Stara baśń. (barwione brzegi)
| autor: | Józef Ignacy Kraszewski |
| wydawnictwo: | Replika |
| kolekcja: | Słowiańskie Światy |
| wydanie: | Poznań |
| zapowiedź: | 7 lipca 2026 |
| forma: | książka, okładka twarda |
| wymiary: | 145 × 205 mm |
| liczba stron: | 480 |
| ISBN: | 978-83-6874247-3 |
Najsłynniejsza, nawiązująca do staropolskich podań i legend powieść o mitycznych początkach państwa polskiego przepełnionych magią dawnych wierzeń.
IX wiek. Władzę nad plemieniem Polan sprawuje bezwzględny kneź Chwostek. Mamiony przez żonę Brunhildę, marzy o władzy absolutnej. Podlegli mu kmiecie buntują się przeciw jego brutalności i ruszają na kneziowy gród.
W tle wielkich wydarzeń młody wojownik Doman zakochuje się w pięknej Dziwie - córce szanowanego Wisza. Ona jednak zostaje służką w chramie. Doman nie ustaje jednak w wysiłkach, aby ją zdobyć.
,,Stara baśń" - jedno z najpopularniejszych dzieł Józefa Ignacego Kraszewskiego - zainspirowała powstanie całego, szerokiego nurtu literatury przesiąkniętego tradycją prasłowiańską.
TOM I
I
Poranek wiosenny świtał nad czarną lasów ławą, otaczającą widnokrąg dokoła. W powietrzu czuć było woń liści i traw młodych zlanych rosą, świeżo w ciągu kilku takich poranków, z nabrzmiałych pączków rozkwitłych. Nad strumieniami wezbranymi jeszcze resztką wiosennej powodzi, złociły się łotocie1, jak bogate szycie2 na zielonym kobiercu. Wschód słońca poprzedzała uroczysta cisza - tylko ptactwo zaczynało budzić się w gałęziach i niespokojnie zrywało się z noclegów. Już słychać było świergot i świsty, i nawoływania drobnej drużyny. Wysoko pod chmurami płynął orzeł siwy, kołując i wypatrując pastwy na ziemi. Zawiesił się czasem w powietrzu i stał nieruchomy, a potem dalej majestatycznie żeglował... W borze coś zaszeleściło i umilkło... Stado dzikich kóz wyjrzało z gąszczy na polankę... popatrzyło czarnymi oczyma i pierzchło... Zatętniło za nimi - cicho znowu.
Z drugiej strony słychać łamiące się gałęzie, zaszeleścił łoś rogaty. Wyjrzał, podniósł głowę, powietrza pociągnął chrapami, zadumał się, potarł rogami po grzbiecie i z wolna poszedł w las nazad... I znowu słychać było łom gałęzi i ciężkie stąpanie.
Spod gęstych łóz zaświeciło oczu dwoje - wilk ciekawie rozglądał się po okolicy. Tuż za nim, położywszy uszy pierzchnął przelękły zając, skoczył parę razy i przycupnął.
I milczenie było, tylko z dala ozwała się poranna muzyka lasów... Trąciło o nie skrzydło wiosennego powiewu i gałęzie grać zaczęły. Każde drzewo grało inaczej, a ucho mieszkańca puszcz rozeznać mogło szmer brzozy z listki młodymi, drżenie osiczyny bojaźliwe, skrzypienie dębów suchych, szum sosen i żałośliwe jodeł szelesty.
Szedł wiatr, stąpając po wierzchołkach puszczy, i głośniej coraz odpowiadały mu bory, coraz bliżej, silniej coraz muzyka grała pieśnią poranną.
Ponad lasy płynęły zarumienione chmury, jak dziewczęta, które się ze snu zerwały zbudzone i uciekały, czując, że obcy pan nadchodzi. Szare zrazu niebo błękitniało u góry, pozłacało się u dołu; obłoczki białe jak z rąbku obsłonki pościeli, rozwiewał wiatr po lazurach. Słońce strzeliło promieniami ku górze... noc uciekała. Widać było ostatki cieniów i mroków roztapiające się w dnia blasku. Nad strumieniami i łąkami, jak dymy ofiarne, zakipiały pary przejrzyste, ulatując z wolna ku niebu i ginąc w powietrzu. Ukośne promienie słońca ciekawie zaglądały w głębiny, śledząc, co się przez noc rozrosło, zazieleniło, wykwitło.
Razem z szumem lasu, zawtórował chór ptaków; wszczął się gwar wielki; ożyły w świetle łąki, zarośla, puszcze i powietrzne szlaki - wracało życie.
W promieniach wirowały, zwijały się, kręciły niespokojne skrzydlate dzieci powietrza... coś szczebiocąc do siebie, do chmur i do lasów.
Kukułki odezwały się z dala, dzięcioły kowale już kuły drzewa.
Był dzień.
U skraju lasu, nad rzeką leniwą, która go przerzynała, wśród gęstych drzew, gdzie cień schował się jeszcze, widać było kupkę gałęzi, niby szałas naprędce sklecony; kilka kołków wbitych w ziemię, a na nich nacięte konary jodłowe... Obok tuż, było wygasłe ognisko, spopielałe i kilka w nim niedopalonych głowni. Poniżej w zielonych, bujnych trawach, na sznurach do kołów poprzywiązywanych, pasły się dwa małe, grube, gęstym i najeżonym jeszcze zimowym włosem okryte konie.
Szelest jakiś w lesie znać je nastraszył, poznały nieprzyjaciela. Nastawiły uszy, rozdęły chrapy, zaczęły niecierpliwie nogami kopać ziemię. Jeden z nich zarżał, a echo po lesie poniosło ten dziki głos, który się rozległ i powtórzył słabiej za łąką.
Z szałasu pokazała się głowa cała włosami okryta długimi - zarosła rudo; dwoje oczu ciemnych skierowało się naprzód ku koniom, potem ku niebu, ruch się dał słyszeć pod gałęziami. Wkrótce potem rozgarniając je, wydobył się spod nich człowiek słusznego wzrostu, krępy i barczysty. Długiem leżeniem i snem skostniałe wyciągnął członki, ziewnął, strząsnął się - popatrzył na niebo, potem na konie; te zobaczywszy go, z wolna zaczęły się zbliżać ku niemu. Nadstawił uszu bacznie. Nic słychać nie było... prócz szumu lasu, śpiewu ptactwa, mruku strumienia.
Człowiek wyglądał dziko: włos bujny, poplątany spływał mu kudłami na barki i osłaniał niskie czoło tak, że oczy wprost spod nich patrzyły. Reszta twarzy także była zarosła, ledwie część policzków, zarumienionych snem i chłodem, dobywała się spod wąsów i brody - wśród których ust prawie znać nie było. Sukienna, wełniana, gruba odzież brunatnego koloru, okrywała mu ramiona, pod szyją spięta na guz i pętlę. Nogi miał też suknem i skórą pookręcane, a stopy obwite nią i pasane sznurami. Z rękawów sukni krótkich dobywały się ręce silne, włosem okryte i opalone. Twarz miała wyraz przebiegły, na wpół zwierzęcy, na wpół człowieczy, zuchwały zarazem i ostrożny; oczy biegały żywo. Ruchy ciała zręczne i silne, nie dawały wieku odgadnąć, choć młodość już pozostawił za sobą.
Postawszy chwilę, mężczyzna wrócił ku szałasowi i nogą silnie kopnął w ścianę jego, nie mówiąc słowa. Poruszyło się coś żywo za gałęziami, i wnet spod nich wypełzło chłopię, wydobyło się zza liści, zerwało rześko na nogi... Wyrostek mógł mieć lat z piętnaście, krzepki był i nieco do starego podobny. Twarz mu jeszcze nie porastała, włosy miał krótko ucięte, odzież grubą a wyszarganą, z sukna i płóciennych chust złożoną. Na nogi wstawszy, oczy przetarł kułakami; ledwie miał czas resztę snu z powiek opędzić, gdy starszego głos chropawy, w mowie dziwnej, obcej, której na tej ziemi nikt oprócz nich dwu nie rozumiał, zawołał:
- Gerda - do koni! Słońce wzeszło. - Usłyszawszy ten rozkaz, poparty lekkim potrąceniem w plecy, chłopiec zbiegł ku koniom, odwiązał sznury, skoczył na grzbiet z nich jednemu, i poprowadził je o kilka kroków dalej, gdzie trochę piaszczystego, suchego brzegu, do wody przystęp dawało. Na piasku widać też było ślady kopyt koni, które już tam wprzódy napoju szukały. Konie zaczęły pić chciwie. Chłopię, siedzące na jednym, ziewało, z ukosa spoglądając ku staremu, który około szałasu się krzątał, mrucząc coś sam do siebie.
Była-li to poranna modlitwa?
Na ostatek konie, napojone, podniosły głowy, i jak zadumane słuchały lasów szumu; chłopak je sznurem pognał ku szałasowi. Tu już nagotowane leżały, suknem i skórką poobwijane juki, które starszy począł na konie zarzucać i przywiązywać. Milczący pomagał mu wyrostek. Na grzbiety koniom zawieszono sukno grube i skóry... Gdy wszystko było w pogotowiu, stary wlazł jeszcze pod szałas, i po chwili wyszedł z niego uzbrojony. U pasa miał siekierkę jak młot grubą, krótki nóż w pochwie skórzanej, na plecach łuk, przez drugie ramię procę, i krótką pałkę drewnianą, krzemieniem nabijaną, którą przed sobą uczepił na koniu. Chłopak też ściągnął swój oręż z ziemi, nóż do pasa i siekierkę, którą do ręki wziął, lekko na grzbiet konia wskakując. Starszy się jeszcze obejrzał na noclegowisko, patrząc, czy czego nie zapomniał na nim, rękami popróbował sakw na grzbiecie powiązanych i konia swego pod kłodę poprowadziwszy, skoczył nań zręcznie. Już mieli ruszyć z miejsca i starszy się rozglądał, aby wybrać drogę - gdy z gęstwiny, naprzeciw, rozgarniając ostrożnie leszczynę i kaliny, niepostrzeżona, po cichu wysunęła się głowa ludzka.
Ciekawie, zrazu z jakąś obawą, dwoje oczu jasnych, przypatrywało się podróżnym. Zza gałęzi widać tylko było włos płowy co je otaczał, młodą twarz ledwie zarostem pokrytą, białe zęby w ustach, na pół podziwem otwartych...
Podróżny tymczasem ku słońcu spoglądał i na bieg rzeki.
Ponad jej brzegami drogi żadnej śladu widać nie było. Zdawał się chcieć się upewnić, czy ma ją przebrnąć, czy z nią, czy przeciwko niej się puścić. Konie rwały się już do pochodu niecierpliwe, obrócone na wschód łbami. Starszy pomyślał trochę, oczyma łąkę zmierzył, trzęsawiska i bór, potem zwrócił się na piaszczyste wybrzeże, kędy konie pojono. Tu stanąwszy, myślał pewnie, czy bród znajdzie, bo oczy utopił w wodzie, jakby mierzył jej głębinę. Byłby teraz i tę głowę mógł dojrzeć w krzakach, co go szpiegowała - ale się ostrożnie schowała, tylko gałązki opadły i drżały. Powoli konie wchodziły w wodę, która tu nie była grząską ni głęboką, zanurzyły się po brzuchy, zdawało się, że popłyną, ale tuż się znalazła ława piaszczysta i oto już - brzeg drugi... Obaj podróżni wylądowali szczęśliwie, ledwie pomoczywszy nogi.
Drugim brzegiem wyższym nieco i suchszym, wygodniej kroczyć było, choć tuż, tuż za gęstwiną coś szeleściło dziwnie... Zwierz spłoszony, myślał podróżny.
Naokoło oprócz noclegowiska śladu człowieka nie dostrzegło oko; bór jak go stworzył Bóg, ku niebu wyrosły bujnie, pnie grube jak słupy proste, oschłe z gałęzi od dołu, u góry w zielone wieńce ubrane. Gdzieniegdzie zwalona burzą kłoda, na wpół przegniła, na wpół z kory opadła, pogięte od wichru wyrostki i poschłe od zgrzybiałości, mchami, jak futrem na starość odziane olbrzymy.
Jechali. Na wzgórzu coś bielało nieopodal. Pod dębem leżał kamień wyżłobiony jak misa, nad nim drugi stał, gruby i niezgrabny. Ręka niewprawna wyrzeźbiła na nim niby ludzką twarz straszliwą, czapką okrytą u góry. Starszy wstrzymał się trochę, zobaczywszy znak u drogi; obejrzał się niespokojnie dokoła i mijając go, splunął nań z pogardą.
W tej chwili świst się dał słyszeć dziwny z krzaków i drzewce ze strzały utkwiło na piersi, w grubej sukmanie starszego. Ledwie poczuwszy pocisk, nie wiedząc jeszcze, czy do broni ma się brać, czy do ucieczki, obracał głowę, gdy chłopak krzyknął. Druga strzała utkwiła mu w nodze.
A z lasu dał się słyszeć śmiech, śmiech dziki jakiś, straszny, niby wycie zwierzęce, niby okrzyk człowieka... zachichotało, rozległo się, zamilkło... Sroka siedziała na kamieniu, na czapce i podniósłszy skrzydła krzyczała, śmiechowi wtórując; a miotała się, jakby i ona groziła.
Konie głosami tymi podżegnięte przyspieszyły kroku - ale nieprzyjaciela już ani widać, ani słychać nie było... Cisza panowała nad lasami, drzewa tylko uroczyście szumiały.
Starszy mężczyzna kłusował naprzód, konia pędząc skoro. Chłopak, który strzałę wyszarpnął z nogi, spieszył za nim, pochylony na szyi swojego... Przebiegli tak stai kilkoro4, aż, nie słysząc nic, nie widząc pogoni - zwolnili kroku. Starszy się dopiero obejrzał na chłopca, z pobladłą twarzą, z zaciętymi ustami, z wytrzeszczonymi oczyma, przyległego do konia. Nie miał nawet czasu od strzały tkwiącej w piersi się uwolnić. Przebiła ona sukno i znać uwięzła w ciele, bo, choć w szybkim biegu, ugięła się i opadła ku dołowi, trzymała się jeszcze. Tu dopiero, na polance konia ściągnąwszy, starszy obejrzał się na strzałę i zręcznie ją pocisnąwszy, choć syknął z bólu - wydobył, obejrzał ciekawie i do skórzanego na plecach worka wsunął.
Strzała miała z kości białej wyrobione ostrze cienkie, na którego końcu widać było krwi kropelkę.
- Pioruny by w nich biły... i burze! - zawołał, warcząc, rudy. Gdzieś się w krzakach znalazło oko, co podpatrzyło i pomściło za bałwana...
- Tyś ranny w nogę, Gerda?
Chłopak z oczyma jeszcze obłąkanymi i trwogą, milcząc, na nogę skaleczoną wskazywał. Rana jego głębsza była, bo płachty nie wstrzymały strzały.
- No - nic to! Jedna strzała polańska! - zamruczał starszy. - Oni ich nie zatruwają. Obawiałem się, aby ich tam więcej nie było. Znać jeden rozbójnik nie straszny. Nie ważył się, zobaczywszy, żeśmy zbrojni... ale, może nawołać innych, narobić wrzawy... uchodzić trzeba...
Spojrzał na słońce.
- Trzymaj się konia, a puść go za mną. Spieszyć trzeba, żeby nas w tym nie zaskoczyli lesie, dopóki nie dojedziemy do znajomych. Z południa na miejscu będziemy.
Chłopak milczał. Starszy coś mruczał jeszcze, ku górze patrzył, konia sznurem ściągnął i polecieli gęstwiną, nad brzegiem się ciągle trzymając, bez drogi - rzeka gościniec znaczyła.
Puszcza wciąż była dzika, niezamieszkała, milcząca. Raz z dala na wodzie postrzegli jakby głowę ludzką z ciemnym przyległym do niej włosem i dwoje rąk wiosłujących około niej. Lecz gdy się tętent dał słyszeć, znikła, wir tylko było widać nad powierzchnią wody. Minęli ją... i wyszła znowu z głębiny; na włosach czarnych, dokoła opleciony był wianek z łotoci... oczyma strzelała za nimi... Trochę dalej czółno maleńkie jak łupinka, ślizgało się, płynąc z biegiem, ponad nim białą chustę widać było. Gdy tętent dał się słyszeć, znikła płachta na dnie i czółenko jak wąż, wsunęło się między trzciny, łozy, wiszary, których tylko wierzchy się chwiały. Kilka kaczek zerwało się przestraszonych, wyciągnęły szyje. Sznurem leciały gdzieś dalej... plusnęły i padły.
Podróżni wciąż biegli brzegiem, to szybciej, to wolniej; dwa razy konie poili zmęczone i jechali dalej bez spoczynku; a słońce też podnosiło się coraz wyżej, grzało coraz mocniej.
Choć w lesie świeżo było i chłodno, od łąk i piasków zalatywał oddech gorący.
Nie zmieniła się okolica - bór ciągle szumiał nad rzeką. Gdzieniegdzie w piasku między pagórkami świeciło jeziorko - to szerzej rozlewały się wody, to się ściskały wśród parowu. Mieniły się tylko drzewa, sosny i jodły, potem zielonych liści brzozy i lipy, i osiki, i dęby na wpół jeszcze śpiące, a głuche na wiosnę.
Gdzieniegdzie żółtawą ławą to leżał piasek, to była kępiasta grzęzawica, którą okrążać musieli. Przed nimi z dala pomykał zwierz, z łąk pierzchały całe stada łosi i jeleni, dobijając się do lasu, na którego skraju stawały, patrzyły jeszcze ciekawie, i gnały dalej, znikając im z oczu. Naówczas łomot stad spłoszonych konie straszył i pędziły żywiej, stuliwszy uszy... dopóki sił stało.
Gerda ciągle ręką chwytał za nogę zranioną. Czuł, że mu krew cieknie, jakby ciepły sznurek wijący się aż do stopy, i w skórzanym obuwiu zbiera się u nogi, czerwonymi kroplami sącząc się przez szpary chodaka.
Ale skarżyć się nie śmiał, zawijać rany hubą z drzew lub liści, co by krew zatamowały - nie było czasu... Starszemu też trochę krwi pokazało się między palcami ręki; otarł je o końską grzywę, nie troszcząc się o to.
Rozpatrywał się wciąż po okolicy, dawniej znać sobie pamiętnej, jakby szukając miejsca do spoczynku... Lecz nierychło, nierychło zwolnili biegu.
Tu rzeka, płynąc nizinami równymi, szerzej się rozlewała, wśród błot świeżą zielonością okrytych. Ze wzgórza nagiego, na którym stali, widać było łąki i trzęsawiska, wśród nich moczary i jeziorka mnogie, opasane gajami... Kilka strumieni zbiegało się tu z borów ku rzece. Las, wśród którego stanęli, wypalony był i zeschły na znacznej przestrzeni - gąszcze, co go podszywały spłonęły do szczętu; daleko więc w głąb jego sięgnąć było można okiem i dojrzeć nieprzyjaciela.
Tu starszy z konia się zsunął, rzucił go, nie patrząc i legł na ciepłym piasku, obu rękami pot kroplisty ocierając z czoła. Zmęczony był, piersi mu się podnosiły, a że krwawymi palcami dotknął twarzy - i ją też sobie całą okrwawił.
Ujrzawszy to, chłopak uląkł się i krzyknął.
- Co ci to, Gerda? Czyś ty mężczyzna? Czy się matka twoja omyliła, że ci nie wdziała chust i spódnicy? Kropla krwi, a tyle strachu i wrzasku?
Chłopak mu dopiero wskazał na własną twarz jego.
- Nie o moją mi strach... rzekł - choć skórznie mam jej pełne... ale o waszą. Twarz, ojcze, macie we krwi całą.
Starszy na ręce swe popatrzył, rozśmiał się tylko i nic nie odpowiedział.
Gerda tymczasem na ziemi siadłszy, nogę ranną rozzuł i począł czyścić obuwie, potem ranę ocierać i okładać hubą. Stary patrzył na to obojętnym okiem.
W milczeniu dobyli potem z sakw suszone mięso i placki, które starszy na ziemi rozłożył. Poszedł się wprzód obmyć w wodzie i dłonią jej do ust zaczerpnąć. Gerda za jego przykładem zwlókł się też do wody. Siedli jeść w milczeniu. Konie na chudej trawie leniwie się pasły.
Z lasu wyleciała sroka; uwiesiła się na suchej gałęzi nad głową starego, pochyliła ku niemu i krzyczała. Zdawała się zagniewana, trzepała skrzydłami, podlatywała coraz bliżej... wołała coś, jakby na gwałt zbierając drugie. Nadciągnęły w pomoc wtóra i trzecia, i wrzaskliwie to podlatywały, to przysiadały przy nich. Stary, który się chciał zdrzemnąć, zniecierpliwiony
łuk napiął i strzelił. Nie ranił żadnej, zerwały się z krzykiem... zawirowały w powietrzu i wróciły krakać nad nimi... Gerda z głową zwieszoną, na rękach wsparty, nad końmi czuwał. Las milczał; niebo było czyste; owad tylko, wywołany słońcem do życia, brzęczał, gromadami unosząc się w powietrzu.
Po krótkim spoczynku na konie siedli znowu. Stary się do chłopca zwrócił.
- O strzałach, o krwi, o niczym ani słowa tam. Najlepiej byś nie mówił nic i niemego udawał. Niemcami oni nas tam zowią - choć my ich język rozumiemy... Słuchaj, co gadać będą, zda się to zawsze - ale udawaj, że ci ta mowa obca. Tak lepiej: milczeć.
Spojrzał nań, czekając, by mu Gerda oczyma odpowiedział. Jechali dalej a dalej. Słońce już się z wolna spuszczać zaczynało ku zachodowi. Brzeg rzeki wyniosły coraz się zniżał, wilgotniejsze otaczało ich powietrze - cień zalegał boru ściany - gdy w dali, nad zaroślami, pokazał się słup dymu siny...
Stary zobaczywszy go, drgnął z radości czy niepokoju; chłopak też weń oczy wlepił i zwolnili koniom biegu.
Dokoła się las rozlegał stary, wysoki, gęsty, a łąka nad rzeką zwężała, płynąca ściśnionym korytem. - W prawo otwarła się łąka, dokoła zasiekami drzew zrąbanych5 otoczona... Poza nią z szałasów jakichś, chałup z drzewa i chrustu, opasanych tynami wysokimi - dobywał się ów słup siny... Zbliżając się ku budom, coraz je lepiej rozeznać można było.
U brzegu podniesionego trochę rzeki stały w prostokąt szczelnie zewsząd zamknięte. Od łąki odgradzały je kłody drzew i tyny, pokopane doły i powbijane pale. Na jednym z nich tkwiła zawieszona biała, od deszczów wypłukana, od słońca zwapniała czaszka końska.
Dachy pokryte były kawałami dartymi drzewa, wiszarem i gałęziami - ściany w słupy z chrustu plecione. W pośrodku tylko z kłód ogromnych w zrąb zbudowana wznosiła się chałupa-dwór, do której szopy wkoło przytykały, z nią razem obejście tworząc, w środku którego małe znajdowało się podwórze.
Dojeżdżając rudy podróżny zwolnił koniowi biegu, oczyma szukając, czy kogo nie zobaczy. Nie widać było żywej duszy. Wahał się jeszcze, jak dać znać o sobie - gdy u brzegu rzeki, na ogromnym, zbłąkanym tu od wieków kamieniu ujrzał siedzącego starca, który, niepostrzeżony, od dawna go śledził oczyma.
Ubrany był cały w bieli, nic nie mając na sobie oprócz odzieży z płótna grubego. Nogi miał bose, głowę siwą nieokrytą. Ogromna, długa do pasa broda piersi mu osłaniała. Biały, wysoki kij trzymał w ręku. Koszulę na wierzch włożoną i do kolan spadającą, obejmował pas czerwony. Żadnej zresztą nie miał ni ozdoby, ni broni. U nóg jego dwa psy leżały do wilków podobne - zaczajone, przypadłe do ziemi, oczyma krwawymi wiodące za podróżnymi. Drgały leżąc... i czekając, kiedy się rzucą.
Twarz starca spokojna była i poważna, ogorzała ze skórą jakby spękaną, tak ją fałdy i zmarszczki pokryły całą siecią gęstą. Nad oczyma siwymi dwa krzaki bujnych brwi sterczały najeżone. Suchą szyję, którą obnażoną widać było spod koszuli jak twarz pokrajaną, brunatną - niby węże sine oplatały żyły pod skórą nabrzmiałe.
W chwili, gdy podróżny starca zobaczył, ten właśnie na psy zawołał groźnie, ręką im wskazując w tył, za siebie, a kij podnosząc do góry. Podróżni stanęli, rozglądając się ciekawie.
- Pokłon wam, stary Wiszu - rzekł, z konia nie zsiadając, podróżny, uchyliwszy tylko głowę - pokłon wam. Każcie waszym psom do zagrody, boby nas porozdzierały... A my, starzy znajomi i dobrzy przyjaciele, choć nie swoi - a nie wrogi.
Słowa te powoli wyrzekł starszy łamaną mową Serbów nadłabskich, usiłując przybrać postawę i twarz uprzejmą.
Stary patrzył, nic jeszcze nie odpowiadając. Na psy naprzód zakrzyczał groźnie, aby szły precz, ukazując im zagrodę, bo warczały i zęby szczerzyły, patrząc na przybyszów, i coraz to się ku nim targały. Nie chciały odchodzić. Gospodarz huknął w dłoń. Na głos ten zza tynu ukazała się ostrzyżona głowa parobczaka, który rozkaz zrozumiawszy, psy nawołał, wpędził do obejścia i zamknął za nimi wrota. Słychać je było szczekające i wyjące w szopie.
- Zdrów bywaj, Hengo. Cóżeście to znowu tak daleko w nasze lasy zawędrowali? - rzekł gospodarz.
Rudy powoli z konia zlazłszy i dawszy go chłopcu, który na swoim pozostał - zbliżał się z wolna do starego.
- Ha! Po świecie się tak człek włóczy, ciekaw zobaczyć, jak tam gdzie ludzie żyją - począł mówić. - Przy tym też jakaś zamiana zrobi się może. Lepiej w spokoju wymieniać, czego u jednych zbytek, a drugim brak, niżeli napadać zbrojnie, a z życiem razem wydzierać. Ja - wy wiecie - człowiek spokojny, zaopatruję, komu czego trzeba... aby żyć...
Na sąsiedniej półce
-
nowość[ e-book ]Syn Welesa. Leszygród, prequelElwira Dresler-Janik
-
nowość[ książka ]Znamię wodnika (barwione brzegi)Agata Suchocka
-
nowość[ e-book ]Znamię wodnikaAgata Suchocka
-
nowość[ książka ]Syn Welesa. Leszygród, prequel (barwione brzegi)Elwira Dresler-Janik
-
[ książka, e-book ]Hańba. Piast Zdobywca, tom 4Krzysztof Jagiełło
-
[ książka, e-book ]Na imię mi zemstaIwona Poczopko
-
[ książka, e-book ]PłachytkaAnna Musiałowicz
-
[ książka, e-book ]Wola Żmija. Dziedzictwo stróża Nawii, tom 2Agnieszka Kulbat
-
[ książka, e-book ]Klątwa południcyAgata Suchocka
-
[ książka, e-book ]Szczodry Wieczór. Leszygród, tom 4Elwira Dresler-Janik
-
[ książka, e-book ]Nawałnica. Piast Zdobywca, tom 3Krzysztof Jagiełło
-
[ książka ]Światła nad moczarami. Szept moczarów, tom 1Lucie Ortega
LINKI SPONSOROWANE
REKLAMA
REKLAMA
Najnowsze informacje na Tu Stolica
REKLAMA
REKLAMA




























