REKLAMA

Biały łabędź

zapowiedź
autor: Anna K. Bandurska
wydawnictwo: Replika
seria: Opowieści z Kresów
wydanie: Poznań
zapowiedź: 9 czerwca 2026
forma: książka, okładka miękka ze skrzydełkami
wymiary: 145 × 205 mm
liczba stron: 304
ISBN: 978-83-6874239-8

Księstwo Warszawskie, początek XIX wieku. Dorosłe córki państwa Przeździeckich, Agnieszka i Gabriela, wyruszają na karnawał do Warszawy z nadzieją na poznanie swoich przyszłych mężów. W rezydencji Tęczyńskich Agnieszka poznaje majora Wyrębskiego, żołnierza walczącego u boku Napoleona. Ku wielkiej radości kobiety na balu zjawia się także Tomasz Wójcik, jej wielka miłość od czasów dziecięcych. Nie wie, że Tomasz zakochuje się w jej starszej siostrze.

Tymczasem Jan Wyrębski poświęca życie na odnalezienie tajemniczej XVII wiecznej mapy prowadzącej do dawno zaginionego skarbu.

Fragment

Podróż była dość długa i męcząca, ale podekscytowana wizją wielkiego miasta i jego rozrywek Agnieszka nie dbała wcale o wygody. Po dwóch dniach telepania dorożką i noclegu we w miarę przyzwoitym zajeździe kobietom w końcu dane było wjechać do Piaseczna. Tam Gabrysia zadecydowała, że następnego dnia wybierze się do Warszawy, by zamówić nowe suknie balowe. Gdy mijały późnobarokowy Kościół świętej Anny i niewielkie urocze uliczki pełne kolorowych straganów, wśród których dało się słyszeć kilka języków naraz i ludzi różnych narodowości żywo targujących się o sprzedawany towar, Agnieszka zastanawiała się, jak wygląda Warszawa i czy nie przypomina takiego właśnie ogromnego, różnokolorowego targowiska indywiduów z różnych stron świata?

Na skraju miasta woźnica zatrzymał się przy jednej z karczm, aby dopytać o najlepszą drogę do Brwinowa. Agniesia nie wytrzymała bezczynnego siedzenia w powozie i nie zważając na protesty ciotki, również wyszła na zewnątrz.

Objęła wzrokiem gromady napoleońskich żołnierzy szu­kających rozrywek w mieście. Część z nich raczyła się winem we wnętrzu karczmy, co kobieta zdołała zobaczyć przez otwarte drzwi. Jej obecność wzbudziła powszechną ciekawość. Kilku mężczyzn stanęło na placu przed zajazdem, z uśmiechem mierząc ją wzrokiem. Była ubrana lepiej niż większość tutejszych kobiet, a z jej pięknej, bladej twarzy biła pewność siebie. Agnieszka podejrzewała, że za chwilę będzie musiała zgasić zapał paru z nich, ponieważ śmiało zaczęli kierować się w jej stronę.

Dumna nastolatka już myślała o tym, jak odrzuci ich zaloty, kiedy przed idącymi żołnierzami wyrosła nagle sylwetka. Był to wysoki mężczyzna o szerokich barkach, ubrany w taki sam mundur, ale w jego głosie była jakaś taka podniosłość, która mogła charakteryzować tylko kogoś o wyższym stopniu lub osiągnięciach. Agniesia nie widziała jego twarzy, ale głos mężczyzny dzwonił jej w uszach jeszcze długo po tym, jak towarzystwo, przekonane jego wywodami, zawróciło w stronę piasecznej karczmy.

Chciała z ciekawości ruszyć za nimi, aby przekonać się, o czym w pospolitej gospodzie rozmawiają młodzi mężczyź­ni, wtedy jednak poczuła czyjąś dłoń.

- Agnieszko, pan Maciej już wrócił. Chodź, proszę, do powozu! - Usłyszała niecierpiący sprzeciwu głos ciotki.

Gdy wsiadła, pojazd ruszył żwawo. Agnieszka oglądała przez okno miasteczko jeszcze jakiś czas, aż bielone domki i wysadzone kocimi łbami uliczki zaczęły powoli znikać.

Po niecałych dwóch godzinach jazdy przez wiejskie dróżki otoczone lasami i polami kobiety poczuły, jak woźnica zatrzymuje konia na rozstaju leśnych dróg. Usłyszały, jak klnie i zeskakuje z bryczki.

- Co się stało? - spytała zaniepokojona pani Mirska.

- A niech to szlag! - jęknął mężczyzna. - Już dawno powinniśmy minąć znak obwieszczający wjazd do włości państwa Tęczyńskich, a żadnego jak nie było, tak nie ma.

- Ale przecie Brwinów minęliśmy jakieś piętnaście minut temu! Widziałam z daleka wieżę Kościółka świętego Floriana - rzekła zafrasowana ciotka w odpowiedzi.

- A teraz wszędzie tu lasy! - jęknęła przerażona Gabrysia.

- Jechałem tędy, bo powiedziano mi, że ta droga najlepsza dla grupki pań, co nie chcą być podczas swej drogi nagabywane - tłumaczył się pan Maciej.

- No to mamy, wygwizdowo! - burknęła wściekle ciotka. - I nie ma nawet do kogo buzi otworzyć, aby o drogę spytać!

Woźnica wymamrotał coś pod nosem w odpowiedzi, po czym sięgnął do bryczki po mapę. Wziął ją w dłoń i studiował ze zmarszczonymi brwiami, po chwili jednak zmiął papier, lekko zdenerwowany.

- Nic tu nie wymyślę, trzeba zawrócić do wioski i poprosić kogoś o pomoc - orzekł, wskakując z powrotem na sie­dzenie woźnicy.

W tym samym momencie zaś z powozu wyskoczyła Agnieszka, stając na błotnistej, leśnej ścieżce porośniętej tu i ówdzie pierwszymi, śnieżnobiałymi przebiśniegami. Rozejrzała się wokół siebie, okrywając się mocniej płaszczem podbitym lisim futrem.

- Co ty robisz? Wracaj tutaj! - krzyknęła pani Aniela. - Ta dziewczyna w końcu wpędzi nas w kłopoty!

Młoda dama zagryzła lekko wargę i przekornie ruszyła przed siebie, nie zwracając uwagi na prośby pani Mirskiej. Podeszła do leżącego na zboczu głazu i dotknęła go okrytą rękawiczką dłonią. Przetarła z jego powierzchni cienką warstwę śniegu, chcąc na nim chwilę spocząć. Dość miała narzekań swojej ciotki i pragnęła pobyć chwilę w samotności.

Ku swojemu zdziwieniu ujrzała, że na kamieniu wyryto jakiś znak. Przypominał herb szlachecki. Spojrzała na roz­ciągający się wokół krajobraz pełen iglastych drzew. Powietrze było całe przesiąknięte rześką, przyjemną wonią igliwia.

Dziewczyna ruszyła nieco dalej wzdłuż leśnej ścieżki. Po pewnym czasie zauważyła prześwit, a dalej, tuż przy horyzoncie, ujrzała dwa rzędy równo posadzonych drzew biegnące na odległość około dwóch kilometrów i znikające w sosnowym lasku. Tym samym, w którym znajdowali się teraz. Musiała być tam droga, bo wkrótce między drzewami zauważyła zarys powozu. Powozu, nie wiejskiej bryczki. A więc jechał nią ktoś majętniejszy. Gdy Agniesia spojrzała na prawo, w oczy rzuciła jej się zaniedbana, zasłonięta przez zarośla, wbita w ziemię tabliczka. Wzięła w obie dłonie swoją suknię i halki i podeszła bliżej, przedzierając się przez chaszcze.

- Matko Najświętsza, to dziewczę całkiem przemoknie i nie daj Boże złapie jakieś zapalenie płuc! - jęknęła ciotka, widząc tę scenę. - Nie wspominając o tym, że porwie sobie bieliznę w tych krzakach! Co ona sobie myśli? Idź po nią, Gabrysiu, ja stara już jestem i na leśne przewiewy wystawiać się nie będę. Moje stawy by tego nie wytrzymały!

Gabrysia przewróciła ze zirytowaniem oczami i otworzyła drzwi furmanki. Spojrzała na Macieja, który nie kwapił się do pomocy, za to burknął coś pod nosem o czekaniu z nie­cierpliwością na powrót panienki, aby w końcu ruszyć. Poszła więc za siostrą, brodząc ostrożnie po śliskiej nawierzchni.

- Agniesiu, to nie czas na spacery! - rzuciła gniewnie. - Musimy jak najszybciej znaleźć drogę do Brwinowa, do rezydencji twojej przyjaciółki. Jest chłodno i wszyscy chcemy ogrzać się przy kominku.

- Ale ja już znalazłam drogę - odparła z uśmiechem Agniesia.

- Jak to?

- Ta droga prowadzi prosto do rezydencji. Ten las jest częścią włości Tęczyńskich. Spójrz na tabliczkę. - Wskazała na doświadczoną przez czas drewnianą deskę, na której wypisane było: ,,Pałac Brwinów", a obok widniała strzałka w lewo.

Gabriela uśmiechnęła się.

- Wygląda na to, że twoja wścibskość na coś w końcu się przydała.

Na sąsiedniej półce

Szukasz książki, audiobooka? Skorzystaj z wyszukiwarki

Najnowsze informacje na Tu Stolica

Kup bilet

Znajdź swoje wakacje

Powyższe treści pochodzą z serwisu Wakacje.pl.

Polecamy w naszym pasażu