REKLAMA

Tajemnice różanego ogrodu

autor: Grażyna Mączkowska
wydawnictwo: Replika
wydanie: Poznań
data: 13 lutego 2024
forma: książka, okładka miękka
wymiary: 145 × 205 mm
liczba stron: 304
ISBN: 978-83-6786750-4

Inne formy i wydania

książka, okładka miękka  2024.02.13

Na rzeszowiankę Różę spada niespodziewana wiadomość: ciotka zapisała jej dom leżący na drugim końcu Polski. Niezbyt przekonana Róża postanawia na próbę w nim zamieszkać, jednak szybko się okazuje, że coraz bardziej podoba jej się życie na prowincji. Staje się ona ulubienicą sąsiadów. Wnosi w ich życie powiew świeżości, zaraża wszystkich pozytywnym nastawieniem, a jednocześnie rozsmakowuje się w innym życiu - prostym, zwyczajnym, dającym jej ogrom radości.

Gdy w miasteczku spotyka Jędrka - wakacyjną miłość sprzed lat - jej życie nabiera jeszcze więcej barw. W obojgu na nowo budzi się uczucie, tym razem dojrzałe. Lecz czy okaże się miłością spełnioną?

Książka o pięknych relacjach międzyludzkich, o odnalezieniu zaniedbanej kiedyś miłości, poruszających do łez wspomnieniach z II wojny światowej i bezcennym krzemieniu pasiastym, zwanym kamieniem optymizmu. Polecam!

Magdalena Witkiewicz, pisarka

Urzekającą powieść, która otula duszę ciepłem. Udowadnia, że nigdy nie jest zbyt późno na nowe znajomości, przyjaźnie oraz miłość. Serdecznie polecam!

Edyta Świętek, pisarka

Fragment

Wstęp

czyli - czego się boisz, głupia?

- Nie bój się, przecież to tylko życie.

W głowie rzeszowianki Róży Nowak pewnego razu zamieszkał całkiem nowy podszept. I dokładnie tymi słowami odezwał się po raz pierwszy. A potem dawał o sobie znać, gdy kobietę nachodziły myśli o odległym małym miasteczku. Wtedy z nią dyskutował i był wyjątkowo monotematyczny. Zabierał głos, gdy wyobraźnia podsuwała jej dawne obrazy, na których była setki kilometrów od Rzeszowa. A wszystko zaczęło się po telefonie od ciotki Zyty, starowinki mieszkającej te setki kilometrów od Róży - w Nowym Mieście. Staruszka przekazała jej niesamowitą wiadomość. Pewnie uszczęśliwiłaby każdego, ale nie Różę. Ją zaniepokoiła, zdumiała, wręcz zastrzeliła! Bo jakże to tak? Miałaby zostawić swój ukochany Rzeszów dla jakiejś małej mieściny na końcu Polski, bo staruszeczka tak sobie wymyśliła, darując jej właśnie tam dom w kiepskim stanie? Nie była u ciotki trzydzieści lat! Ten kiepski stan, który pamięta, dziś może nawet być ruiną! Po co Róży, kobiecie w wieku prawie emerytalnym, taki problem?!

- ,,Całe życie spędziła w Rzeszowie, tu zmarła i tu ją dziś chowamy". Chcesz takie słowa usłyszeć nad swoją trumną? - wewnętrzny głos pytał ją z samego rana, gdy tylko otworzyła jeszcze zaspane oczy. - Przecież podziwiasz ludzi, którzy mieszkali w wielu miejscach. Zachwycają cię ich biografie i nieraz wzdychałaś, czytając, że ktoś mieszkał w Meksyku, następnie w Hiszpanii, przez krótki czas w Anglii, a potem we Wrocławiu. W większym mieście i w mniejszym albo na całkiem zapadłej wsi. Mam rację? Też byś tak chciała, a teraz masz okazję. Zwyczajny tchórz!

Odburknęła, aby dał jej spokój. Może i podziwia niektórych za wędrowny styl życia, ale wioch nie znosi, i miniaturowych miasteczek też nie! Zresztą ona będzie skremowana i marzy o tym, aby jej prochy zostały gdzieś rozsypane. Po przeczytaniu kilku książek Dalajlamy nawet ujrzała swój pochówek w Himalajach. Niechby jej pyliste szczątki osiadły tam na wieki. Ponieważ nie tylko ze względów finansowych jest to niemożliwe, to chociaż w Bieszczadach, więc nie będzie żadnej trumny! Raczej urna. Być może, gdy jej ziemska droga dobiegnie końca, w naszym kraju powstaną specjalne łąki do rozsypywania prochów. Liczyła na to. Bardzo! Poza tym tkwiła w przekonaniu, że po skremowaniu nic już nie usłyszy, więc jakiekolwiek pośmiertne przemowy były jej obojętne jako agnostyczce, a może nawet ateistce, gdyż swoich zapatrywań jeszcze dokładnie nie sprecyzowała. Zwyczajnie nie miała na to czasu, ale gdy niebawem zakończy swoją zawodową drogę, głębiej wniknie w tę kwestię - obiecała sobie i polemiście w głowie.

- Czego się boisz, głupia, czemu nie chcesz iść na całość? - Innym razem wewnętrzny głos śpiewał jej głosem Kaczmarka.

- Spontan jest najważniejszy! Pamiętasz film? Po jego obejrzeniu wiele razy cytowałaś jedną z lejdisek, czyż nie? - Nawet późnego obiadu nie dał jej spokojnie zjeść, wspominając film sprzed lat, na który poszła do kina z koleżankami.

- Ogród Róż! Właśnie! Może on cię przekona? Nie Halin, nie Teres czy Karolów, tylko Róż! Każdy chciałby mieć swój ogród. - Wieczorem głos znów swoje. - A w Nowym Mieście będziesz go miała!

- Nie Róż, dziewczyn o tym imieniu, tylko róż kwiatów, bo tam kwitną, kapujesz? - pięćdziesięciodziewięciolatka sprostowała z lekkim poirytowaniem, które ogarnęło ją tylko na chwilę, bo zaraz przyszły miłe wspomnienia.

Podszept o różach zadziałał, bo ujrzała tamten ogród z szerokimi schodami prowadzącymi z chodnika w dół do monumentalnego pomnika przyjaźni polsko-radzieckiej stojącego pośrodku. Mniejsza o monument, była pewna, że już od lat tam nie sterczy i nie okłamuje, gdyż takie twory mistyfikacyjnej epoki już dawno odeszły, zniknęły razem z nią, a na ich miejsce przyszła inna epoka i inne widowiska. Ale te róże... jak wiele w kobiecie wybudziły! Przywołały obrazy z jej ostatniego pobytu. Tylko kiedy to było? W lipcu czy sierpniu? Próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz odwiedziła Nowe Miasto i ciotkę Zytę? W którym miesiącu? Trzydzieści lat temu... Pamięta tamte słoneczne, choć nieco wietrzne dni. Kiedy słowa - Ofiaruję mojej dziewczynie wszystkie kwiaty Holandii, jeśli trzeba będzie ukradnę w nocy przy księżycowej pełni...[1]- były nowym przebojem? Jędrzej go znał, ona jeszcze nie, dlatego musiał być nowym. Dopiero później usłyszała w radiu, a potem piosenka już bardzo często leciała i zawsze przypominała jej niezwykle romantyczny spacer. Po powrocie do Rzeszowa od razu kupiła płytę z tą piosenką. A może, po prostu, dopiero wówczas zwróciła na nią uwagę? Piękny głos nucący słowa, już nie będący jej wyobraźnią, lecz jasnym wspomnieniem, należał do mężczyzny z Nowego Miasta Lubawskiego, sprzed - właśnie - trzydziestu lat! Do Jędrzeja...

- Nie jestem Andrzejem, tylko Jędrkiem - wyjaśniał, gdy wtedy po raz pierwszy zwróciła się do niego ,,Andrzeju". Bo była już dorosła, a nawet dojrzała, i on też, a Jędrek to takie z podwórka.

- Nie? - zdziwiła się. - Jędrek to nie Andrzej, tylko cieplej, pieszczotliwiej?

- Jak bum cyk cyk, nie. Mam na imię Jędrzej - odpowiedział mężczyzna. - Ale fakt, na Andrzejów też tak mówią.

- A ja wciąż myślałam, że twoje imię jest zdrobnieniem Andrzeja. Przez tyle lat żyłam przekonana o tym! - Róża była wielce zdumiona. - Znamy się od dzieciństwa. Czasem spotykaliśmy się, gdy tu przyjeżdżałam. Byłam pewna, że masz na imię Andrzej! A to ci niespodzianka.

To wtedy, dokładnie trzydzieści lat temu, Jędrzej śpiewał, jednocześnie pochylając się, aby zerwać czerwoną różę, które dominowały w nowomiejskim Ogrodzie Róż. A gdy stało się to kłopotliwe, wyjął z kieszeni scyzoryk, uaktywnił największy nożyk i ściął ją przy samej ziemi. Przedtem przez chwilę wodził wzrokiem po kwitnących kobiercach, szukając najdorodniejszej. Kobieta, dziś prawie emerytka, na odległe wspomnienia mimo woli wciągnęła głęboko powietrze, chciała przypomnieć sobie tamten dawny czas i subtelny zapach nowomiejskich róż. Przymknęła oczy, by przywołać więcej wspomnień... obrazy w głowie realniały. Widziała je jak żywe.

- Kwiaty Holandii to raczej tulipany, czyż nie? - Róża zwróciła mu uwagę.

Śmiał się, obcinając nożykiem maleńkie kolce.

Byli tacy młodzi... trzydziestolatkowie - wtedy uważała, że jest już podstarzała, dziś - że była młodą kozą!

- Ofiaruję mojej dziewczynie wszystkie nowomiejskie róże. - Mężczyzna idealnie

dopasował swój tekst do melodii piosenki Róż Europy.

- Nie galopuj tak. - Zaczerwieniła się wówczas jak podlotek.

Spuściła wzrok, zatapiając nos w róży, a potem uciekła spojrzeniem w górę na zabytkową Bramę Lubawską z czerwonej cegły, z maleńkimi okienkami, znajdującą się wyżej, już na poziomie jezdni, tuż obok schodów do Ogrodu Róż. Naprawdę zawstydziła się, bo nie widziała Jędrzeja niemalże od dzieciństwa, a on wyjechał jej z takim tekstem, też już trzydziestolatek. Nawet z hakiem! Wiedziała, że był od niej nieco starszy.

- No dobrze - powiedział mężczyzna i zaśpiewał jeszcze raz: - Ofiaruję mojej Róży

wszystkie nowomiejskie róże.

- Za dużo tych róż - kobieta stwierdziła rozweselona, ponownie wtulając nos w

czerwień pachnących płatków.

- No widzisz, pierwotna wersja jednak jest lepsza - uznał i skierowali się w stronę schodów, aby wyjść na ulicę. - Jeśli będzie trzeba ukradnęw nocy przy księżycowej pełni... - kontynuował nucenie.

- No właśnie, a nie w samym środku dnia - z przekorą zauważyła nieścisłość i powtórzyła inny zapamiętany fragment, który ją urzekł: - Lubię jej farbowane rzęsy, piegi i policzki blade.

Mężczyzna ponowił nucenie, gdy pokonywali sporą ilość schodów w górę. Miał ciepły głos. Wciąż ładnie śpiewał, jak wcześniej, podczas innych wakacji, gdy mieli po kilkanaście lat. Marzyła, by zaśpiewał całą piosenkę, ale na bladych policzkach skończył.

Wpatrzone w nią oczy Jędrzeja śmiały się rozsłonecznionym błękitem letniego nieba. Było słonecznie, choć powiewał wiatr, dlatego na spotkanie z nim zdecydowała się założyć cienki letni płaszczyk. Czuła się tak pięknie! Nie miała farbowanych włosów, lecz urzekły ją te piegi w tekście.

Róża to rasowa pieguska. Dawniej zazdrościła dziewczynom gładkich i żadną plamką nienaznaczonych twarzy, ale gdy pierwszy raz zobaczyła w gazecie piegowatą modelkę, pogodziła się ze swoją piegowatością. Jak ręką odjął piegi przestały ją denerwować. Modelka nawet miała te rude piegi zlane na nosie prawie w jedną wielką plamę, a przy tym była zjawiskowo piękna.

Mężczyzna otoczył Różę ramieniem, gdy pokonywali schody, a w łukowatym przejściu dla pieszych pod ceglaną bramą powiedział, że na jej szczycie bociany uwiły sobie gniazdo. Ale jak tylko wyszli z jej półmroku, wypuścił kobietę z objęcia i szli osobno, lecz wciąż bardzo blisko. Pachniał niezwykle intrygująco, więc miała problem z zebraniem myśli. Męski zapach zakłócał Róży - wtedy jeszcze nie Nowak, ponieważ mając trzydzieści lat, wciąż nosiła panieńskie nazwisko - zdolność do formułowania logicznych odpowiedzi, a zainicjowanie rozmowy w ogóle było niemożliwe. Zwolniła kroku, chcąc zostać choć kilka centymetrów za nim, przechyliła dyskretnie głowę w bok, aby nie zauważył, i dotykając nosem prawego ramienia, na którym wcześniej leżała jego dłoń, sprawdziła, czy zostawił tam swój zapach. Zostawił, chociaż musnęła ją myśl, że tylko tak sobie wmawia. Nie było to ważne. Ważne było, że na jej letnim piaskowym płaszczyku wyczuła usadowiony zapach, więc zaniesie go do domu ciotki, by jeszcze na chwilę wtulić nos. Nawet przymknęła oczy, analizując delikatnie wyczuwalną woń. Było w niej lato, świeżość cytrusów i słońce, i sosnowy las.

I coś jeszcze niesamowicie męskiego. Prawie sześćdziesięcioletnia dziś kobieta uśmiechnęła się na tak odległe i romantyczne wspomnienia. Ciotka jednym telefonem wybudziła w niej czas wielu wakacji spędzonych w Nowym Mieście. Wspomnienia są miłe, pomyślała, ale dać jej tam dom, żeby zamieszkała w nim... to już inna bajka. W ogóle niemiła. To bajka-żart. To bajka, która zburzy jej harmonijny i ukochany świat. To horror, a nie żadna bajka!

Gdy wówczas wróciła ze spaceru do domu ciotki Zyty, zdejmując płaszcz, zanim go powiesiła na wieszaku, zagłębiła dłoń w jego kieszeń, aby wyjąć chusteczkę. Natrafiła na zimny i twardy przedmiot. Aż jej się nogi ugięły, gdy ujrzała niewielki owalny kamień na rzemyku.

- Dobrze, że przyszłaś, Różyczko, ziemniaczki już prawie miękkie. Zaraz sobie zjemy obiad - z kuchni, wraz ze smakowitymi zapachami, dochodził głos, jakby był skierowany do dziecka. Ciotka zawsze zdrabniała słowa, zwracając się do Róży. To nic, że Róża miała trzydzieści lat. Ciotka tak mówiła do niej, gdy Róża była małą dziewczynką i nastolatką. I wciąż tak się zwraca, gdy dzwonią do siebie, choć wkrótce zostanie emerytką.

Po chwili Zyta stanęła w drzwiach i widząc w ręku kobiety wisiorek, wyciągnęła po niego dłoń, mówiąc z nostalgią:

- To krzemień pasiasty. Taaak... magiczny kamień.

- Skąd to wiesz? Znasz się na kamieniach? - Róża była zdziwiona wiedzą ciotki.

- Ja też go mam, tylko w pierścionku. Dlatego od razu poznałam. - Złapała Różę za rękę i poprowadziła do sypialni.

Na starym okrągłym stoliku przykrytym białą serwetą z makami wyhaftowanymi łańcuszkiem stała drewniana rzeźbiona kaseta sporych rozmiarów. Zyta otworzyła ją i z natłoku staromodnej biżuterii wyjęła srebrny pierścionek z kamieniem w paski.

- Z Sandomierza. Teodor mi kupił. Jeździł tam czasem zawodowo z Jaśkiem, moim bratem. Raz pojechałam do nich. Wtedy sama wybrałam sobie ten pierścionek, ale zapłacił Teoś - opowiadała Róży z nostalgią.

- Niesamowite. Są takie podobne, tylko ten nieco jaśniejszy. - Róża wpatrywała się w pasiaste kamienie. - Jest piękny.

- Tak. Nie wiedziałabym, gdybym też go nie miała. A ty skąd go masz? - Zyta podejrzliwie zerkała na młodą kobietę.

Róża poczuła, że pąsowieje.

- Właśnie go znalazłam... w kieszeni. Widocznie dostałam... - przerwała nagle dukanie, żałując, że zaczęła wtajemniczać ciotkę w swoją nowomiejską znajomość. Mogła przecież powiedzieć, że ma go od zawsze i przywiozła z domu, z Rzeszowa, żeby założyć do sukienki. Była pewna, że kamień w kieszeni to sprawka Jędrzeja. Nie było innej możliwości, ponieważ od przyjazdu do ciotki z nikim innym nie spotkała się.

- Nie musisz nic mówić, dziewczyno. - Uśmiechnięta filuternie Zyta zerkała na Różę znad okularów. - To kamień optymistyczny. Daje energię i wybudza w nas tylko dobre nastroje. Wydobywany jest w okolicach Gór Świętokrzyskich. Pamiętam, jak w sklepie z pamiątkami miła kobieta dużo nam o nim opowiedziała. Jest naprawdę piękny. Spójrz, jakie ma ładne kolory i jaki ciepły jest. Przyjrzyj się tym cienkim pofalowanym paseczkom. Jest w nich tyle przyjemnego: spokój i ciepło szarości, pogoda i harmonia. Już samo patrzenie w niego uspokaja. To tak, jakbyś trzymała w dłoniach ciepłe kakao w ulubionym kubku. Dokładnie to powiedziała nam tamta sandomierzanka. I ja się z nią zgadzam. Noś go, bo to dobry kamień. Nazywają go pozytywnym. - Z powrotem włożyła w dłoń Róży owalny krzemień i dodała z uśmiechem, patrząc na nią z przechyloną głową: - A różyczkę szybko włóż do wody. W kredensie za szybą jest mały wazonik. A skąd ten kwiat, już nie zapytam, za to powiem, że imię masz piękne.

[1] Fragment piosenki Jedwab. Wykonanie oryginalne (1992) - zespół Róże Europy. Autor tekstu Piotr Klatt.

Na sąsiedniej półce

Szukasz książki, audiobooka? Skorzystaj z wyszukiwarki
;

REKLAMA

LINKI SPONSOROWANE

REKLAMA

Znajdź swoje wakacje

REKLAMA

Najnowsze informacje na Tu Stolica

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

Kup bilet

Znajdź swoje wakacje

Powyższe treści pochodzą z serwisu Wakacje.pl.

Polecamy w naszym pasażu

REKLAMA

REKLAMA

City Break
City Break