REKLAMA

atal zakatek harmonia 1atal zakatek harmonia 2atal zakatek harmonia 0

No i gdzie te święta?

zapowiedź
autor: Magdalena Buraczewska-Świątek
wydawnictwo: Replika
wydanie: Poznań
zapowiedź: 27 października 2026
forma: książka, okładka miękka ze skrzydełkami
wymiary: 145 × 205 mm
liczba stron: 304
ISBN: 978-83-6892332-2

Opowieść o tym, że prawdziwy duch świąt tkwi nie w dekoracjach, lecz w małych gestach, w relacjach i uporczywej próbie bycia razem mimo wszystko.

Weronika Kochanowska - ambitna dziennikarka gazety ,,Warsaw Life", tuż przed Bożym Narodzeniem wyrusza w podróż po zaśnieżonej Polsce w poszukiwaniu ducha świąt. W ramach lukratywnego projektu dla dużej korporacji ma kręcić rolki i publikować posty na instagramowym koncie, aby pokazać, jak technologia łączy ludzi w święta. Towarzyszy jej młody fotograf i outsider - Łukasz Nowicki. Ona - romantyczka, uciekająca w pracę. On - cyniczny realista.

Czy tych dwoje znajdzie wspólny język i odkryje to, czego naprawdę szuka?

Fragment

Rozdział 1

Weronika Kochanowska zawsze uważała, że Charles Dickens wiedział o świętach coś, czego w dwudziestym pierwszym wieku nikt nie rozumiał. Opowieść wigilijna była dla niej nie tylko książką, ale czymś w rodzaju świętego pisma - historią o tym, jak człowiek może się zmienić, jeśli tylko pozwoli sobie spojrzeć na własne życie z perspektywy trzech duchów: przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.

Problem polegał na tym, że w grudniu 2025 roku, siedząc w redakcji ,,Warsaw Life" o wpół do dziesiątej wieczorem, czuła się bardziej jak Ebenezer Scrooge przed przemianą niż po niej.

Ekran laptopa świecił jej prosto w twarz, a kursor migał niecierpliwie w połowie zdania o ,,subtelnej elegancji świątecznych stroików z eukaliptusa". Eukaliptusa! Jakby ktokolwiek w Polsce wybrał go zamiast jodłowych gałązek z lasu dziadka.

- Weroniczka, czy ty w ogóle słuchasz, co do ciebie mówię? - Głos matki brzmiał przez słuchawki iPhone'a jak echo z innego świata, takiego, w którym ludzie mieli czas na rozmowy telefoniczne dłuższe niż trzy minuty.

Weronika przełożyła telefon do drugiej ręki i jednocześnie przewinęła dokument na ekranie - artykuł o dziesięciu sposobach na idealną dekorację świąteczną stołu, który miał być gotowy do jutra rana. Sposób numer siedem: ,,Złote akcenty dodadzą blasku". Boże, jakie to było puste.

- Mamo, słucham cię, ale...

- Ale nic! - warknęła matka. - Ciocia Basia już kupiła karpia, a nawet dwa! Bo wie, że jak już musisz, to zjesz tego smażonego, a w galarecie nawet byś nie tknęła. Babcia od tygodnia przygotowuje uszka, te z grzybami z Bieszczad, które zbierała jesienią. A ty mi tu opowiadasz o jakichś artykułach! To już nie praca, to pracoholizm! Zapominasz, co ważne!

Za oknem redakcji Warszawa wyglądała jak z pocztówki: Nowy Świat tonął w girlandach światełek, a na rogu ktoś sprzedawał grzane wino z małego drewnianego domku. Zapach cynamonu i goździków zdawał się docierać nawet przez szczelne okna biurowca (wyobraźnia robiła swoje), mieszając się z wonią przepalonej kawy z redakcyjnego ekspresu.

- To ważny projekt, mamo. Całą kampanię sponsoruje Samsung, to duże pieniądze dla magazynu...

- Pieniądze, pieniądze! - Matka westchnęła tak głośno, że Weronika odsunęła telefon od ucha. - A życie? Kiedy ostatnio miałaś wolny weekend? Kiedy spotkałaś się z kimś nie w sprawie pracy?

Weronika spojrzała na swoje odbicie w ciemnym oknie. Dwadzieścia pięć lat, magister dziennikarstwa i kulturoznawstwa z wyróżnieniem, mieszkanie za połowę pensji na Mokotowie - czterdzieści metrów z widokiem na inne bloki - kariera w mediach, która miała być przepustką do lepszego życia. A tymczasem wyglądała jak ktoś, kto od tygodni nie sypiał wystarczająco długo: włosy ściągnięte w niedbały kok, który zrobiła rano w windzie, pod oczami cienie, których żaden korektor już nie maskował, na biurku trzecia tego dnia filiżanka kawy - zimna, z kożuchem z mlecznej pianki na powierzchni.

- Właśnie byłam na randce - skłamała.

- Naprawdę? Z kim?

- Z... z takim jednym. Poznałam go na Tinderze.

- Na czym?

- Nieważne. Fajny był. Pracuje w IT, jak się okazało, w tej samej firmie.

- I co, umówicie się jeszcze?

Weronika przygryzła wargę. Ostatnia randka? Trzy miesiące temu, z jakimś Sebastianem, który przez całą kolację opowiadał o swojej kolekcji winyli i ani razu o nic jej nie zapytał.

- Może. Zobaczymy. To rozwojowy temat.

- Kiedy ja byłam w twoim wieku - ciągnęła matka, a Weronika bezgłośnie powtórzyła następne słowa razem z nią - miałam już ciebie i twoją siostrę. A ty? Ty żyjesz w tym swoim telefonie jak... jak jakiś robot!

- Nie jestem robotem, mamo - mruknęła, zapisując dokument. Ctrl + S, nawyk silniejszy niż oddychanie. - Po prostu mam ważny projekt i...

- A co z Kamilem? Podobno otwiera drugą kancelarię we Wrocławiu. Pyta o ciebie, zawsze pytał. On ma czas dla rodziny. Nie siedzi w internecie do północy.

W internecie do północy - pomyślała Weronika. To brzmiało jak tytuł jej autobiografii. Albo epitafium: ,,Tu leży Weronika Kochanowska. Zawsze była online".

Kamil. Miły, przewidywalny, bezpieczny Kamil, który pocałował ją pierwszy raz pod szkołą - pachniał wtedy miętową gumą do żucia i strachem. Pisał do niej wiersze na walentynki - okropne, rymowane ,,serce w ofierze", ale pisał. Planował ich wspólne życie już w liceum: on prawnik, ona w domu z dziećmi, wakacje nad morzem, Wigilie u jego rodziców.

Dwa lata temu, gdy zerwała z nim przez telefon (bo kiedy miała przyjechać osobiście?), powiedział jej: ,,Ty nigdy nie będziesz szczęśliwa, bo zawsze będziesz szu­kać czegoś więcej". Może miał rację. Może to była jej klątwa - wieczne poszukiwanie czegoś, co nie istniało. Jak Duch Przyszłych Świąt u Dickensa, zawsze wskazujący na to, co może być, ale nigdy na to, co jest.

- Kamil kogoś ma - powiedziała szybko, zanim matka zdążyła kontynuować. - Jakąś lekarkę z Wrocławia - wymyśliła na poczekaniu, byle tylko uciąć niewygodny temat. Gdzieś przez wspólnych znajomych obiło jej się o uszy, że podobno widywano go ostatnio na mieście z jakąś lekarką.

Cisza.

- Skąd wiesz?

- Widziałam jakieś zdjęcia na Facebooku - rzuciła gładko, brnąc w to dalej, żeby uwiarygodnić swoją wersję.

- Ach. - W głosie mamy pojawiło się rozczarowanie. - No cóż. Może to i lepiej. Za bardzo szastał pieniędzmi.

Weronika uśmiechnęła się mimo woli. Jej matka zawsze potrafiła znaleźć wadę w każdym, kto już nie był potencjalnym partnerem.

- Mamo. Wiem, co to rodzina - powiedziała w końcu, wyłączając... nie, usypiając komputer. Nigdy go nie wyłączała. - Ale mam deadline jutro rano, a potem jeszcze...

- Weronika. - Głos matki stał się nagle cichszy, bardziej błagalny. - Przyjedziesz na Wigilię, prawda? Babcia ciągle o ciebie pyta. Wczoraj dzwoniła, mówiła, że chce ci coś dać. Ma już osiemdziesiąt lat. Ledwo chodzi po tych swoich schodach. Nie wiemy, ile jeszcze...

Weronika zamarła z ręką na klawiaturze. Przez telefon słyszała odgłosy wrocławskiego domu - telewizor nadający wieczorne wiadomości, szczekanie Burka, psa sąsiadów, który reagował na każdy samochód, stukot noża na desce do krojenia (pewnie siostra kroiła warzywa na jutrzejszą zupę - pomyślała z przyzwyczajenia, po czym natychmiast uświadomiła sobie z ukłuciem winy, że przecież Agnieszka od dawna tam już nie mieszkała). Dźwięki, które kiedyś oznaczały bezpieczeństwo i dom. Teraz brzmiały jak pretensje, jak lista rzeczy, z których zrezygnowała w imię kariery.

- Oczywiście, że przyjadę.

- Kiedy?

- Dwudziestego trzeciego wieczorem. Albo rano dwudziestego czwartego.

- Rano? W Wigilię przyjeżdżasz rano? Agnieszka z Piotrkiem będą już dwudziestego drugiego! Pomogą mi w przygotowaniach!

- Mam projekt do skończenia...

- A ten to nie może poczekać do stycznia?

Weronika rozejrzała się po redakcji. Było już po dwudziestej drugiej, ale większość kolegów wciąż siedziała przy biurkach, z twarzami oświetlonymi niebieską poświatą monitorów jak współczesne ikony świętych męczenników. Aśka z działu mody poprawiała sesję zdjęciową na jutrzejszy deadline, przeklinając pod nosem fotografa, który ,,nie rozumie koncepcji minimalizmu". Tomek z lifestyle'u rozmawiał przez telefon z jakimś szefem kuchni, notując gorączkowo przepis na ,,dekonstruowanego karpia". A w kącie, przy biurku z napisem ,,Marek Kowalczyk - Deputy Editor", siedział jej najlepszy kolega, przyglądając się zdjęciom na ekranie komputera z miną człowieka, który zastanawia się, gdzie popełnił życiowy błąd.

- Nie może - powiedziała w końcu. - To duży klient, kampania świąteczna, muszę...

- Wiesz co? - przerwała jej matka, a w jej głosie pojawiła się nuta, którą Weronika pamiętała z dzieciństwa: mieszanka rozczarowania i bezradności, ten sam ton, którym mówiła ,,idź już spać", gdy jej mała córeczka czytała z latarką pod kołdrą. - Jak skończysz trzydzieści lat, sama jak palec, z tym swoim laptopem na kolanach jako jedynym towarzyszem, to przypomnij sobie tę rozmowę. Może wtedy zrozumiesz, że pieniądze szczęścia nie dają.

- Mamo, ja...

- Tata cię pozdrawia. Śpi już, jutro wcześnie wstaje do pracy. Niektórzy jeszcze pracują naprawdę, nie tylko klikają w komputer.

Połączenie się urwało. Weronika zastygła na chwilę ze słuchawką przy uchu, słuchając sygnału ,,zajęte" - kolejny charakterystyczny dźwięk jej życia, jak dzwonek budzika o szóstej rano, ping notyfikacji na Teamsach, szum klimatyzacji w biurze. Wokół niej redakcja żyła swoim nocnym życiem - klawiatury stukały rytmicznie jak deszcz o parapet, ekrany telefonów migały powiadomieniami jak świetliki w letni wieczór, a z kuchni dochodził zapach kolejnej porcji kawy, która pewnie też będzie stać do rana.

- Kłótnia z mamą? - zawołała Aśka, nie odrywając wzroku od ekranu. - Klasyk przedświąteczny. Moja wczoraj płakała, że nie przywiozę wnuków. Jakich wnuków, pytam, jak ja nawet kota nie mam czasu nakarmić?

- Może powinnyśmy założyć jakiś klub - mruknęła Weronika. - Samotne Redaktorki przed Trzydziestką.

- Już jest. Nazywa się happy hour w Pierwszej. - Aśka w końcu podniosła głowę. Makijaż, który rano był perfekcyjny, teraz sprawiał, że wyglądała jak jenot. - Idziesz jutro?

- Mam wyjazd w piątek. Projekt świąteczny.

- Ten z Markiem? Lucky you. Przynajmniej on nie będzie próbował z tobą kombinować.

Weronika podeszła do biurka kolegi. Wyglądał na jeszcze bardziej zmęczonego niż zwykle, a to coś znaczyło. Dwadzieścia siedem lat, wiceredaktor działu reportażu, od dwóch lat mąż, od wczoraj ojciec małej Lenki. Na jego biurku stała ramka ze zdjęciem - on, Ania i USG dziecka, wszyscy rozpromienieni w ten sposób, w jaki ludzie uśmiechają się, gdy myślą, że wszystko będzie dobrze.

- Ciężka rozmowa? - Marek podniósł głowę znad komputera. Pod oczami miał worki jak po tygodniowej imprezie, tyle że on imprezował z Photoshopem i InDesignem.

- Rodzice - mruknęła Weronika, siadając na brzegu jego biurka. Poczuła pod sobą stos wydruków: briefów, korekt, faktur. Papierowy ślad ich cyfrowego życia. - A ty co tu robisz? Myślałam, że będziesz z Anią i dzieckiem.

Marek westchnął i przesunął dłonią po twarzy. Zarost miał trzydniowy, a tę koszulę nosił pewnie od poniedziałku.

- Ania śpi, Lenka też. Pielęgniarka powiedziała, żebym dał im odpocząć. A ja siedzę tutaj i próbuję skończyć ten cholerny projekt na jutro. - Wskazał na ekran pełen zdjęć świątecznych jarmarków. Każde wyretuszowane do granic możliwości: śnieg bielszy, jak z tej reklamy proszku, że ,,bielsze już nie będzie", światełka jaśniejsze, uśmiechy szersze. - Marcin mnie zabije, jak tego nie skończę.

- Jaki projekt?

- Ten road trip. ,,Gdzie jest duch świąt w Polsce". Kilka dni w drodze, Instagram co godzinę, artykuł na Wigilię. Mam jechać z tobą w piątek.

Weronika usiadła wygodniej, zrzucając na podłogę stos ulotek reklamowych.

- Marek, twoja córka ma jeden dzień. Jeden! Za tydzień przeżyje pierwszą Wigilię w życiu. A ty mi mówisz, że chcesz jechać na road trip szukać ducha świąt? Przecież on jest w szpitalu na Banacha, w pokoju dwieście siedem.

- Ty i ta twoja pamięć do drobiazgów - mruknął, uśmiechając się blado.

- Żadna pamięć do drobiazgów - odparła szybko. - Zapamiętałam, bo rano posłałam tam kuriera z kwiatami dla Ani.

- No rozumiem, ale... ale to może być moja szansa - powiedział cicho, nie patrząc jej w oczy. - Wiesz, jak długo czekałem na taki projekt? Samsung jako klient, budżet na prawdziwy reportaż, nie tylko sesja zdjęciowa w studio z udawanymi choinkami z Allegro. Jak to wypali, Marcin obiecał mi awans na senior editora. To dodatkowe pięć tysięcy miesięcznie. Wiesz, ile kosztują pieluchy?

- Nie, ale wiem, ile kosztuje nieobecność ojca.

Cisza. Gdzieś w tle Tomek wciąż rozmawiał przez telefon, teraz już o ,,molekularnej transformacji tradycyjnego bigosu".

Weronika spojrzała na zdjęcie na biurku Marka - jego uśmiechnięta żona przy choince z zeszłego roku. Piękna, cierpliwa Ania, która studiowała z Weroniką kulturoznawstwo, która chciała pisać doktorat o polskim kinie, ale zamiast tego pracowała w PR-ze firmy farmaceutycznej, bo ,,ktoś musi mieć stabilne zarobki". Która przez ostatnie dziewięć miesięcy nosiła w sobie ich dziecko, podczas gdy Marek pracował do późna nad projektami, które ,,mogą zmienić jego karierę".

- Wiesz, co powiedział Dickens o pieniądzach? - zapytała.

- Sorry, ale nie jestem w nastroju na cytaty. - Marek otworzył kolejne zdjęcie. Pierogi na talerzu, tak wyfotoszopowane, że wyglądały jak z plastiku.

- Nikt nie jest biedniejszy od tego, kto nie docenia tego, co ma. - Weronika chwyciła ramkę ze zdjęciem.

Na sąsiedniej półce

Szukasz książki, audiobooka? Skorzystaj z wyszukiwarki

REKLAMA

cmp tarczyca 2cmp tarczyca 0

LINKI SPONSOROWANE

REKLAMA

cmp moje zdrowie 3cmp moje zdrowie 0
Kup bilet

REKLAMA

norblin lipiec 02 1norblin lipiec 02 2norblin lipiec 02 0

Najnowsze informacje na Tu Stolica

REKLAMA

pan materac 08-2026 2pan materac 08-2026 0

Kup bilet

Znajdź swoje wakacje

Powyższe treści pochodzą z serwisu Wakacje.pl.

Polecamy w naszym pasażu