REKLAMA

norblin 02 1norblin 02 2norblin 02 0

Kamienica dusz

zapowiedź
autor: Anna Mostyn
wydawnictwo: Replika
wydanie: Poznań
zapowiedź: 21 lipca 2026
forma: książka, okładka miękka ze skrzydełkami
wymiary: 145 × 205 mm
liczba stron: 352
ISBN: 978-83-6874253-4

Lata dwudzieste XX wieku w Nowym Orleanie, mieście jazzu, karnawału i śmierci

Gdy młoda Lilly Straub wraz z siostrą przybywa do Nowego Orleanu, wydaje się jej, że trafiła do miejsca stworzonego do zabawy: ulicami płyną dźwięki muzyki, powietrze pachnie przyprawami, a zbliżające się Mardi Gras obiecuje noc pełną magii. Jednak w cieniu barwnych parad czai się coś znacznie mroczniejszego.

Pogrzeby przypominają święto: są głośne, roztańczone i piękne, jednak gdy w mieście zaczynają umierać kolejne kobiety, radosne kondukty zaczynają budzić niepokój.

Lilly słyszy w swojej głowie rytm bębnów, który prowadzi ją coraz głębiej w świat voodoo, starych wierzeń i niebezpiecznych namiętności, a spotkanie z tajemniczym mężczyzną może okazać się początkiem czegoś, czego nie da się już zatrzymać.

Bo w Nowym Orleanie granica między życiem a śmiercią bywa zaskakująco cienka.

Fragment

1

Brigitte Baron wpadła do mieszkania przy Royal Street jak rudowłose tornado. Ta kobieta fascynowała Marie, od kiedy tylko dziewczyna zjawiła się z lady Straub w Nowym Orleanie. Trudno było odgadnąć wiek pani Baron. Z jednej strony wyglądała na niewiele starszą niż panna Girard, nieco ponad czterdziestoletnią. Z drugiej zaś podobno była tylko kilka lat młodsza od swojego męża. To dopiero była prawdziwa zagadka. Jeśli spojrzało się na Samuela Barona, widziało się przygarbionego, siwego jak gołąb staruszka w wysokim czarnym cylindrze. Miał twarz tak pooraną zmarszczkami, że można było mu dać od osiemdziesięciu po sto dwadzieścia lat - żywa, zasuszona mumia. Aż dziw brał, kiedy spoglądało się na jego żonę, to rudowłose zjawisko obleczone w czerń, wysokie i szczupłe jak trzcina cukrowa. Czy ta kobieta naprawdę mogła być minimum po osiemdziesiątce?

Państwo Baron mieszkali naprzeciwko kamienicy, w której zatrzymały się lady Straub i Marie, i na co dzień zajmowali się, co tu dużo mówić, dość niecodzienną, choć jakże naturalną działalnością - obcowali ze śmiercią i umarłymi. Samuel był przedsiębiorcą pogrzebowym, najbardziej szanowanym w Nowym Orleanie. Podobno jako jedyny znał sztuczki, dzięki którym nawet najgorzej wyglądający zmarli - topielce czy ofiary pożarów - w trumnie sprawiali wrażenie, jakby właśnie ucięli sobie krótką drzemkę. Z tego też powodu z domu naprzeciwko często docierały niezbyt przyjemne zapachy, a do tego niektóre dni wypełnione były szlochami i zawodzeniem. Oraz dźwiękami jazzującej orkiestry żałobnej.

Brigitte Baron zajmowała się natomiast miastami umarłych. Dbała o to, żeby na żadnym z nagrobków na nowoorleańskich cmentarzach nie było zwiędłych kwiatów i to dzięki niej najbardziej zaniedbane i zapomniane groby w listopadzie odzyskiwały swój blask.

Państwo Baron mieli kilku synów, jednak żadnego z nich ani lady Straub, ani Marie nie miały okazji poznać. Mężczyźni nie pracowali ze swoimi rodzicami. Krążyły o nich niezbyt przychylne plotki jakoby byli hulakami i bawidamkami.

- Marie, ma chérie, listonosz jak zwykle pomylił się i zostawił list u nas - zahuczała od progu Brigitte, wciskając w dłoń Marie sfatygowaną kopertę. - Mam wrażenie, że robi to specjalnie, tylko po to, żeby na mnie popatrzeć, tu ne penses pas? - Aż cała zatrzęsła się ze śmiechu. Odrzuciła głowę do tyłu, tak że dziewczyna mogła dostrzec cały garnitur jej zdrowych, białych zębów. Nie, Brigitte Baron nie może mieć więcej niż czterdzieści lat, przebiegło jej przez myśl.

Spojrzała na list, był zaadresowany do lady Straub, więc odłożyła go na mały sekretarzyk w rogu pokoju. Milady właśnie ucinała sobie poobiednią drzemkę, nie było sensu jej budzić tylko dlatego, że przyszła poczta.

Marie podziękowała i uśmiechnęła się, a wtedy Brigitte Baron znowu zadudniła - miała głos jak kościelny dzwon, to cud, że panna Straub nie obudziła się na jego dźwięk. Chociaż trzeba przyznać, że milady była już nieco przygłucha z powodu wieku, a ze snu nie wyrwałaby jej nawet kanonada artyleryjska.

- W przyszłym tygodniu mój syn, Gustave, wraca do Orleanu. Wspaniale, n'est-ce pas?

I jakby nigdy nic, nie czekając na odpowiedź, tak jak się pojawiła, tak zniknęła z apartamentu przy Royal Street. Marie odnosiła wrażenie, że jej śmiech jeszcze chwilę po jej wyjściu dźwięczał w pokoju. Na pewno zaś poczuła zapach cmentarnych lilii - Brigitte Baron wszędzie, gdzie tylko się znalazła, pozostawiała po sobie ten mocny, słodki zapach.

***

Dzielnica Francuska, w której zamieszkiwały z lady Straub, już od lat nie cieszyła się zbytnią renomą. Czynsze były niskie, co sprowadziło tutaj wszelkiej maści artystów. Pito, tańczono, hałasowano dzień i noc, było tu mnóstwo dziewcząt dość swobodnych obyczajów - jednak nie przy Royal Street. Tutaj panował nadzwyczajny spokój, a epicentrum tego spokoju stanowiła kamienica Baronów. To chyba aura śmierci tak wpłynęła na tę okolicę. Im bliżej Royal Street 53, czyli zakładu pogrzebowego, ktoś się znalazł, tym bardziej ściszał głos. Ludzie spuszczali głowy i szli w milczeniu, byle jak najszybciej oddalić się od tego miejsca. Pięćdziesiąt, sto metrów dalej znowu zaczynali szeptać, a po około kilometrze znowu pojawiały się hałasy i zabawy tak charakterystyczne dla Dzielnicy Francuskiej.

Ten specyficzny klimat z jakiegoś nieznanego Marie powodu spodobał się lady Straub i sprawił, że wynajęła przy Royal Street, naprzeciwko Baronów, całą kamienicę. Trzeba przyznać, że w końcu i Marie polubiła ten święty spokój, mimo od czasu do czasu dochodzącego ją zapachu formaliny i innych chemikaliów, a także odgłosów zrozpaczonych żałobników.

- Marie, pomóż mi się ubrać - wyrwał ją z zamyślenia głos panny Straub.

Dziewczyna pospieszyła do głównej sypialni, gdzie w wielkim łożu z baldachimem milady ucinała sobie poobiednią drzemkę. Pościel jak zwykle była w zupełnym nieładzie, a panna Straub była przebrana w koszulę nocną - nie wyobrażała sobie drzemania w codziennym ubraniu.

Gdy w końcu Marie pomogła jej się przebrać i uczesać długie do pasa, lecz strasznie cienkie siwe włosy, tak niepraktyczne dla siedemdziesięciolatki, lady Straub przeszła do bawialni.

- Brigitte Baron - mruknęła pod nosem. - Wszędzie rozpoznam ten duszący zapach lilii. Czego chciała?

- Listonosz znowu zostawił u nich naszą pocztę - odpowiedziała Marie i wręczyła milady kopertę z jej starannie wykaligrafowanym nazwiskiem.

Lady Straub tylko pobieżnie przesunęła wzrokiem po kartce, po czym trzepnęła w nią dłonią i z szerokim uśmiechem na ustach wykrzyczała:

- Ha! Marie, szykuj pokoje! Moje bratanice przyjeżdżają.

2

Kolejne dni minęły mieszkankom Royal Street na przygotowaniach. Gdy służące zajmowały się sprzątaniem apartamentów, Marie wraz z lady Straub urządzały pokoje. Milady wydawała majątek na poduszki, zasłony i pościel, po czym następnego dnia zmieniała zdanie co do wzorów i kupowała kolejne zestawy. Róże zostały zastąpione przez lilie, jednak te za bardzo kojarzyły się z Brigitte Baron i jej cmentarnymi obowiązkami, więc w ich miejsce pojawiły się stokrotki. A potem bzy. I znowu róże, jednak drobniejsze. W końcu to na nich stanęło.

Pokoje tonęły w kwiatach - i nie chodzi tylko o wzory materiałów. Lady Straub zażyczyła sobie, by na stolikach i sekretarzykach stanęły olbrzymie bukiety róż na powitanie dawno niewidzianych bratanic. Wszędzie unosił się różany zapach i nawet cmentarne lilie Brigitte Baron nie byłyby w stanie go stłumić. Lecz ta od czasu listu nie pojawiła się w mieszkaniu naprzeciwko, bowiem sama była zajęta przygotowaniami do przyjazdu syna.

Nadszedł ten dzień, kiedy pani Martha Connors wraz z mężem, porucznikiem Ridleyem Connorsem, oraz panna Elizabeth Straub miały przybyć do Nowego Orleanu. Wszystko było gotowe, dopięte na ostatni guzik, poza jedną jedyną rzeczą...

- Co tam się dzieje, do licha?! - wykrzyknęła panna Straub, lecz jej głos zniknął wśród dźwięku trąbek, puzonów i bębnów.

Spokojną na ogół ulicą w rytm When the Saints Go Marching In maszerował właśnie korowód ubranych na czarno postaci. Zatrzymali się tuż przy kamienicy Baronów - a pod oknem bawialni lady Straub - nie przestając wygrywać żwawych rytmów na klarnetach, tubach czy kornetach. Czarnoskórzy tancerze klaskali, wywijali kolorowymi parasolkami i wydawało się, że czegoś wyczekują.

W tym momencie drzwi Baronów otworzyły się i wyszedł z nich Samuel Baron w swoim nieodzownym czarnym fraku i wysokim cylindrze. Uniósł dłoń, a wtedy jak na znak dyrygenta orkiestra zamilkła, a tłum rozstąpił się, robiąc miejsce dla staruszka. Zza jego pleców wyłoniło się czterech mężczyzn, których białe rękawiczki silnie kontrastowały z czarnym strojem i ciemną skórą. Nieśli białą trumnę, hojnie przystrojoną krwistoczerwonymi różami. Tłum milczał. Samuel Baron opuścił rękę, a wtedy orkiestra ponownie zagrała. Rozległ się spokojny śpiew Glory, glory, hallelujah, since I laid my burden down, a z ust obecnych w tłumie kobiet wydobyło się przeciągłe zawodzenie.

Czterej mężczyźni niosący trumnę ruszyli przodem, za nimi pomaszerowali pozostali. Starsza czarnoskóra kobieta, której twarz skrywał gęsto tkany woal, podbiegła do białej trumny i położyła na niej dłonie, głośno szlochając. Korowód jednak maszerował dalej, nie przejmując się jej żałobą. Spokojnie, krok po kroku, rozkołysany tłum sunął wzdłuż ulicy niczym wody Styksu, unosząc czyjeś ciało i prowadząc je na miejsce doczesnego spoczynku.

- Nareszcie - westchnęła z ulgą lady Straub. Nie przyzwyczaiła się jeszcze do głośnych nowoorleańskich pogrzebów ani do faktu, że jej przemili sąsiedzi prowadzą zakład pogrzebowy.

- To już drugi pogrzeb w tym tygodniu - rzuciła Marie, wyglądając przez okno i obserwując, jak korowód pogrzebowy znika za rogiem. Na samym jego końcu maszerowali państwo Baron, on przygarbiony, a ona z rozwianym włosem, klaszcząca do rytmu pogrzebowej pieśni.

- I oby ostatni - mruknęła niechętnie lady Straub. - Wolałabym, żeby te ceremonie nie psuły nastroju moim dziewczynkom.

Dokładnie w tym samym momencie, gdy Marie miała zamknąć okno, dobiegł je dźwięk klaksonu i na spokojną na ogół ulicę wypadł czerwony kabriolet, wiozący dwie młode kobiety i mężczyznę. Lady Straub wychyliła się tak gwałtownie, że omal nie wypadła z okna, i wykrzyknęła:

- Są! W końcu przyjechali!

***

Towarzystwo, które wparowało do apartamentu, niczym nie różniło się od huraganów nawiedzających Nowy Orlean. Marie zawsze zastanawiała się, skąd lady Straub, mimo siódmego krzyżyka na karku, wciąż ma w sobie tyle energii. Teraz przekonała się, że jej pracodawczyni to oaza spokoju w porównaniu ze swoimi bratanicami. Dziewczęta jak burza przeszły przez wszystkie pokoje, rozrzucając za sobą walizki, torby, torebeczki, a nawet elementy odzienia - szale i kapelusze - i nie przestając szczebiotać jedna przez drugą.

- Och, ciociu, jak dobrze cię widzieć.

-Wyglądasz wręcz kwitnąco.

- Apartament cudny, wprost cudny!

- Tak! Ale nie wiedziałam, że w Nowym Orleanie będzie o tej porze tak ciepło!

- O, to to! Na pewno nie zabierałabym w podróż tego ciężkiego płaszcza...

Trudno było rozróżnić, która z przepełnionych młodzieńczą energią bratanic właśnie mówi. Nieustannie wchodziły sobie w słowo i przeskakiwały z tematu na temat. Lady Straub, dumna jak paw, siedziała na szezlongu i cieszyła oczy młodością i urodą swoich powinowatych.

Całemu temu chaosowi przyglądał się z kpiącym uśmieszkiem, stojąc w drzwiach, wysoki i obłędnie przystojny mężczyzna, z pewnością porucznik Ridley Connors, mąż jednej z panien. Marie nie była w stanie oderwać wzroku od tych wielkich orzechowych oczu okolonych firankami rzęs oraz karminowych warg. Gdy panny po raz wtóry przebiegały przez wszystkie pomieszczenia apartamentu, na nowo rozrzucając już wcześniej porozrzucane bagaże, Connors spojrzał wprost na Marie i mrugnął zawadiacko. Dziewczyna spłonęła rumieńcem i spuściła wzrok. Wtedy młody człowiek podszedł do lady Straub, chwycił jej dłoń, złożył na niej pocałunek i tonem nieznoszącym sprzeciwu rzekł:

- Drogie dziewczęta, na Boga, zachowujecie się, jakby ktoś was właśnie wypuścił z klatek. - Po czym dodał: - Dzień dobry, ciociu. Liczę, że pozostaje ciocia w dobrym zdrowiu.

Teraz to lady Straub spłonęła dziewczęcym rumieńcem, jednak po chwili zmitygowała się.

- Ach, mój drogi, czuję się wręcz doskonale. A to wszystko dzięki wam. - Lady Straub wprost rozpłynęła się w uśmiechu. - Jak przebiegła podróż? Pewnie jesteście wykończeni! - Skinęła na swoją towarzyszkę i dodała: - Marie, zaprowadź ich do pokojów.

Ridley Connors bez słowa zebrał wszystkie porozrzucane bagaże i fatałaszki i tak obładowany podążył w ślad za Marie. Nagle ciche i zdyscyplinowane dziewczęta niczym kaczęta za kaczą mamą ruszyły za nim.

***

Dziewczęta siedziały w salonie i opowiadały zachwyconej ciotce o trudach podróży, gdy z ulicy dobiegły ich odgłosy bębnów. Za chwilę do nich przyłączyły się klarnety i trąbki, wygrywając już drugi raz tego dnia When the Saints Go Marching In. Trzy młode głowy z ciekawością wychyliły się przez okno, by dowiedzieć się, skąd to zamieszanie.

- No niech to licho, znowu pogrzeb?! Czy w tym mieście non stop ktoś musi umierać? - przekrzykiwała odgłosy dochodzące z ulicy lady Straub.

- Pogrzeb? - Śliczna blond główka Lilly Straub odwróciła się w stronę ciotki. - Ale jak to pogrzeb?

- Taki tu mają zwyczaj, moja droga, by odchodzić z hukiem. I przy okazji irytować sąsiadów - warknęła panna Mathilde, wyraźnie zdenerwowana dźwiękami dochodzącymi spod kamienicy Baronów.

- Hm... Jeśli umrę, to wyprawcie mi właśnie taki pogrzeb. - Lilly uśmiechnęła się wdzięcznie, a jej siostra wybuchnęła głośnym śmiechem. Ciotka cała zaczerwieniła się z gniewu.

- Nawet tak nie mów, młoda damo. Natychmiast to odwołaj i nie kuś złego losu! - wykrzyknęła.

Tymczasem na ulicy barwny korowód zatrzymał się przy domu pogrzebowym. Drzwi otworzyły się i dokładnie tak samo jak kilka godzin wcześniej wyszedł z nich przygarbiony staruszek, którego wysoki cylinder zdawał się jeszcze bardziej przygniatać do ziemi.

- To Samuel Baron, właściciel domu pogrzebowego i mistrz ceremonii - szepnęła stojąca obok Ridleya Connorsa Marie. - Zaraz za nim pojawią się żałobnicy z trumną. Czasami wyczyniają z nią prawdziwe cuda, tylko popatrz...

I na te słowa czterech pokaźnych rozmiarów czarnoskórych mężczyzn we frakach zaczęło wymachiwać trumną na różne strony. W pewnym momencie skrzynia spoczęła na ich ramionach, a oni zaczęli tańczyć i klaskać w rytm jazzującej orkiestry żałobnej. Zgromadzony wokół tłum wybijał stopami rytm i oklaskiwał niezwykły występ tragarzy. Kilka kobiet złożyło na tańczącej trumnie krwistoczerwone róże. Jednak po chwili na znak Samuela Barona, biała trumna zastygła bez ruchu, żałobnicy uformowali tradycyjny kondukt i ruszyli w górę ulicy, w stronę cmentarza. Orkiestra przeszła na spokojniejsze rytmy Down By the Riverside.

- Za panem Baronem idzie jego żona, Brigitte. A ten na samym końcu to chyba ich syn, Gustave, ale nie jestem pewna... Miał dzisiaj pojawić się w Orleanie - objaśniała dalej Marie.

Ridley Connors patrzył na dziewczynę z zainteresowaniem i uśmiechnął się zawadiacko. Marie spłonęła rumieńcem pod jego przewiercającym ją na wskroś spojrzeniem; porucznik Connors wiedział, jak działa na kobiety, i wydawało się Marie, że uwielbiał to wykorzystywać. Trzeba go unikać za wszelką cenę, pomyślała.

Jednak pozostałe panie przebywające w pokoju nie zauważyły tego tężejącego napięcia pomiędzy zamężnym panem Connorsem a towarzyszką starszej panny Straub. Głośno komentowały wydarzenia spod kamienicy Baronów.

- Och, ciociu, nie uważa ciocia, że to był piękny pogrzeb? - zapytała zachwycona Lilly. - Te tańce, muzyka, śpiewy!

- Pogrzeb?! Piękny?! - odparła z niedowierzaniem lady Straub. - Moja droga, chyba coś ci się wyraźnie pomyliło. Jak tylko będziesz w moim wieku, żaden pogrzeb nie wyda ci się piękny. Raczej przerażający i będzie przywodził na myśl, jak niewiele zostało ci czasu.

- To dlaczego ciocia postanowiła zamieszkać właśnie obok domu pogrzebowego, hę? - zapytała zadziornie Martha.

Martha Connors może nie była tak klasycznie piękna jak jej młodsza siostra - trudno bowiem konkurować z blond puklami i wielkimi, niebieskimi jak niebo we Włoszech oczami - jednak nie była brzydka, co to to nie. Jej uroda wymagała wyrafinowania i dobrego smaku. To było to coś, coś, co trudno opisać, uchwycić na fotografii czy odmalować. Martha przyciągała wzrok, a dodatkowo przez swoją żywiołową naturę i olbrzymią inteligencję wodziła na pokuszenie. I chyba dlatego tworzyli z Ridleyem tak zgrane małżeństwo. Żadne z nich nie miało pretensji do tego drugiego o kokietowanie, flirt, a nawet drobne zdrady i romanse. O ile były drobne i to drugie zawsze na koniec dnia wracało do domu.

- Chyba można się było spodziewać, że w domu pogrzebowym odprawiane są pogrzeby, nieprawdaż? - Wbiła spojrzenie w ciotkę i uśmiechnęła się ironicznie; niemal doskonały duplikat uśmiechu jej męża.

- Och, dajże mi spokój - ofuknęła ją lady Straub. - Cena, cisza i spokój, przecież sama wiesz, jak trudno znaleźć dobry apartament. A dom Baronów... to tylko drobna niedogodność.

- Skoro drobna to przestań narzekać na kondukty pogrzebowe - wbiła ciotce szpilę Martha, po czym wybuchnęła śmiechem tak szczerym i uroczym, że skutecznie rozładowała atmosferę. - Poza tym Lilly ma rację, to był naprawdę piękny pogrzeb. Już nie mogę się doczekać kolejnego - rzuciła bezmyślnie, ale miast się zreflektować, ponownie wybuchnęła śmiechem. Tym razem towarzyszyła jej Lilly.

- Jesteście okropne. Okropne dziewuszyska - rzuciła obrażona lady Straub, lecz w jej oczach migotały iskierki rozbawienia. Marie miała wrażenie, że jej chlebodawczyni próbowała się nie roześmiać.

Co za dziwne miasto, pomyślała w duchu Marie, gdzie pogrzeb stanowi powód do hucznego świętowania i żartów.

Na sąsiedniej półce

Szukasz książki, audiobooka? Skorzystaj z wyszukiwarki

REKLAMA

Tech Research Studies 2Tech Research Studies 0

LINKI SPONSOROWANE

REKLAMA

cmp moje zdrowie 3cmp moje zdrowie 0
Zapraszamy na zakupy

REKLAMA

Najnowsze informacje na Tu Stolica

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

Kup bilet

Znajdź swoje wakacje

Powyższe treści pochodzą z serwisu Wakacje.pl.

Polecamy w naszym pasażu