Faktycznie, infrastruktura jak pod Grunwaldem
16 października 2015
Chodząc po wschodniej Białołęce przyjemnie jest czytać nazwy ulic. Idealnie pasuje do nich również ich stan oraz otoczenie - zupełnie, jakbyśmy byli w XV wieku.
Sroka zatrzyma inwestycję, człowiek straci dom. Warszawski teatr absurdu
Być może Franz Kafka, gdyby żył w Warszawie roku 2026, zmieniłby nieco historię człowieka walczącego z machiną państwa. Bohater budziłby się rano i dowiadywał, że jego dom zostanie zburzony pod ścieżkę rowerową, ale stojące pośrodku planowanej ulicy drzewo będzie ocalone, bo cały aparat administracyjny wpadł w panikę, gdy w gnieździe na tymże drzewie wykluły się pisklęta.
Radni, którzy nadawali nazwy tutejszych ulic trafili ze swoimi pomysłami idealnie. Białołęka była wówczas dalekim przedmieściem, znajdującym się hen, hen, za równie przedmiejskim Bródnem. Do dziś zachowały się tu resztki tego niepowtarzalnego klimatu mazowieckiej wsi, w rozwój której niewątpliwy wkład mieli przybysze z Zachodu, zwani Olędrami. Niemcy i Holendrzy - w każdym razie ewangelicy - zostawili po sobie kilka solidnych, ceglanych domostw, które bardzo widocznie odróżniają się na tle polskiej, wiejskiej zabudowy. W niektórych miejscach można odnieść wrażenie, że wcale nie jesteśmy w XXI wieku. Skrzyżowanie ulic Juranda ze Spychowa i Zbyszka z Bogdańca wygląda, jakby rzeczywiście był tu 1410 rok. Mylące mogą być tylko tablice z nazwami ulic wykonane z metalu, ale ich nazwy są idealne.
Przemysław Burkiewicz
.








































