka pałaców, muzeum przeznaczone na znaleziska z wielkiej ekspedycji Humboldta.

To będzie za kilka lat metropolia, powiedział Eugeniusz. Jak Rzym, Paryż albo Sankt Petersburg.

Mowy nie ma, powiedział profesor. Odrażające miasto.

Dyliżans dudnił po kiepskim bruku. Psy dwa razy płoszyły konie warkotem, koła grzęzły w mokrym piachu bocznych ulic. Humboldt mieszkał w środku miasta, tuż obok budowanego właśnie muzeum. Nie chcąc, żeby błądzili, prócz adresu - Packhof numer cztery - zawczasu przesłał narysowany cienkim piórkiem plan sytuacyjny. Ktoś ich musiał zobaczyć z daleka i zaanonsować, bo ledwo wjechali na dziedziniec budynku, po kilku sekundach otwarły się z rozmachem drzwi wejściowe i na spotkanie obydwu wybiegło czterech mężczyzn.

Aleksander von Humboldt był niskim, siwym jak gołąb starszym panem. Za nim wyszedł sekretarz z otwartym notatnikiem i woźny w liberii, a na końcu młody człowiek z bokobrodami niósł drewnianą skrzynkę ze stojakiem. Stanęli w takiej pozie, jakby wcześniej odbywali próby. Humboldt wyciągnął ramiona w stronę dyliżansu.

I nic.

Z wnętrza pojazdu dobiegły podniecone głosy. Nie! zawołał ktoś, nie! Dał się słyszeć głuchy łomot i po raz trzeci: nie! A później przez chwilę nic.

Wreszcie drzwiczki się uchyliły i ostrożnie wysiadł Gauss. Cofnął się przestraszony, kiedy Humboldt, chwyciwszy go za ramiona, zawołał, że to zaszczyt, wielka chwila dla Niemiec, dla nauki, dla niego osobiście.

Sekretarz notował, mężczyzna schowany za skrzynką syknął: teraz!

Humboldt zamarł. Nie ruszając wargami, wyszeptał, że to jego protegowany, pan Daguerre. Pracuje nad urządzeniem, w którym światłoczuła warstwa jodku srebrowego będzie zatrzymywała chwile i ocalała je od biegnącego czasu. Żadnych ruchów pod żadnym pozorem proszę!

Profesor chciał do domu.

Humboldt szeptał, że jeszcze trochę, jakiś kwadrans, to już dość daleko zaszło. Że tamte niedawne pierwsze próby, one dopiero trwały, myślał, że kręgosłup nie wytrzyma... Gauss wywijał się, ale staruszek trzymał go z zaskakującą siłą i jednocześnie mamrotał: zawiadomić króla! A widząc, że woźny już biegnie, rzucił myśl, która mu się widocznie przypomniała: zapisać, trzeba zbadać możliwość hodowli fok w Warnemünde, zapewne sprzyjające warunki, przedłożyć mi jutro! Sekretarz notował.

Eugeniusz, który lekko utykając, dopiero teraz wysiadł z dyliżansu, przepraszał, że dotarli o tak późnej porze.

Tu nie ma wczesnej ani późnej pory, wymruczał Humboldt. Tu się liczy tylko praca, a ona trwa. Na szczęście jest jeszcze światło. Żadnych ruchów!

Na dziedziniec wszedł policjant i zapytał, co się tutaj dzieje.

Na sąsiedniej półce

Szukasz książki, audiobooka? Skorzystaj z wyszukiwarki
;

REKLAMA

LINKI SPONSOROWANE

REKLAMA

Kup bilet

REKLAMA

Najnowsze informacje na Tu Stolica

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

Butelki dla dzieci Kambukka
Kambukka Reno

REKLAMA

AMBRA - Twoje Perfumy
AMBRA - Twoje Perfumy

Kup bilet

Znajdź swoje wakacje

Powyższe treści pochodzą z serwisu Wakacje.pl.

Polecamy w naszym pasażu

REKLAMA

REKLAMA

Wyjazdy sportowe
Wyjazdy sportowe