REKLAMA

norblin lipiec 02 1norblin lipiec 02 2norblin lipiec 02 0

Spleciony obraz. Cienie prawdy, tom 4

zapowiedź
autor: Maria Weronika Józefacka
wydawnictwo: Replika
seria: Cienie prawdy
wydanie: Poznań
zapowiedź: 29 września 2026
forma: książka, okładka miękka
wymiary: 145 × 205 mm
liczba stron: 320
ISBN: 978-83-6892311-7

Przejmująca opowieść o tym, że z bliznami przeszłości można pogodzić się dopiero wtedy, gdy ujrzymy w oczach drugiego człowieka własną, prawdziwą twarz.

Marta na dobre odcięła się od prostytucji i zbudowała nowe, bezpieczne życie w Olsztynie jako pracownica agencji detektywistycznej.

Agata, Przemek i Daniel okrzepli w nietypowej konfiguracji rodzinnej, ale mierzą się z burzliwym dorastaniem Julki. Dziewczyna wplątała się w niepokojącą przyjaźń z Sandrą. Na prośbę Daniela Marta po raz drugi angażuje się w sprawy Julki. Prowadzi ją to do miejsc, od których uciekła i ludzi, których wyrugowała z życia. Jedną z takich osób jest Igor, barman z Charlene...

Fragment

Rozdział 1

Za progiem kawiarni Marta zdjęła z twarzy maskę naiwnej hostessy. Trafiony, zatopiony - pomyślała z satysfakcją. Obiekt, czyli mężczyzna, którego niewierności miała dowieść, w końcu zaproponował, by kon­tynuowali rozmowę w pokoju hotelowym. Patrzył na nią tak łakomie, że detektyw na pewno nacykał fotek, które wystarczą, by zamknąć zlecenie. Rozejrzała się po ulicy, ale ta była już pusta. Zresztą i tak nie wiedziała, kogo wysłał dzisiaj Kondi. Właśnie, Konrad!

Oddaliła się od kawiarni, żeby nie wpaść przypadkiem na obiekt, skręciła w boczną uliczkę i zadzwoniła do szefa. Zdała mu raport z przebiegu spotkania. Pochwalił ją, a potem, ku jej zaskoczeniu, za­prosił do biura.

- To coś pilnego? Miałam na dzisiaj trochę inne plany... - Próbo­wała się wymigać.

- Pilnego. Mam do ciebie interes i chciałbym to obgadać osobiście. Nie zajmę ci dużo czasu.

Zgodziła się więc, opatuliła szyję apaszką i dopięła ostatni guzik płaszcza. Koniec września zamiast polskiej złotej jesieni przynosił od kilku dni porywiste wiatry i temperatury typowe raczej dla końcówki października. Potem wezwała Ubera.

Kilkanaście minut później siedziała w pokoju Konrada. Czekała, aż skończy rozmawiać.

Odłożył wreszcie telefon i przysiadł na rogu biurka, które jak zwy­kle błyszczało porządkiem. Papiery ułożone w idealny stosik, długopi­sy i bloczki do notatek posegregowane według kolorów w organizerze, a na blacie ani jednej drobinki kurzu.

- Wiesz, że pedantyzm to jedna z cech wyróżniających psychopa­tów? - rzuciła z uśmiechem. Lubiła tego łysawego konusa w źle do­branych okularach. Był wymagający, ale potrafił pochwalić za dobrze wykonaną pracę i nieźle płacił, w każdym razie tyle, że na życie w Olsz­tynie wystarczało.

- A myślisz, że dlaczego założyłem agencję detektywistyczną? Pod latarnią najciemniej.

Wyszczerzył się, ale zaraz spojrzał na Martę poważniej, jakby coś sobie przypomniał.

- No, Kondi, dawaj. Co się urodziło? - Pochyliła się z uwagą w jego stronę. Napotkawszy skonsternowane spojrzenie szefa, wyprostowała się i zaplotła przed sobą ręce. Zapomniała, że jej służbowy mundurek składał się dzisiaj z szerokich spodni i kopertowej bluzki z głębokim dekoltem, którym właśnie zaświeciła Konradowi po oczach.

- Tak, mhm... - Zająknął się i poprawił okulary. - Mam dla ciebie pewną propozycję, a właściwie zmusza mnie do tego sytuacja. Jedna z pracownic postanowiła wyjechać na stałe za granicę i złożyła wypo­wiedzenie. Mógłbym spróbować ją zatrzymać na jakiś czas, ale z nie­wolnika nie ma robotnika, jak to mówią. Dokończy bieżące zlecenia, ale nie zacznie już nowych, a ja nie mam kim jej zastąpić - powiedział przepraszającym tonem.

- Nie ma sprawy, wezmę je za nią. Wyślij mi adresy i szczegóły spraw. -Wzruszyła ramionami i już sięgnęła po torebkę, uznając spra­wę za załatwioną, ale powstrzymał ją gestem.

- Poczekaj. Sęk w tym, że chodzi o zlecenia w Warszawie. Musia­łabyś przenieść się tam na kilka tygodni, może dwa miesiące. W tym czasie znajdziemy kogoś na stałe.

Z Marty zeszło powietrze. Opadła na fotel i spojrzała na Kon­rada z namysłem.

- Góra dwa miesiące?

Skinął głową.

- Mamy na Żoliborzu służbowe mieszkanie, stoi akurat puste. Nie ukrywam, że jesteś moim najlepszym i jedynym wyborem, bo jako jedyna z dziewczyn znasz dobrze Warszawę. Wiem też, że nie trzeba cię niańczyć. Oczywiście to my zgarniamy większość kasy za twoje zlecenia. Dla ciebie działka jak zwykle, plus bonus za niedogodności. A z tego, co wiem, jednej klientce bardzo zależy na uwolnieniu się z pęt teoretycznego małżeństwa.

Marta słuchała tego z mieszanymi uczuciami. Nie po to ponad dwa lata temu uciekła do Olsztyna, żeby teraz wracać na stare śmieci. Tamto życie zostawiła za sobą i tak było dobrze. Tylko że Konrad nie miał zielonego pojęcia o jej ,,tamtym życiu".

- Dasz mi chwilę do namysłu?

- Jasne, ale nie ukrywam, że chwila nie może trwać długo. War­szawka ma chyba naprawdę nóż na gardle - dorzucił z przekąsem. Jego chłodne relacje z podlegającym mu szefem biura w stolicy nie były ta­jemnicą. - Aha, pamiętasz Bacę? Chyba przecięły wam się kiedyś dro­gi? Też się tam przeniósł. Będziesz mieć od razu kolegę. - Uśmiechnął się przymilnie.

- Daj mi dzień, dwa. Muszę poukładać tutaj parę spraw - odpar­ła asekuracyjnie, bo tak postąpiłby każdy rozsądny pracownik na jej miejscu.

Chociaż spraw do układania nie miała specjalnie dużo. Życie towa­rzyskie ograniczało się do spotkań przy winie z dwiema koleżankami, kontaktów z mężczyznami miała po kokardę w pracy, psa nie posia­dała ze względu na alergię. Mimo to nie uśmiechało jej się wyściubiać na dłużej nosa poza Olsztyn.

Uścisnęła Konrada przelotnie na do widzenia i wyszła na wietrz­ną ulicę. Z niesmakiem zarejestrowała, że chociaż dochodzi ledwie piąta, zapadła szarówka. Czekając na autobus, kuliła się pod wiatą, która nie osłoniłaby Kamila Stocha, obserwowała wirujące na traw­niku smętne resztki lata i rozważała propozycję szefa. Perspektywa wyjazdu do Warszawy budziła w niej głęboką obawę. Zakotwiczyła się w Olsztynie, a teraz los miał ją stąd porwać niczym wiatr te zwię­dłe liście. Z drugiej strony, niespodziewanie dla niej samej, jakiś głos kusił, mamił tęsknotą za spacerem przez Park Skaryszewski, niepowta­rzalnym smakiem kebsa na Francuskiej i wszechobecnym rejwachem. Olsztyn to nie dziura zabita dechami, ale energia miasta była inna niż wieczna zadyszka stolicy.

Zirytowała ją ta niesubordynacja własnej duszy, którą trzymała w ryzach od odejścia z Charlene. A jeszcze bardziej to, że autobus wciąż nie nadjeżdżał.

Z rozważań wyrwał ją dzwonek telefonu. Wydobyła z czeluści tor­by smartfona, zerknęła na wyświetlacz i odebrała, odwracając się ty­łem do wiatru:

- Cześć, tato. Coś się dzieje? Bo jak nie, to zadzwonię z domu. Ury­wa mi głowę na przystanku.

- Nie, nic wielkiego. Chciałem ci tylko przypomnieć, żebyś wy­kupiła mamie leki, na recepcie są jeszcze dwa opakowania Ariceptu. Wpadniesz wkrótce do Szczytna?

- Pamiętam i wpadnę. Pewnie w weekend.

Nagle przyszedł jej do głowy oczywisty powód, dla którego ab­solutnie nie może wyjechać. Dlaczego od razu o tym nie pomyślała? Przecież Konrad by zrozumiał.

- Tato, a jak mama się dzisiaj czuje?

- Świetnie. Poszła nawet na wykład na uniwersytecie trzeciego wieku. Jakieś malarstwo czy rzeźba. - Przez głos taty przebijała radość.

- A czy myślisz.... - Zawahała się, bo nagle zrobiło jej się głupio, że gra kartą mamy, żeby uniknąć podejmowania decyzji. - Myślisz, że poradziłbyś sobie, gdybym przez jakiś czas, miesiąc czy dwa, rzadziej u was bywała? Szef poprosił, żebym zastąpiła koleżankę w Warszawie.

Przez chwilę wsłuchiwała się w ciszę w słuchawce, widocznie tata się zastanawiał, jak zgrabnie zatrzymać ją blisko. I dobrze, tu jest jej miejsce, problem z głowy. Niech sobie Warszawka sama znajdzie ko­goś na cito.

- A czy Warszawa jest na innym kontynencie? Albo ja mam dwie lewe ręce? Zaopiekuję się mamą, a ty jedź - odparł z podejrzanym entuzjazmem. - Zabaw się, poznaj kogoś. Może znajdziesz mi tam zięcia, skoro w Olsztynie za mały wybór. Zaraz będziesz starą panną.

- Taaato, proszę cię...

- Co tato, co tato. Ja wiem, że teraz się mówi singielka. I nie każę ci od razu lecieć przed ołtarz z pierwszym lepszym, ale wnukami bym nie pogardził. A i mama, póki jeszcze kojarzy...

- Dobrze, czyli mam twoje błogosławieństwo - ucięła rozdrażnio­na. Nie na taką odpowiedź liczyła.

Chociaż czego się spodziewać po byłym policjancie, jak nie po­stawy ,,ze wszystkim sobie poradzę". Zawsze sobie radził. Po śmier­ci Roberta głównie przy pomocy małpek z żołądkową gorzką. Na szczęście w porę mama znalazła w sobie siłę, by zauważyć, co się dzieje i postawiła go do pionu. Od czasu jej diagnozy nie tknął na­wet piwa.

- Kończę, jedzie mój autobus - rzuciła w słuchawkę, bo rzeczywi­ście do przystanku zbliżała się sto szesnastka w stronę Zielonej Górki.

Zajęła miejsce przy oknie i zapatrzyła się w kalejdoskop szyldów i neonów. Przypomniała sobie inne, bardziej krzykliwe, nachalne. A może to tylko życie było wtedy bardziej intensywne, mocniejsze? Nagle zatęskniła za Warszawą. To tylko dwa miesiące. Jakie jest praw­dopodobieństwo, że napatoczy się ktoś, kto pamięta ją jako Sabinę z Charlene? Gdzie Żoliborz, a gdzie Wilanów? Wystarczy omijać go szerokim łukiem. Poza tym z krótkimi włosami w odcieniu jasnego kasztanu nikt jej nie pozna.

Wyjęła telefon z torebki i postukała nim o kolano. Wybrała numer Konrada, wysłała mu wiadomość i zamknęła oczy. Nagle przestraszyła się tej emocjonalnej i pochopnej decyzji. Po chwili dostała odpowiedź:

Świetnie, na Ciebie zawsze można liczyć:-). Zaczynasz od października.

Wzięła głęboki wdech i zasłuchała się w siebie, a potem zaczęła wy­liczać w głowie sprawy do załatwienia przed wyjazdem. Przede wszyst­kim wizyta u lekarza i zapas leków na dwa miesiące - pomyślała trzeź­wo. A zaraz potem naszła ją refleksja, że może to właśnie dobry krok. W końcu przetestuje swoją odporność psychiczną. Najwyższa pora.

*

Igor narzucił kurtkę i wyszedł tylnym wyjściem. Gdy skręcił za róg budynku, dojrzał koniec falującej kolejki młodzieży, głównie stu­dentów pierwszych lat. Ekrany telefonów podświetlały roześmiane twarze, podniesione głosy zlewały się w pełen ekscytacji harmider. Pomyślał, że piątkowy wieczór zapowiada się równie pracowity, co owocny. Z daleka dostrzegł przed wejściem wyciągniętą w jego stronę rękę ochroniarza. Kiwnął mu głową i przecisnął się między dwoma rozochoconymi grupkami, kołyszącymi się niecierpliwie w rytm bitów stłumionych grubością ścian. Podszedł do nowego, którego imienia nie pamiętał. Jego gładko ogoloną, kanciastą twarz spowijał zielonka­wy blask neonu, a ramiona niemal wypełniały wejście.

- Co jest?

- Przepraszam, szefie, że zawracam głowę, ale jedna małolata upiera się, że wejdzie - powiedział, nachyliwszy się w stronę Igora, by prze­bić się przez szum wokół. - Nie ma dowodu, więc normalnie bym ją spuścił na drzewo, ale kazała pana zawołać. Znała imię i nazwisko, więc pomyślałem...

- Dobrze pomyślałeś.

Igor klepnął go w muskularne ramię i spojrzał we wskazanym przez niego kierunku.

W mordę - westchnął w duchu z irytacją.

Kilka kroków dalej, pod literą L z neonu PLAZMA, stała ciem­nowłosa dziewczyna w srebrzystym futerku, obcisłych dżinsach i kozakach na obcasach tak wysokich, że kiedyś przyprawią ją o haluksy.

- Jesteś sama? - odezwał się bez wstępów, stając przed nią z obo­jętną miną.

Przynajmniej taką starał się przyjąć, chociaż najchętniej wsadził­by gówniarę w Ubera, poradził, by przysiadła do geometrii, zamiast włóczyć się po klubach, i wysłał do domu.

- Nie, ale dziś zabrałam tylko jedną koleżankę - odparła przymil­nie i wskazała na dziewczynę obok, niemal wierną kopię jej samej. Grube czarne kreski na powiekach wyciągnięte prawie za uszy, brzo­skwiniowa cera bez skazy, gładko przylizane blond włosy i bordowe usta - wszystko, żeby wyglądać na taką, która może kupić w sklepie alko i fajki.

- Chodźcie.

Puścił mimo uszu umizgi dziewczyny, odwrócił się na pięcie i ru­szył w kierunku parkingu na tyłach klubu. W miarę jak oddalał się od wejścia, harmider i muzyka cichły. Teraz za sobą słyszał tylko po­spieszne stukanie obcasów. Dotarłszy do ciężkich drzwi od zaplecza, otworzył je szeroko i wsparty o klamkę czekał, aż małolaty wejdą. Gdy go mijały, posłał im niechętne spojrzenie.

- Tatuś na pewno wie, gdzie nieletnia córeczka baluje w piątkowy wieczór? - rzucił za plecami Sandry i poprowadził je korytarzem za­stawionym po obu stronach kegami i skrzynkami.

Muzyka znów narastała, basy pulsowały między ścianami.

- A to już chyba nie twój interes - odparła lekceważącym tonem, oglądając się za siebie. Najwyraźniej zwycięstwo i smak władzy ude­rzyły jej do głowy.

W Igorze wszystko się zagotowało, ale zaraz ochłonął. To osta­tecznie nie jego sprawa. Oczywiście tylko tak długo, jak długo gów-niary nie nabiją sobie guza, zadając się z podejrzanym towarzystwem. Wtedy zapewne okaże się, że to jednak jego broszka.

- Mam cię na oku - odrzekł chłodno.

Zostawił dziewczyny i skręcił do swojego biura. Pchnął ramieniem drzwi z napisem ,,tylko dla personelu" i z ulgą przyjął panującą tu względną ciszę.

Usiadł za biurkiem, włączył lampkę i zerknął na ekran jednego z szeregu monitorów. Sandra z towarzyszką tkwiły przy barze wci­śnięte między ludzi, oparte o blat łokciami, niby stałe bywalczynie i najwyraźniej czekały na drinka. Na szczęście interesem zawiadowa­ła tej nocy obrotna barmanka, na której przytomność mógł zwykle liczyć. Wierzył, że młode dostaną drinki o połowę słabsze niż inni goście. Dostrzegł nawet, jak nachyla się do ucha jednego z kolegów i wskazuje głową Sandrę.

Oderwał wzrok od monitora i przeniósł go na plik papierów na biurku. Zwykle porządkował je w poniedziałek po południu, kiedy w klubie opadał kurz po weekendowym szczycie, ruszały przygoto­wania do kolejnego, a bar pracował na zwolnionych obrotach. Tym razem jednak wziął wolne. Postukał palcem w plik faktur i uśmiechnął się z rozmarzeniem. Zerknął na telefon i odczytał ostatniego esemesa od Laury. Sądząc po fotkach z zakupów, które mu wysłała, noc z po­niedziałku na wtorek zapowiadała się co najmniej ekscytująco.

*

Daniel wrzucił kask do bagażnika, strzepnął z kurtki pył i wsiadł do sa­mochodu. Po chwili otworzyła się przed nim brama upstrzona szylda­mi ostrzegającymi przed wjazdem na plac budowy i skręcił w wyboistą szutrową drogę. Miał nadzieję, że duża sprzedaż, za którą zgarnie nie­złą prowizję, nie będzie wymagała kolejnych wycieczek do Rzeszowa.

Zatrzymał się na najbliższym Orlenie, wypił espresso, zagryzając je hot-dogiem, i ustawił nawigację na Radziejowice. Przy okazji wpadł mu w oko esemes od Agaty. Znowu utyskiwała na zachowanie Julki 19

i zapowiadała, że przy następnym wyskoku da jej szlaban do matury. Westchnął, przetarł oczy i ruszył ze stacji w stronę trasy. Po kilku mi­nutach wyskoczył na ekspresówkę i wtedy na spokojnie się zastanowił.

Od paru dni chodził mu po głowie pewien pomysł, ale co chwila zmieniał zdanie i go porzucał. Zachowanie Julki od ostatniego lata rze­czywiście niepokoiło, także jego i Przemka. Tyle że w przeciwieństwie do Agaty nie uważał, żeby oplecenie pokoju córki drutem kolczastym wniosło cokolwiek do sprawy. Tylko czy jego plan nie był w gruncie rzeczy bardziej radykalny? Z jednej strony zahaczał niemal o narusze­nie prywatności Julki i dowodził kompletnego braku zaufania do niej, z drugiej będzie mógł sobie wypchać materac zaufaniem, jeśli młoda wpakuje się w kłopoty.

Zerknął na wyświetlacz - dochodziła osiemnasta. Postukał pal­cami w kierownicę. W końcu zdecydował: zadzwonić nie zawadzi, zawsze może w ostatnim momencie się rozmyślić.

Wyszukał kontakt w telefonie. Wybrał numer, a zestaw głośnomó­wiący przerwał występ grupie M?naskin długim sygnałem.

- Cześć, możesz rozmawiać?

Przypomniało mu się w ostatniej chwili, że obecne zajęcie Marty często wymaga pracy wieczorami.

- Cześć, mogę. Na dzisiaj wyrobiłam normę, choć tym razem oka­zało się, że facet zamiast złożyć mi niemoralną propozycję, upatrzył sobie we mnie przyjaciółkę. Przez dwie godziny słuchałam o tym, że wziął ślub, zanim pogodził się z własną orientacją seksualną i nie wie, jak to odkręcić, nie krzywdząc rodziny. Detektyw czatował z aparatem przez cały ten czas w samochodzie, podczas gdy robiłam za rękaw na smarki. - Zwieńczyła wywód westchnieniem. - A co u ciebie?

Daniel się speszył. Stanęło mu przed oczami letnie popołu­dnie sprzed lat, kiedy podobnie jak ten frajer zwierzał się Marcie, a właściwie Sabinie, z problemów rodzinnych. Tyle czasu minęło, a to wciąż napawało go wstydem.

- Daniel? Żyjesz?

- Żyję, żyję - odparł, przywołując skupienie, bo jeden z tirów zajechał mu drogę. Wcisnął klakson do oporu.

- U mnie wszystko okej, wracam z roboty w Rzeszowie. Ale nie o mnie chciałem pogadać, tylko o Julce. - Urwał, bo pomysł znowu wydał mu się irracjonalny. Marta też pewnie go obśmieje. Ale skoro powiedział ,,A"... - Mamy z nią kłopot. W sensie ja, Agata i Przemek. Podczas kursu przygotowawczego do egzaminu ósmoklasisty poznała jedną koleżankę.

- I...? To chyba dobrze, że znalazła sobie towarzystwo?

- Poczekaj. Zaraz potem skumała się bardziej ze starszą siostrą tej koleżanki. Chodzi do drugiej klasy liceum, w które Julka też celu­je. I to towarzystwo już jej zdecydowanie nie służy. - Pokręcił głową z dezaprobatą, jakby Marta miała go zobaczyć. - Minęły zaledwie trzy miesiące tej całej przyjaźni, a my jej nie poznajemy.

- Przecież dorasta. Trudno, żeby cały czas nosiła kucyki, prze­siadywała tacie na kolanach i jarała się Psim patrolem. Ile ma teraz lat. Czternaście?

- Pod koniec listopada skończy piętnaście. Trzeba było ją przetrzy­mać rok dłużej w zerówce, jak była taka możliwość. Może miałaby teraz więcej oleju w głowie - mruknął, zbity z tropu.

Czy faktycznie przesadzał? Nie, nie przesadzał.

- Ja wiem, że to nie jest już dziecko, ale do tej pory nie sprawiała kłopotów. I nie chodzi o to, że stroi fochy, czy czasem pyskuje. Ja py­skowałem, ty pewnie też, prawie wszyscy w jej wieku pyskowali. Ale ona powinna siedzieć teraz na tyłku i wkuwać matematykę, a zamiast tego lata na pazury, zakupy, przynosi do domu drogie ciuchy, które podobno funduje jej koleżanka. Że o malowaniu się nie wspomnę. Ostatnio kazaliśmy jej oddać Sandrze nowego Iphone'a, którego jej podobno podarowała - wyliczył jednym tchem i zamilkł, wyczeku­jąc reakcji Marty.

Tiry w końcu się wyprzedziły, więc wcisnął pedał gazu.

- A dzwonisz z tym akurat do mnie, bo...? - odezwała się w końcu obcym, chłodnym tonem. - Myślisz, że ona...

Nie od razu zrozumiał. Kiedy dotarło do niego, co pomyślała sobie Marta, przeklął, wciskając słowa w rękaw bluzy.

- Jezu, nie, no co ty - wyjąkał. - Przepraszam, nawet mi to do gło­wy nie przyszło - wydukał i poczuł, że palą go policzki.

Rzeczywiście w najgorszych scenariuszach nie brał pod uwagę, że Julka mogłaby pójść w ślady Marty sprzed lat. Przecież to jeszcze dziec­ko, jego córeczka. Fuknął pod nosem, bo jak na złość wyświetlił mu się przed oczami kadr z filmu Galerianki.

- Więc o co chodzi? Chciałeś się wygadać? Poutyskiwać na dzisiej­szą młodzież? Rozczaruję cię - dodała łagodniejszym tonem. - Nie­wiele wiem o dzisiejszej młodzieży. I pewnie już się nie dowiem.

- Pomyślałem, że mogłabyś mi pomóc wybadać sprawę. Wiem, że jesteś daleko, ale przecież masz tu w Warszawie kolegów. Nie chodzi o żadne wielkie śledztwa ani dochodzenie. Ale Julka, pytana o tę całą Sandrę, rzuca się, stroi fochy i mówi, że czepiamy się Bogu ducha winnej dziewczyny z dobrego domu, która w dodatku ma ją poznać z ludźmi z liceum i ułatwić start w nowej szkole. Ciekawe, jak się do tej szkoły dostanie. - Daniel odzyskał rezon, pochłonięty już bardziej sprawami rodzinnymi niż wpadką sprzed chwili.

- Hmm... nie znam Julki dobrze, tylko z twoich opowiadań. To faktycznie dziwnie wygląda. Ale żeby zaraz ją śledzić?

Na sąsiedniej półce

Szukasz książki, audiobooka? Skorzystaj z wyszukiwarki

REKLAMA

atal zakatek harmonia 2atal zakatek harmonia 0

LINKI SPONSOROWANE

REKLAMA

cmp moje zdrowie 3cmp moje zdrowie 0
Zapraszamy na zakupy

REKLAMA

pan materac 08-2026 1pan materac 08-2026 2pan materac 08-2026 0

Najnowsze informacje na Tu Stolica

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

Kup bilet

Znajdź swoje wakacje

Powyższe treści pochodzą z serwisu Wakacje.pl.

Polecamy w naszym pasażu